niedziela, 16 maja 2010

Śkrótnie.

Cosiestałosie się nie odstanie - dewiza kończącego się weekendu. ;) ;) ;)


Ilość wrażeń, jakie ostatnio sobie serwuję, przyćmiewa smutki zaprzeszłe. Jak tylko wyczuję granicę w działaniu - będzie mi z tym cacy - póki co - się uczę, na błędach też.

Parapetówka u Przemka miała dość makabryczny finał. (Niezręczne było to, że dziewczyna Przema była wysoce niepocieszona obecnością gości wszelakiej maści, z nastawieniem na ekipę z DSu). Wkurzona Izz wyszła wcześniej, ByłyOn też. Tylko ja dotrwałam końca, czym nagrabiłam sobie u kompanów,wracających beze mnie. No cóż. I tu zmilczeć muszę. ;)


Wizyta w szpitalu "p" nr 4. Inna. Wieczorna. Znów zabrałam się z Piotrkiem. Ona jakoś się trzyma, choć nie jestem pewna jak. Irytują Ją szczegóły i drobiazgi, na które nawet nie potrafię zwrócić uwagi. Zadaje pytania bez odpowiedzi...
Miałam dziś problem by się skupić na tym, co się działo w sali, co na korytarzu szpitala. Do tego moja noga...

Moja noga to jedna z tych historii, które obnażają chamstwo w polskiej służbie zdrowia, sorry dohtory, czytające mojego bloga.
Łydka boli mnie jak cholera, do tego puchnie i generalnie git. Od powiedzmy tygodnia, około. Ale: "to nie dzisiejszy nabytek, pani się z tym jutro przejdzie do rodzinnego" i porada: "potasik". Po sprawie. Bez badania. Bez wywiadu. W wersji podwójnej: najpierw pani w rejestracji, później medyk jeden już w gabinecie szpitala nr 2.
Szkoda tylko, że się nikt nie zainteresował, nawet spojrzeć nie raczył. Bo niby po co.
A swoją drogą - świeży nabytek - jakbym pojechała tuż po kurczu - to by mnie wyśmiali, że z pierdołą przyszłam. A jak stan się utrzymuje dłużej, to przedawnienie, k***.
Jutro rano spotkam się z moim rodzinnym lekarzem, może on cosik poradzi.


Tyle dzisiaj. Krótko i zwięźle, ale chce mi się spać. Muszę ułożyć jeszcze stertę poduszek na łóżku, żeby nózia była wyżej niż reszta cielska. I zęby wyszorować. A potem to już tylko lulu.

Dobrej nocy, snów ciekawych.

piątek, 14 maja 2010

z innej perspektywy ;)

śródnocne poszukiwania zakończyły się znalezieniem TEGO:

Wyszukane w sieci :)

ale to ledwie rys maleńki piękna "Pas de deux" Francisca...

reszta w linku:
http://www.franciscosfineart.com/sculpture.htm

dopiero tam można wychwycić piękno szczegółów, ich dopracowanie i dokładność... śliczny neoklasycystyczny twór, który tylko piękno przywodzi na myśl, który tańcem ocieka i jakieś nuty niespokojne wygrywają teraz w mojej głowie...

dodatkowy smaczek: w linku wyżej można zobaczyć, jak rodziło się cudo z kamienia... proces twórczy to coś niesamowitego, niepowtarzalnego... pomysł z rejestrowaniem jego przebiegu to niezła gratka dla, no właśnie, chyba dla każdego, taką mam nadzieję...



dobrej nocy, snów złotoskrzydłych



ps. link z tego nie wyszedł, ale sobie poradzicie na pewno ;) warto ;)
ps. 2. dlaczego ja tu linka wstawić nie potrafię?! trza się będzie przyuczyć tego i owego, żeby blog "trzymał poziom" :D :D :D

środa, 12 maja 2010

:)


Jestem szczęśliwa. Tak po prostu.

Wielki przewrót majowy w mojej głowie trwa już ponad miesiąc, a teraz tylko się uwydatnia. Dziób śmieje się nieustannie. Słońce świeci nawet teraz (choć niekoniecznie nad Poznaniem). Mam ochotę tańczyć, właściwie to już tańczyłam w 418...



Wizyta nr 3 w szpitalu "p" zupełnie inna. Byłam sama. Rozmawiałam z Nią. Rozmawiałam z lekarzem. (Rozmowna jestem ostatnio ;).
Konkretniej. Dobitniej. Właściwie. Wiem na czym stoimy. I na czym musimy jeszcze stanąć - to bardzo dużo. To dużo więcej niż się spodziewałam. Choć wszyscy wiemy, że póki co - to mogą być ledwie
gruszki na wierzbie, śliwki na sośnie. No, ale to przynajmniej jakiś początek sensowny.
Oddział otwarty bardziej komfortowy. Pokój, a nie korytarz, szafa
na ciuchy, szafka na prowiant i książki. Bardziej kontaktowne persony. Praktycznie nie widziałam nikogo z personelu.
Właściwie wygląda jak to jak letnisko, gdzie się wypoczywa. Piękny park. Wyjścia nad rzekę, a na niej kaczek ilości mnogie. Miasto, miasteczko, mieścin
ka.
...


i takie cusie znalazłyśmy między kobiercami konwalijek ;)

wtorek, 11 maja 2010

***

Dzisiaj będzie tekst krótki i banalny w swojej wymowie. Ale ważny. Zwłaszcza w centrum tego zamieszania wielkiego.


Dawno temu, kiedy Malutka była dzieckiem-dorosłym-już-odludkiem-mimo-wszystko życie było cholernie puste i mogę to napisać dopiero teraz, gdy z tego wyrosłam.


Najpiękniejszym, co mi się przydarzyło w przeciągu ostatnich lat jest świadomość otaczających mnie ludzi.
Tych dobrych, najlepszych.
Przyjaciół.
Szczerość za szczerość.
Kubek z herbatą, dwa tosty - czasem ledwie nic, a bardzo dużo.
Rozmowa lub milczenie.
Razem.

To nie jest tak, że jesteśmy na siebie skazani. To jest tak, że pojawiamy się zupełnie przypadkowo, a zostajemy na stałe w czyimś życiu. Buduje się zaufanie, buduje się szacunek, nawet podziw.

I nic nie może tego zmienić.
Przyjaźń to wieczność z zegarem w tle.
Przeobraża się w czasie, ale jest, z tą podstawą niesamowitą, która sprawia, że dla Przyjaciela można zmierzyć się z całym światem.

Chciałabym, żeby moi Przyjaciele wiedzieli, jak fantastycznymi są ludźmi... Tylko tyle...

Wyszukane w sieci :)

Ps. Post napisany z myślą o Wszystkich, natchniony rozmową z Jeszcze Jednym Dobrym Duchem, ostatnio Pokojowym ;*

dobranocnie już

No to mogę spać.
Wcześniej nie dałam rady, jakoś się opierały oczy, nawet kakao nie pomogło.

Teraz, po lekturze przyjemnej, a długiej, maili, blogów itd. chyba już jakoś sen przywołam. Pobudka na 7. 20 - będzie cudem znad Warty (jeśli się uda). Na 13. 30 dentystka, o zgrozo. Potem wykłady.

Hi hi... a w środę zajęć NIE MA - jest dzień sportu ;) Rano śmignę do Niej ;) Spędzimy babskie, nasze popołudnie. I wcześniej niż planowałam będę mogła z dohtorem Jej pogadać, żeby się zorientować w tym całym galimatiasie.

Trzeba siły.
I myśli dobrych.
I Czesia, bez dwóch zdań, Czesia najbardziej potrzeba ;) Najlepiej zacząć z Czesiem od początku ;) ;) ;P

Wyszukane w sieci :)

(Nie ma to jak prawidłowy przebieg procesu automotywacji)



Ps. A Ray'a chyba setny raz słuchammmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm...

poniedziałek, 10 maja 2010

Nr 2.

wizyta w szpitalu "p" nr 2. nic przyjemnego. zaczynam łapać tamtejszy klimat. dzisiaj się przestraszyłam. Piotr też. Izz dziś była pierwszy raz - nie ma porównania. ale Piotrek i ja - tak: tragedia niegrecka, a nasza własna, z Nią w roli głównej.
Ona czuje się gorzej... do tego wizyta rodziców wcale nie pomogła: miast przytulić, wesprzeć - powiedzieli sporo gorzkich słów. a te słowa teraz w Niej szaleją, niszcząc wszystko doszczętnie: resztki godności i wiary. patrzyliśmy, jak dzielnie powstrzymuje łzy, bezsilni, z dobrą miną do złej gry.
żal Piotrka. wiem, obwinia się, a przecież nie powinien. jest wspaniałym przyjacielem i kompanem w niedoli, do tego świetnym kierowcą.
Izz stara się nas rozśmieszać. czasem jej wychodzi (zwłaszcza, gdy siedząc na tylnym siedzeniu, obejmuje mnie za szyję i przez przypadek opiera dłoń na czymś "dużym, ciepłym, miękkim, przyjeeeemnym").
ja - właściwie nie wiem, co robić i co tutaj o sobie napisać.

jak się ma zapalenie ucha czy gardła - trzeba leczyć, czyli kiedy ma się cyklofrenię - też trzeba leczyć. koniec kropka. tylko jak to wytłumaczyć innym?

więcej o tym, jak się w sobie do tego zbiorę. na razie - temat mnie przytłacza i przerasta, zwłaszcza po dzisiejszej konfrontacji.


zmęczona, czuję, że pora na zasłużony sen. jutro kolejny ciężki dzień.
do Niej pojedzie ByłyOn i Izz. ja i Piotr dopiero w czwartek. wtedy też dowiem się jakichś konkretów od lekarza.

majaczy mi się piosenka, której w drodze słuchaliśmy. 10 fotoradarów na 30 km odcinku - bajka ;) dla poprawy humoru poleciało więc to:


uwielbiam jazdę samochodem: szybką, zwinną, płynną, gdy biorąc zakręt - ciało balansuje lekko, czuje się, gdy prędkość rośnie z sekundy na sekundę. zwłaszcza wieczorową porą, gdy ni to ciemno, ni jasno, a do tego niebo chmurnie niesprzyjające. Piotrek ma podobny do mnie sposób wyżywania się. zrobiliśmy dodatkowo jakieś 30 minut, po to tylko, żeby móc zapomnieć się na chwilę. samochód wręcz z nami pomrukiwał. my - staraliśmy się ciągnąć rozmowy, częściej wyliśmy wraz z radiem. a poza tym - rozbujana fura to chyba najprzyjemniejszy środek transportu. zaczynam marzyć o zrobieniu prawka.

Ps. Uśmiecham się, nadal i nieustannie, naprawdę, proszę Państwa ;) ;* ;) ;* ;)

niedziela, 9 maja 2010

Wszędzie mi dobrze, ale w 418 NAJLEPIEJ ;)

Może to dziwne, ale moje przywiązanie do akademika nadal rośnie. Nie umiem określić skąd to poczucie, że pokój w DSie jest domem? Ale tak już mam.

Pierwsza wizyta w szpitalu "p" była ciężka. Wczoraj.
Pominąć powinnam fakt totalnego niedostosowania wnętrza do potrzeb chorych: ostre kanty, sznurki od rolet, niezabezpieczone grzejniki i gniazdka, a co najfajniejsze nad łóżkiem Jej tablica korkowa z pineskami. Hmmm - gdyby tylko chcieć to da się tego wszystkiego użyć dla zrobienia sobie krzywdy.
Powinnam jednak wspomnieć o czymś innym. Młodziutka zupełnie Ona, logicznie myśląca dziewczynka, leży na korytarzu, a dokoła Niej kobiety zdecydowanie powyżej 60 z wyraźnymi choróbskami, co to rzeczywistość zniekształcają, przerabiają, wytwarzają nową. ALE:
Przyznam, że myślałam, iż będzie gorzej... Spodziewałam się biegunów: katatonia - psychoza. Na szczęście choć obraz ogólny przytłaczający jak cholera - dało się normalnie pogadać z Nią, jakoś oderwać myśli od szpitalnego korytarza, na którym stoi Jej łóżko. Misiek z gatkami w serducha ma za zadanie dodać Jej otuchy - jutro pewnie zacznie się jakieś konkretne leczenie.
Ona na szczęście nie jest załamana. Przerasta Ją ta sytuacja, ale sobie radzi. Nie przywitała nas płaczem lub ciszą. Po prostu powiedziała co i jak. Do tego pożartowaliśmy, zrobiliśmy jakieś plany. Zjedliśmy pudełko truskawek i ciacha. Dwie godziny minęły jak z bata strzelił. Trudno było wyjechać, zostawić Ją tam, w tych warunkach, pośród szarości wszechpochłaniającej, ale tak trzeba.

Potem ciężkie rozmowy dwie z Jej rodzicami, (z każdym osobno, bo byli w dwóch różnych miejscach i nie mieli, jak się ze sobą skontaktować) żeby wiedzieli, co się dzieje z Nią. Że jest w szpitalu.
W życiu nie czułam takiej odpowiedzialności. W życiu nie było mi tak przykro, że mam złe nowiny. I znów myśl: nowiny mogłyby być dużo gorsze - cieszmy się, że tak to się na razie potoczyło. Potem - ma być JUŻ TYLKO LEPIEJ.


W domu było lepiej niż przypuszczałam. Dla taty jestem lekiem na całe zło. Nie usłyszałam nic złego, żadnych żali i pretensji. Tylko: "dobrze, że jesteś" ;) Kochany tata.
Z mamą jest gorzej. Ma coś na kształt klepek na oczach. Zupełnie nie dostrzega mojej pomocy, widzi jedynie to, że siedzę sobie wygodnie na pupie w Poznaniu i mam wszystko gdzieś.
(Swoje życie - mieć można, gdy ma się tytuł i pracę - wcześniej jest się obiektem posiadanym przez rodzicieli).
Tylko, kiedy powiedziałam, że żeby Młody do domu wrócił, to po niego pojechałam jakoś nie miała kontrargumentu.
Czuję się z tym trochę, jakbym w licytacji uczestniczyła: kto jest bardziej dla kogo? A to przecież zupełnie bezsensu.


Teraz rozkoszuję się moim 418.
Jutro wraz z Piotrem i Izz znów jedziemy do Niej.

Tyle na dzisiaj. Więcej - gdy odpocznę od zmęczenia i tych problemów nagłych i komplikacji. Nie myślcie tylko, że znów mój nastrój na dnie - nic bardziej mylnego: szczęśliwa Malutka jest silna. Szczęśliwa Malutka się nie łamie. A skoro dożyłam dziś to muszę być piekielnie mocna w wojowaniu z życiem, czyli baaardzo szczęśliwa ;) ;) ;)
Podoba mi się nowa- stara Malutka. A Wam?

Spokojnego wieczoru.
Pa