Jest tak: to, o czym tylko marzyłam, zaczyna nabierać realnych kształtów :))))))
Jest też tak: to do czego dążyłam - staje się nie marzeniem, a celem...
Siedzę w pustym 418. Kaź śpi. A ja mam dzień na myślenie. Takie konstruktywne. Zaczynam planować przebieg sesji, wakacji, nauki w wakacje, żeby podejść do matury w przyszłym roku. Może wszyscy mają rację, że samoorganizacja jest drogą do perfekcji? Dalekie to mojej życiowej postawie, lubującej się w zdaniu: "co ma być, to będzie", ale sama się uparłam, jak osioł, więc nie machnę teraz rączką. Powoli przekonuję siebie, że chcieć - znaczy móc :)
Wczoraj Ona wróciła. Koniec szpitala :) I chwała skrzatom wszystkim: za doping, kciuki i takie tam...
Wczoraj poszłyśmy powitalnie na miasto. Wnioski: w życiu piłkarzyków nie opanuję... Dzięki Grześkowi - nasz duet zwyciężał niejednokrotnie, ale mojej w tym nie było zasługi (poza 7 bramkami, z czego 2 to były samobóje)... Do tego - boli mnie łapka od walecznego operowania drążkami dwoma - coś mi się musiało naciągnąć :D :D :D
... Mam mały problem: popadam w uzależnienie, od picia... Wiem, wiem, młoda jestem, to dam radę i wytrwam... Ale... Chyba nie umiem zrezygnować... Kakao. Moja miłość. Mój nałóg. Minimum 4 kubki dziennie, a czasem kilka więcej. Zrezygnowałam z kawy, nie piję już herbaty, tylko i wyłącznie ka -ka -o... Oby mój organizm zniósł to dzielnie ;) ...
Poza tym - opanowuję żywioł, czyli aparat ;) I to jest przednia zabawa, choć prawie nic jeszcze na nim nie umiem ;) Od obiektów żywych/ poruszających się przy użyciu kończyn własnych - wolę te bardziej statyczne, np. parapet, okno czy pierścionek ;) Dobrze jest, powolutku, po cichutku - okiełznam wynalazek :) Wreszcie mam na to więcej czasu i bardzo podoba mi się taka forma jego spędzania.
Teraz jeszcze 4 fotki. I zmykam spać - jutro wyprawa wielkomiejska po część garderoby do kolejnych życiowych podbojów niezbędną - ale się nie przyznam - bo wstyd :) ...(i kupię sukienkę w kratkę!!!!! ciiiiii)...
Każdy w dzieciństwie nabawił się urazu do czegoś: do zielonych kokard we włosach, do rowerka na czterech kółkach, albo do marchewki z groszkiem. I to zupełnie normalne zjawisko. Ja też mam takiego cusia.
Do fryzjerek/ fryzjerów i salonów fryzjerskich.
Każdego roku spędzałam całe wakacje u dziadków, jakieś 100 km od domu :) Było cudnie: babcia i dziadek rozpieszczali jedyną wnusię do granic możliwości, chłopaki (z Wojtusiem na czele) zabierali mnie na wyprawy przeróżne, potem było wielkie zbieranie porzeczek z pola prababci Anielki. Działo się wtedy, działo. Niestety zwieńczeniem dwóch miesięcy wakacji był krótki, jednodniowy wyjazd do pobliskiego miasteczka, w którym mieszkał wuj/pan Tadeusz (jakoś nigdy nie przywykłam do tego, że z tej samej rodziny się wywodzimy).
Pan Tadeusz słynął z tego, że prowadził uznany w całej okolicy zakład fryzjerski, w którym proponowane usługi miały wzięcie większe niż Ich Trujka w najlepszym momencie swojej kariery. Farbowania, trwałe i inne takie dziadostwa, których zasadności nigdy nie rozumiałam, a potem, w ramach urazu, nawet rozumieć nie próbowałam. Jeśli miałam farta - szłam za rączkę z dziadkiem do sklepu ze sprzętem elektrycznym (nooo tak - nie ma kabla, jest przewód) i miło gawędząc dowiadywałam się wielu ciekawych rzeczy, zwłaszcza spoza elektryki (najczęściej dziadek opowiadał mi o górach i górskich żyjątkach). Jeśli farta nie miałam - a tak zdarzało się zdecydowanie częściej - maszerowałam wraz z babcią, z miną męczennicy, do zakładu pana Tadeusza. I tam, od progu, odrzucał mnie zapach tych wszystkich niezbędnych mistrzowi chemikaliów i świństw innej maści. Potem było zetknięcie z dziwacznym światłem wewnątrz, wielką duchotą i ściskiem... Niezliczone ilości kobiet, siedzących na krzesełkach, a także stojących wszędzie, gdzie była ku temu możliwość. I on. Wybitny pan Tadeusz - w takim dziwacznym białym fartuchu, całym w spinkach i klamrach, z grzebieniami i nożyczkami w licznych kieszeniach, których istnienie zapewne nie było pierwotnie przewidziane, ale zostały doszyte - na potrzeby Fryzjera Złotej Szczotki. O ile byłam dzieckiem raczej spokojnie nastawionym do obcych, o tyle na pana Tadeusza reagowałam zawsze w jednakowy sposób - chowałam się za babcią i wychodziłam z ukrycia dopiero, gdy mistrz odsuwał się od opiekunki na bezpieczną odległość 1, 5 metra. Mówiłam: "dzień dobry" i milkłam na kolejne minuty, które składały się na godzinę lub dwie, w zależności od tego, czy babcia też korzystała z talentów platynowych rączek fryzjera. Największym wybawieniem był zawsze dziadek, ukazujący się w drzwiach, który tylko witał się w progu z "Tadziem" i oznajmiał, że zabiera mnie już na lody (i tu cytat z pamięci): "bo mała nie powinna tyle siedzieć w tym smrodzie". Dziadek też miał uczulenie na fryzjerów, albo tylko na uwielbianego powszechnie pana Tadeusza.
Gdy już mi się podrosło do wieku podlotka wzniosłam wielkie veto i więcej się u pana Tadeusza nie pokazywałam. Zawsze podążałam z dziadkiem do sklepu z elektrycznościami, a babcia dołączała do nas na dworcu. Gdy już mi się podrosło do wieku podlotka uczucie zniesmaczenia, wywołane choćby zapachem lakieru do włosów, znacznie się spotęgowało. Do tego stopnia, że włosy obcinała mi w domu babci znajoma (nie stricte fryzjerka), Kamila. W Gnieździe Rodzinnym obowiązek ten przejęła mama. Na etapie licealnym sama zabierałam się do nożyczek (na szczęście fryzjerskich, nie szkolnych) i robiłam sobie porządek na głowie. Potrafiłam totalnie skrócić długie włosy, ładnie zrobić ukośną grzywkę, jakieś cieniowanie (czy jak się toto nazywa). I git.
Ale teraz - wiek jakby zobowiązuje do tego, żeby na głowie nosić coś układnego, dopracowanego itd. N I C B A R Z I E J M Y L N E G O ! ! ! ! !
W salonie fryzjerskim, odkąd mieszkam w Poznaniu, byłam 5 razy, z czego 3 jako klientka, dwa jako, niestety, baczny obserwator, innymi słowy: "poczekaj, zobaczysz i powiesz czy tak może zostać?". Pierwsza wizyta - trauma - nie było tłoku, odoru ani niczego równie beznadziejnego. Salon duży, przestronny, w którym bardzo miła pani bardzo precyzyjnie, długo i delikatnie masowała mi mokrą od mycia głowę, wciskając przy okazji bardzo łagodnie, acz przekonująco, szyję w oparcie metalowe (czy jakie tam ono było). Potem bardzo miło zagadywała robiąc swoje - czyli pozbawiając mnie około 15 cm na długości :) Kolejne dwie wizyty też tam. To już stałe miejsce, w którym pojawiam się rzadko, ale jednak, preferując mimo wszystko samotne potyczki z własną szczeciną.
I tutaj, po wywodzie długim i trochę bezsensownym, wybaczcie proszę, przechodzę do konkretów.
Izz w ramach dnia dziecka sprawiła sobie prezent - poddała swoje włosy zabiegowi upiększająco- pielęgnacyjnemu, podcięcia końcówek. A jam, jak ten kozioł ofiarny, polazła za nią, żeby jej smutno i samotno nie było (a może to o mnie, z tą samotnością, nie o Izz)... Samo centrum Poznania, jedna z najważniejszych ulic Pyrlandii, i co - i zakład fryzjerski pana Tadeusza, jak Bozię kocham. Pierwsze skojarzenie - sentymentalnie - takie mam wyobrażenia rzeczywistości z czasów komuny, których nie pamiętam (bo za młoda jestem :), ale dokładnie tak jawią mi się przed oczyma: wąsko, duszno, z charakterystycznym zapachem. Żółte nierówne i obdrapane ściany, meble niebieskie, liczące na swoich deskach ze 25 lat, jak nic. Fryzjerki w sztukach dwóch z czarnymi fartuszkami. P O R A Ż K A...
Myślałam, że umrę, jak to zobaczyłam. I o ile w drodze DO zastanawiałam się, czy nie skorzystać z okazji i spontanicznie nie wrócić do krótkiej fryzurki, o tyle już w progu myśl ta zupełnie uleciała z mojej umęczonej widokiem/ zapachem/ wrażeniem głowy.
Przez 50 minut babka skracała włosy Izz o jakieś 3 cm... Dobrze, że czułam jeszcze ciut zapachu z wcześniej odwiedzonej perfumerii, bo dostałabym tam szału po prostu. Dobrze, że miałam ze sobą komórkę, bo bez skupiania się na SMSach - świat zawirowałby mi przed oczami, a potem nastałaby ciemność...
Kominiarze budzą sympatię, gdy się człowiek łapie za guzik. Górnicy mają fajne święto barbórkowe. Żołnierze mają mundury i teoretycznie powinni w nich wyglądać przystojnie. Nauczyciele, z nimi bywa różnie, ale wspomina się ich potem, w kontekście baranka i żmii. Itd, itd, itd. A fryzjerzy? Normalnie mam jakąś fobię chyba na ich punkcie...
I tylko To mi się kojarzy:
Dobrej nocy, moi Mili :)
Ps. A Kubuś mnie właśnie przytulił na dobranoc :) :) :) I wcale nie dlatego, że chciał pożyczyć (i mu się udało) suszarkę na pranie, o której już coś, kiedyś na blogu było, tylko tak po prostu, żeby sny dobre przyciągnąć ;)
przyjaźń, to ta niesamowita więź, która łączy jedną osobę z inną; nie ilością detali, a szczerością, która kryje się poniżej....
Ode mnie oczekuje się wszystkiego, pełnej spowiedzi, bo związek z ByłymNim był dla osób, spoza naszego duetu - trudny?! Macho i mała dziewczynka, która nie radziła sobie z rzeczywistością, a potem wysłuchiwała jakie to imprezy nie miały miejsca pod jej (poznańską) nieobecność... Ano - miały. Wiedziałam o nich, w większości. Wystarczy.
A teraz - przy piwie, przy Stokrotce Radka, mam mówić, czy ktoś zaprząta moje myśli, a właściwie kto; i czy Sław nadal siedzi we mnie na tronie, jako pan i władca Malutkiej??? ....
Wyszukane w sieci :)
Tylko dlaczego mam mówić tylko ja????????????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Czemu inni nie mogą???????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Żałuję, wielu rzeczy żałuję... Tak już jest.
chyba pisze nie Malutka, a rozgoryczenie, w niej mieszkające...
smutno mi, łzy spływają po policzkach. to jest wybitnie nie fair! bo kim JA jestem - elementem przedstawienia cyrkowego???!!!!!! za wszelką cenę???!!!!!! o to tylko chodzi???!!!!! tak ma być zawsze???!!!!!
zawiodłam się... naprawdę. na was. wszystkich. i każdym z osobna.
Dzień pod znakiem tej oto piosnki, miłej memu usposobieniu od zawsze ;)
Postanowiłam, że nie będę się dzisiaj specjalnie napinać i spędzę sobie miły, leniwy dzionek, w zgodzie z wewnętrznym głosem, mówiącym mi: "usaaaa" :) :) :)
Post, pisany w kompanii Kazimierza I Wielkiego i kubka z magicznym napojem mlecznym o smaku czekolady, będzie jak taki zlepek różnych różności, jakby to powiedział mój brat młodszejszy, bo będzie o dniu wczorajszym, długim bardzo i przepełnionym wydarzeniami i emocjami, o późnej nocy i stanowczo zbyt wczesnym poranku, jak na wolną niedzielę...
Sesja za pasem, pora więc na mobilizację i trwanie w stanie pełnej gotowości bojowej do pozaliczania tego i tamtego na uczelni. Grzecznie więc wczoraj przy biureczku u Izz usiadłam i zabrałam się za zaległe prace, z nastawieniem na tę z historii języka polskiego - o nazewnictwie kobiet. Definicje, słowniki i jeszcze babowanie/babienie/kobitkowanie ;P Dodatkowo wgrzebanie się w książki z komparatystyki i... człowiek/ Czesiu/ Malutka zaczyna mieć dość.
(Czasem te studia są naprawdę ciekawe i radosne, ale rzadko...).
Telefon:
- Jestem na dole. Masz 5 minut.
- Ale ja się ubrać muszę... Yyyy, potrzebuję dokładnie, z zegarkiem w dłoni, jedenastu minut. I kropka.
- Ok. Czekam.
Piotrek. I kolejna, ostatnia już wizyta w szpitalu "p".
Właściwie nawet nie wchodziliśmy do środka. Ona wyciągnęła nas, albo my Ją na spacer mały. Najpierw miasteczkowe obchody, kątem oka dostrzeżone, watą cukrową uczczone, później wypad nad rzekę, pałętanie się po podmokłościach i starym moście kolejowym. Potem zabawa: kto pierwszy zwali Ją z torów na powierzchnię płaską? I się okazało, że trzeba wracać, po ledwie dwóch godzinach spędzonych razem...
Powrót... No właśnie. Powrót. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że do Poznania i okolic też wdziera się woda... Że Warta wcale pokorna nie jest... Okolice Lubonia i Mosiny pływają... Podejrzewam, że to, co zalane, to obszar polderowy, ale pewności żadnej nie mam. Po drodze obserwowaliśmy, jak straż i policja zamykała drogi i ścieżki prowadzące do niższych partii terenu.
Dziwne uczucie - patrzeć na wysokie drzewa, które praktycznie w całości stoją pod wodą, widać ledwie czubki koron...
Już w Poznaniu Piotrek postanowił, że przyjrzymy się sytuacji na Warcie. Przejechaliśmy mostem. Zamknięto niektóre drogi. Na Śródce, przy Estkowskiego itd - może być nieciekawie, chociaż wydaje mi się, że do przekroczenia wałów nie dojdzie, bo tam około metra jest rezerwy... Ale z drugiej strony - kto wie - wszak woda to żywioł, w obliczu którego człowiek nie ma nic do powiedzenia...
Z drugiej strony: masa gapiów, dzieciaki, całe rodziny, z aparatami, z kamerami... Głupie. I bezmyślne...
W akademiku kochanym Izz zrobiła mi ciepłą herbatę z cytryną, żebym się rozgrzała, bo zmarzłam, wracając późnym wieczorem w dość cieniutkiej tunice/ sukience... Ręce nieboszczki, ramiona z lodu i twarz jakby z zamrażalnika (na szczęście niższe partie ciała chroniły przed odmrożeniem jeansy ulubione) :) Izz okryła taką sinoniebieską Malutką kocykiem, na to położyła kołderkę, a koniec końców siebie :) I rozgrzewała te moje członki zimne do uzyskania efektu cieplarnianego :)
Po jakimś czasie pomaszerowałam do 418. W ramach kolacji zjadłam obiadowe pozostałości - genialny szpinak z curry i sokiem z limetki, mojego oczywiście autorstwa. Niby było późno, ale organizm dopominał się pożywienia, a ja nie mam zamiaru opierać się samej sobie :) (Czyli dietę "sz." turystyczny trafił).
I tutaj małe spostrzeżenia kulinarne.
Izz twierdzi, że wystarczy mi cokolwiek polać jogurtem naturalnym - a zjem na pewno. Ma rację. Co prawda w wersji smakowitszej powinna być śmietana, ale próbuję być bardziej light.
Poza tym - stwierdzam, że curry to przyprawa mojego życia: uwielbiam w wersji z kurczakiem, ze szpinakiem, z frytkami i całą rzeszą innych cudów, które da się w akademiku przyrządzić.
Aha - krewetki wchodzą na stałe do naszego menu.
Rano obudził mnie Kazik, o nieludzkiej 8... Kołowrotek wylądował na kołowrotku (tak, tak, chomik ma dwa takowe w swojej posiadłości) i hałas sen przegonił... Rozstawiłam kołowrotki i stwierdziłam, że warto już wstać na stałe, bo gdyby podkusiła mnie jeszcze godzinka w łóżku, to pewnie wstałabym około południa lub później. Młody powędrował do swojej kuli i biegał po całym pokoju, a ja zabrałam się za porządki w Kaziowym domu. Całkiem sprawnie poszło.
Popatrzyłam na Kazika, popatrzyłam na aparat... No tak. Mała sesja z małym modelem. Chyba obojgu nam się podobało, a oto, co się z naszej współpracy zrodziło:
Po zabawach z Kazimierzem postanowiłam obudzić Izz. No i masz. Na mój widok zareagowała tekstem: "Co ci się stało? Wyglądasz, jakby cię czołg przejechał". Hmmm, czyżby zbyt krótki sen aż tak odbijał się na mojej twarzy...? No nie wiem. Dodam tylko, że potem Tomuś wyleciał z tym samym czołgiem, a stojący za nim Suszek dopowiedział tonem mędrca czy innej wyroczni boskiej: "Nooo" :)
Izz postanowiła, że jak już bawię się aparatem, to ona na tym skorzysta i... była kolejna sesja. Tym razem dłuższa, dwugodzinna, bo modelka zdecydowanie większy profesjonalizm prezentowała, a i zasoby cierpliwości w niej bez porównania większe :) Poza tym - jej oczekiwania były bardziej wyrafinowane...
Na marginesie: ja to faktycznie powinnam być chłopcem - jak zobaczyłam ile Izz ma manatków i ciuszków do ubrania, to mi szczęka spadła na podłogę z hukiem... Do tego kosmetyki i biżuteria. Moja szafa to jednak jest szafeczka maleńka. Stawiam na minimalizm? Yyyy?
Izz zadowolona z efektów mojej ciężkiej pracy postanowiła rozpieścić mnie obiadkiem: frytki :) Malutka szczęśliwa :)
Po obiadku - Izz poszła się uczyć, ale już wiem, że jej nie wyszło - podziwiała fotki :) A ja - zakopałam się na blogu :)
Plan na wieczór - film: "Człowiek, który gapił się na kozy".
Teraz zmykam na spacer, bo chce mi się wyjść z moich cudnych czterech ścian :)
Na koniec - najlepsza pieśń Lady Pank...
Wczoraj w samochodzie zgodnie uznaliśmy z Piotrkiem, że to faktycznie dobry kawałek, taki z werwą i czymś jeszcze, co nadaje znaczenia i nie pozwala wyrzucić tegoż z pamięci...
Zagrały mi w duszy takie ciche dźwięki... W 418 ciepłe światło, rzucające czerwoną łunę na pokój. Ja i Kazimierz (chwilowo w kołowrotku) trwamy na posterunku.
Po niebiańskiej wręcz wyżerce skorupiakowej, po winku białym, a pysznym niesłychanie, było wielkie oglądanie Avatara... Chyba nie będę wyjątkiem, jeśli napiszę, że film mnie nie zaskoczył, a co za tym idzie - nie poruszył. Przedobrzyli z całością. Grafika mnie nie urzekła. Kolory nie podziałały. Treść zbyt przewidywalna...
bardzo amerykański film... jak dla mnie - za bardzo - ze wszelkimi odnośnikami, które się w nim złożyły na świat nieistniejący...
Zmieniając temat - chciałabym czasem potrafić zetrzeć smutek z oczu, zmartwienie z ust, zmęczenie z ramion... To byłaby cenna umiejętność... Jedna z najważniejszych...
Dzisiaj moją głową rządziło TO, bo melodia, głos... :
Wyjątkowo dziwny ten maj. Nie dość, że z pogodą jakoś na bakier, bo mało wiosennie, to jeszcze i w innych dziedzinach felerny bieg tego miesiąca daje mi się we znaki... Dobrze, że to końcówka.
Dzisiejszy dzień oceniam na 4. Pierwszy raz od kilku dni spałam normalnie. ByłyOn czuwał nad moim snem. Za nami kolejna długa, poważna rozmowa nocna. I dobrze. Układam to sobie powoli w środku. Jest jak jest, ale gorzej już nie będzie. Świat budowany od nowa wygląda teraz trochę jak ser szwajcarski - masa dziur, właściwie dziura na dziurze: z kim pójść na spacer, z kim film obejrzeć, komu zaparzyć kawę, w kogo się wtulić, komu się skarżyć na własne lenistwo...? Ale mój świat łatany od nowa - będzie dobry. Wiem to.
Poranek na Sarmackiej otworzył kolejną furtkę... Zjedliśmy tosty, obejrzeliśmy jakąś bajkę o chłopcu mającym azjatyckie imię i azjatyckie rysy, pogłaskałam Hazelkę i pognałam do 418.
Tutaj szybkie sprzątanie pokoju porzuconego w nieładzie. Prysznic. I czekanie. Na Klaudię. Przy butelce dobrego winka wymieniłyśmy się zaległymi informacjami, wrażeniami, zaskoczeniami i nadziejami. Dobrze mi z tym. Klaudia jest świetna. Ma na głowie pomarańczowe szaleństwo (ze wzorkiem nawet, nad prawym uchem), a w duszy - masę ciepła i wyrozumiałości. Zdecydowanie pozytywna, optymistycznie mierząca się z życiem osóbka z gatunku tych: od tańca, od różańca.
Potem było szybkie logistyczne zaplanowanie dnia jutrzejszego z Izz: rano laboratorium, potem dużooo nauki i jeszcze może się skuszę na jakieś wieczorne wyjście, co by nie zapomnieć, że poza 418 też jest jakiś świat. Do tego mam zamiar upichcić jutro obiad udziwniony (jak na moje gusta i możliwości kulinarne), ze skorupiakami w roli głównej (ups, czyli czekają mnie jeszcze zakupy jakieś - a tego harmonogram nie objął).
Teraz - film i lulu, grzecznie, spokojnie, bez zbędnego chaosu.
O cierpliwości... Jan Vermeer, Nalewająca mleko/ Mleczarka.
Wyszukane w sieci :)
Dopóki mleko płynąć będzie z dzbanka... Coś w tym jest.