Po wieczorze długim i męczącym nadeszła wyczekiwana noc ze snami dziwnymi, niedefiniowalnymi: dzisiaj ja i niedźwiedź, pakujący swoje cielsko na czubki sosen, szliśmy do Pierwszej Komunii Świętej - czysta abstrakcja zakończona porwaniem księdza proboszcza niezmojejparafii. Fajna baza: las, dom, kościół drewniany.
Ranek... Przywitał wczesną porą, jeszcze przed budzikiem, ale poleniuchowaliśmy aż do 9 :) Pojechaliśmy na uczelnię do Niego na wydział. W drodze powrotnej spotkaliśmy Michaśka i jego kuzynkę. W pokoju była już Aneszka.
Mam dobry dzień, po prostu.
Za oknem słonko grzeje i blaskiem rozpromienia szary widok brudnych kamienic. Leci muzyka, której nie potrafię zdefiniować.
Zjedliśmy już obiad, wraz z Aneszką - wspólnymi silami wypichcone schabowe z ziemniakami i mizerią. Pycha :)
A teraz: napawam się leniwie Nim, śpiącym naprzeciwko, herbatą odchudzającą i spokojem wewnętrznym. nie ma dziś we mnie burz i rozterek. Jest tylko mała, niczego nieświadoma dziewczynka, do której nawet krzesło się śmieje. I dziewczynka zrobiła sobie dwa kucyki, szukając kolorów i szczęścia najbliżej gdzie można - tutaj.
Dziwne. Jedna noc i taka zmiana nastroju ;)
To może ja już skończę pisać, żeby nie zapeszyć...?
W głowie jeszcze słyszę:
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
poniedziałek, 15 marca 2010
niedziela, 14 marca 2010
Na dwoje babka wróżyła.
Każdy czasem parzy sobie palce, dotykając słońca.
Sięga, gdzie nie dosięgnie.
Choć czarne i przypalone - dłonie do słońca przykłada.
Zaczynam żyć w sferze marzeń.
Rzeczywistość gniecie - za bardzo.
Wróciłam do Poznania po nieoczekiwanym wyjeździe do domu. Jovan przywrócił mi równowagę, ale zmagania z Iwaszkiewiczem wypompowały energię zupełnie.
Smutna pogoda, i przyroda, i szaro, i buro. Czuję powrót jesieni.
Czas na refleksje. Potrzebuje oderwać myśli od moich trzech potrzeb: kurczak z KFC, laptop na moich kolanach i ... święty spokój.
A przecież wszystko już było, wszystko to znam. Przekroczyłam własne granice. A było to tak:
Siedziałam w pociągu, w rozgrzanym wagonie, w bluzce z krótkim rękawem, z włosami zaczesanymi do tyłu, w kucyk. Zmęczona, znużona - pragnęłam się zdrzemnąć. Stacja: Mokrz - zamykam oczy. Stacja: Rokietnica - otwieram oczy. Przede mną starsza kobieta i jakaś nastolatka szczupła, śliczna, jak z wybiegu. Obie spoglądają na mnie z wielkim zainteresowaniem, a ja... no cóż, uciekam wzrokiem za okno, przymykam oczy, przecież nie lubię być w centrum uwagi. I wtedy padają półszeptem słowa święte, niepowtarzalne, jedyne: "I widzisz. Jak chcesz tak wyglądać, to jedz, co popadnie. Ty chociaż nie będziesz miała takiego brzydkiego znamienia i tej szramy, dziecko".
Matka i córka. Bestia i piękna. A ja... do wytykania palcami.
Tak. Nad lewym okiem mam znamię. Całkiem sporą myszkę, taki większy pieprzyk, żeby było bardziej obrazowo. Mój znak szczególny.
Tak. Na czole mam bliznę, całkiem dużą, jakieś 5 centymetrów. Efekt niekontrolowanej zabawy trzylatki z owczarkiem niemieckim - psa na szczęście uwolniłam spod zarzutów, bo krwią pomazałam jakieś żelastwo za stodołą, że niby spadłam.
Jestem u Niego. Dobrze mi tutaj. Bo nie ma nikogo poza nami. Wielka wartość, gdy gwar innych, ruch innych drażni i drażni bardziej. Czyżbym wyrastała już z życia w komunie, z życia akademikowego? Może.
Póki co, to na Sarmackiej czuję się najlepiej, najpewniej, najbezpieczniej.
Zimno mi. Ręce nieboszczki - ogrzewam nagrzanym kompem. W sumie nic mi nie jest. Oj, dużo już tych sum tutaj było.
Mam taki plan perfidny: wybyć na jakiś czas gdziekolwiek poza Poznań i Wieś Rodzinną, poza zasięg tych, którzy mnie znają. Czekam tylko na odpowiedni moment; a potem, z 8 dolarami jak Hłasko, pojadę w cholerę.
Coś musi się we mnie przebudzić po zimie, może nawet odrodzić. Bo inaczej pierwsze przebiśniegi, jakie dzisiaj zobaczyłam będą tylko przebiśniegami, niczym więcej. Bo inaczej nie znajdę sobie miejsca tu, gdzie moje miejsce. Bo inaczej stracę kontrolę nad własną irytacją. I okaże się, że zgryźliwą tetryczką jestem - choć chyba jestem?
A zapomniałabym, a nie powinnam - nasz Szarusek miał wypadek i wylądował u weterynarza. Nocą podążył za jakimś zwierzem, a w południe wrócił, ledwie żywy, wyjący z bólu - z rozerwanym frontem. Ale pan doktor zdziałał cuda, i choć pies obolały - czuje się nieźle, a szycie wygląda całkiem... uroczo.
Dobrej nocy.
Ps. Wybaczcie smęcenie. W sumie to pewnie z niewyspania. Generalnie - jest znośnie i tego trzymać się trzeba! A poza tym: JESTEM U NIEGO!!!! Jupiiiiii :)
Sięga, gdzie nie dosięgnie.
Choć czarne i przypalone - dłonie do słońca przykłada.
Zaczynam żyć w sferze marzeń.
Rzeczywistość gniecie - za bardzo.
Wróciłam do Poznania po nieoczekiwanym wyjeździe do domu. Jovan przywrócił mi równowagę, ale zmagania z Iwaszkiewiczem wypompowały energię zupełnie.
Smutna pogoda, i przyroda, i szaro, i buro. Czuję powrót jesieni.
Czas na refleksje. Potrzebuje oderwać myśli od moich trzech potrzeb: kurczak z KFC, laptop na moich kolanach i ... święty spokój.
A przecież wszystko już było, wszystko to znam. Przekroczyłam własne granice. A było to tak:
Siedziałam w pociągu, w rozgrzanym wagonie, w bluzce z krótkim rękawem, z włosami zaczesanymi do tyłu, w kucyk. Zmęczona, znużona - pragnęłam się zdrzemnąć. Stacja: Mokrz - zamykam oczy. Stacja: Rokietnica - otwieram oczy. Przede mną starsza kobieta i jakaś nastolatka szczupła, śliczna, jak z wybiegu. Obie spoglądają na mnie z wielkim zainteresowaniem, a ja... no cóż, uciekam wzrokiem za okno, przymykam oczy, przecież nie lubię być w centrum uwagi. I wtedy padają półszeptem słowa święte, niepowtarzalne, jedyne: "I widzisz. Jak chcesz tak wyglądać, to jedz, co popadnie. Ty chociaż nie będziesz miała takiego brzydkiego znamienia i tej szramy, dziecko".
Matka i córka. Bestia i piękna. A ja... do wytykania palcami.
Tak. Nad lewym okiem mam znamię. Całkiem sporą myszkę, taki większy pieprzyk, żeby było bardziej obrazowo. Mój znak szczególny.
Tak. Na czole mam bliznę, całkiem dużą, jakieś 5 centymetrów. Efekt niekontrolowanej zabawy trzylatki z owczarkiem niemieckim - psa na szczęście uwolniłam spod zarzutów, bo krwią pomazałam jakieś żelastwo za stodołą, że niby spadłam.
Jestem u Niego. Dobrze mi tutaj. Bo nie ma nikogo poza nami. Wielka wartość, gdy gwar innych, ruch innych drażni i drażni bardziej. Czyżbym wyrastała już z życia w komunie, z życia akademikowego? Może.
Póki co, to na Sarmackiej czuję się najlepiej, najpewniej, najbezpieczniej.
Zimno mi. Ręce nieboszczki - ogrzewam nagrzanym kompem. W sumie nic mi nie jest. Oj, dużo już tych sum tutaj było.
Mam taki plan perfidny: wybyć na jakiś czas gdziekolwiek poza Poznań i Wieś Rodzinną, poza zasięg tych, którzy mnie znają. Czekam tylko na odpowiedni moment; a potem, z 8 dolarami jak Hłasko, pojadę w cholerę.
Coś musi się we mnie przebudzić po zimie, może nawet odrodzić. Bo inaczej pierwsze przebiśniegi, jakie dzisiaj zobaczyłam będą tylko przebiśniegami, niczym więcej. Bo inaczej nie znajdę sobie miejsca tu, gdzie moje miejsce. Bo inaczej stracę kontrolę nad własną irytacją. I okaże się, że zgryźliwą tetryczką jestem - choć chyba jestem?
A zapomniałabym, a nie powinnam - nasz Szarusek miał wypadek i wylądował u weterynarza. Nocą podążył za jakimś zwierzem, a w południe wrócił, ledwie żywy, wyjący z bólu - z rozerwanym frontem. Ale pan doktor zdziałał cuda, i choć pies obolały - czuje się nieźle, a szycie wygląda całkiem... uroczo.
Dobrej nocy.
Ps. Wybaczcie smęcenie. W sumie to pewnie z niewyspania. Generalnie - jest znośnie i tego trzymać się trzeba! A poza tym: JESTEM U NIEGO!!!! Jupiiiiii :)
środa, 10 marca 2010
Kra, kra, kra; bla, bla, bla itd.
Wielkich myśli to dzień, gdy jeden frasujący temat zamieniam na inny - wszystkie równoważne, równoznaczące.... Fikają, brykają pod deklem moim, swobodne, jak gdyby nigdy nic - a przecież to życie jest, przecież to się dzieje (bo nawet jeśli wszystko jest ledwie snem - to sen ten jest bardzo przekonujący, realny i prawdziwy)!!!
Pewnie tak bywa po 12 godzinach spędzonych na uczelni, że mózg wchodzi na inne tory, że znika prostota i drobiazgowość, a całe skupienie wędruje w okolice rozważań niebezpiecznych. Zaczynam bać się siebie, i tego, że faktycznie może jestem mądra (nawet w mikro wymiarze). Przeraża mnie zdolność racjonalizowania, podejmowania decyzji na zimno, surowo i sucho - gdy to rozum musi wybierać, nie organa odczuwające.
Nie ma w tym patosu.
Wiedza, nauka, mądrość i inteligencja to brzemię i wyzwanie.
Bez patosu; patos powinien przeszkadzać, będąc pożywką dla maluczkich, nie znających własnych ograniczeń; graczy uczuciem i emocją, tak, by sama intonacja wystarczyła do podbojów na wszelkich polach bycia - bo samą intonacją można sprzedać pastę do zębów i skarpetki na targu.
Nie lubię próżnych ludzi (choć post ten wskazuje, że ja jestem próżna...), którzy nie mają nic do powiedzenia, a mówią i mówią, i skończyć nie mogą.
Tyle na dzisiaj. Bo nie mam sił na więcej. Odmeldowuję się i zgłaszam gotowość do zasypiania!
Ps. Dostrzegam uroki aktywnego studiowania!!! Kurcze, fajnie jest być na wszystkich zajęciach, czasem przysypiać, czasem siedzieć ze wzrokiem mętnym i nieobecnym, a czasem nie odrywać wzroku od katedry, modląc się, by wykład nigdy się nie skończył... IV rok jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich do tej pory! :) :) :)
Pewnie tak bywa po 12 godzinach spędzonych na uczelni, że mózg wchodzi na inne tory, że znika prostota i drobiazgowość, a całe skupienie wędruje w okolice rozważań niebezpiecznych. Zaczynam bać się siebie, i tego, że faktycznie może jestem mądra (nawet w mikro wymiarze). Przeraża mnie zdolność racjonalizowania, podejmowania decyzji na zimno, surowo i sucho - gdy to rozum musi wybierać, nie organa odczuwające.
Nie ma w tym patosu.
Wiedza, nauka, mądrość i inteligencja to brzemię i wyzwanie.
Bez patosu; patos powinien przeszkadzać, będąc pożywką dla maluczkich, nie znających własnych ograniczeń; graczy uczuciem i emocją, tak, by sama intonacja wystarczyła do podbojów na wszelkich polach bycia - bo samą intonacją można sprzedać pastę do zębów i skarpetki na targu.
Nie lubię próżnych ludzi (choć post ten wskazuje, że ja jestem próżna...), którzy nie mają nic do powiedzenia, a mówią i mówią, i skończyć nie mogą.
Tyle na dzisiaj. Bo nie mam sił na więcej. Odmeldowuję się i zgłaszam gotowość do zasypiania!
Ps. Dostrzegam uroki aktywnego studiowania!!! Kurcze, fajnie jest być na wszystkich zajęciach, czasem przysypiać, czasem siedzieć ze wzrokiem mętnym i nieobecnym, a czasem nie odrywać wzroku od katedry, modląc się, by wykład nigdy się nie skończył... IV rok jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich do tej pory! :) :) :)
wtorek, 9 marca 2010
Już po...
Tak, tak. Od 33 minut siedzę w swoim pokoiku walcząc z bólem łamiącym w krzyżach... Ilość godzin spędzanych w sali Śniadeckich wychodzi bokiem mojej posturze - przygarbionej nieco i zaokrąglonej tu, gdzie nie trzeba ;/ Ale co tam - jak na dzisiaj starczy. A na Śniadeckich pojawię się już jutro, z samiuśkiego rana, na wykładzie nr1 o 8.00...
Poza tym było ciekawie, choć nie w kontekście intelektualnym - wykład nudny jak flaki z olejem, którego tematu nie potrafiłabym nawet określić (podobnież jak przynajmniej 40 % współmęczenników- była mała sonda na ten temat).
Aczkolwiek, siedząc na jednym końcu mojego rzędu, spoglądałam na moją koleżankę, siedzącą dokładnie po drugiej stronie i... po 37 minutach Paula nie wytrzymała - przesłała mi karteczkę, przez tych wszystkich ludzi, pomiędzy nami i luki w miejscach niezajętych, by oznajmić, że ma dość i chce wyjść wcześniej... Ha ha, łatwo pomyśleć: "wcześniej", gdy wykładający doskonale toruje drogę ucieczki biednym skazanym na jego łaskę i niełaskę. Nie udało się wyjść, ani wyczołgać, ani ukradkiem, ani boczkiem, ani, ani jakkolwiek. Stąd rozwinęła się poczta ręczna/ z rąk do rąk, z rąk do rąk, że pozwolę sobie ją tak określić. Do końca zajęć zdołałam dowiedzieć się się wszystkiego o postępach w pracy Pauli: opera a dramat. Poza tym - wiem na kogo uważać na IV roku w zakresie wykładowym...
Tuż po wykładzie zaliczyłam wprawkę do zawodu - robiłam korektę tekstu pięciostronicowego o nazewnictwie kobiet w ujęciu historycznym. Pastwiłam się nad autorem, wykazując liczne błędy, ale jego potknięcia to dla mnie rzecz pożyteczna o tyle, że sama nabieram świadomości posiadanych przeze mnie umiejętności i kompetencji.
Co ważne - czym innym jest korekta tekstu czyjegoś, a czym innym własnego. Trudniej kontrolować własne wypociny i weryfikować ich poprawność - bo głowa pamięta, co chciała przekazać, a oko zbyt naiwnie zawierza mądrości głowy, nie bacząc, że praca bykiem na byku stoi, że aż się włos na głowie jeży z głupot własnych, kompromitujących jednostkę stworzoną przecież do pisania, literaturowania! (Był to jakże zawoalowany akt skruchy wywołany świadomością licznych moich przekrętów niepoprawnościowych...).
Teraz zaś mam w planach szybki, chłodny prysznic, by lekko gorączkę odpędzić, ciało moje prześladującą od dni kilku. Czas wypocząć, by jutro podołać uczelnianym obowiązkom - taki mój los... Bo czuję się, i wyglądam jak ten psiak biedny, umęczony i w ogóle przygaszony (strasznie nie lubię takiego widoku - za bardzo kocham psy, by patrzeć obojętnie na ich los zły i niesprzyjający wesołemu machaniu ogonem).
Dobrej nocy, kolorowych snów i miłego wstawania jutrzejszego poranka - Wam i sobie życzę!!!
Ps. A na dobranoc - puszczam ładne oczko, bo kocie :)
Poza tym było ciekawie, choć nie w kontekście intelektualnym - wykład nudny jak flaki z olejem, którego tematu nie potrafiłabym nawet określić (podobnież jak przynajmniej 40 % współmęczenników- była mała sonda na ten temat).
Aczkolwiek, siedząc na jednym końcu mojego rzędu, spoglądałam na moją koleżankę, siedzącą dokładnie po drugiej stronie i... po 37 minutach Paula nie wytrzymała - przesłała mi karteczkę, przez tych wszystkich ludzi, pomiędzy nami i luki w miejscach niezajętych, by oznajmić, że ma dość i chce wyjść wcześniej... Ha ha, łatwo pomyśleć: "wcześniej", gdy wykładający doskonale toruje drogę ucieczki biednym skazanym na jego łaskę i niełaskę. Nie udało się wyjść, ani wyczołgać, ani ukradkiem, ani boczkiem, ani, ani jakkolwiek. Stąd rozwinęła się poczta ręczna/ z rąk do rąk, z rąk do rąk, że pozwolę sobie ją tak określić. Do końca zajęć zdołałam dowiedzieć się się wszystkiego o postępach w pracy Pauli: opera a dramat. Poza tym - wiem na kogo uważać na IV roku w zakresie wykładowym...
Tuż po wykładzie zaliczyłam wprawkę do zawodu - robiłam korektę tekstu pięciostronicowego o nazewnictwie kobiet w ujęciu historycznym. Pastwiłam się nad autorem, wykazując liczne błędy, ale jego potknięcia to dla mnie rzecz pożyteczna o tyle, że sama nabieram świadomości posiadanych przeze mnie umiejętności i kompetencji.
Co ważne - czym innym jest korekta tekstu czyjegoś, a czym innym własnego. Trudniej kontrolować własne wypociny i weryfikować ich poprawność - bo głowa pamięta, co chciała przekazać, a oko zbyt naiwnie zawierza mądrości głowy, nie bacząc, że praca bykiem na byku stoi, że aż się włos na głowie jeży z głupot własnych, kompromitujących jednostkę stworzoną przecież do pisania, literaturowania! (Był to jakże zawoalowany akt skruchy wywołany świadomością licznych moich przekrętów niepoprawnościowych...).
Teraz zaś mam w planach szybki, chłodny prysznic, by lekko gorączkę odpędzić, ciało moje prześladującą od dni kilku. Czas wypocząć, by jutro podołać uczelnianym obowiązkom - taki mój los... Bo czuję się, i wyglądam jak ten psiak biedny, umęczony i w ogóle przygaszony (strasznie nie lubię takiego widoku - za bardzo kocham psy, by patrzeć obojętnie na ich los zły i niesprzyjający wesołemu machaniu ogonem).
Dobrej nocy, kolorowych snów i miłego wstawania jutrzejszego poranka - Wam i sobie życzę!!!
Ps. A na dobranoc - puszczam ładne oczko, bo kocie :)
Pomiędzy historią kultury a inszym fakultetem, wypisałam kilka słów...
Nastrojowe popołudnie rozpieszcza mnie godziną przerwy między zajęciami. Pokój należy teraz do mnie, jestem tylko z Kaziem, ale ja tutaj rządzę :) Mamy nieład w 418, ale widać u nas to już taka norma (odwiedziny mojego taty w zeszłym tygodniu poprzedzone były dwudniowym pucowaniem, szorowaniem i chuchaniem - ale tamten ład, sprzed 6 dni, jest już tylko wspomnieniem). Kaziu raźnie biega w swoim kołowrotku, a ja postanowiłam, że cosik naskrobię, na szybcika:) (Bo mi się tu ostatnio małopości).
Zacznę od czegoś, co mnie zaskakuje z każdym dniem coraz bardziej - budzę się wcześnie! I jestem zupełnie wyspana :) Może dzisiejsza pobudka o 6. 40 okupiona była wielkim bólem, ale bardzo szybko doszłam do siebie i o 8 grzecznie stawiłam się na metodologii badań składniowych (ehhhh, jak ja nie cierpię gramatyki!). Nie jestem pewna czy ranki od 7. 30 czy 8.00 to efekt wcześniejszego kładzenia się spać, czy raczej zmian wiszących w powietrzu, związanych z przejściem na czas letni? Choć dopuszczam również możliwość, że skoro mam spokojniejsze noce, bez gapienia się w sufit czy okno, to organizm po prostu działa jak trzeba - a w środku mnie - jak w szwajcarskim zegarku - mechanizmy bezbłędne na wiosnę :)
Dostrzegam też, że każda minuta jest ważna - czasem wystarczy poleżeć jeszcze 2, no może 3 i wstaję rześka, gotowa do aktywnego działania; a gdy tych minut mi zabraknie - jestem w zupełnej rozsypce, sennie zmagając się przez cały długi dzień z opadającymi powiekami.
Przeraża mnie postrzeganie mnie przez pryzmat gadżetów - jeśli nowe rzeczy, jakieś bzdury czy pierdoły, maja mi dodać pewności siebie - to ja dziękuję bardzo, ja tak nie chcę, bo to nie jest efekt dojrzałości, krok do przodu, tylko kolejna maska, pod którą skrywam samą siebie.
Nowe nabytki:
* niebieskie okulary,
* czapka męska,
* bransoletka w kolorach niebieskawo- zielonkawych,
* 2 pary kolczyków: pomarańczowo - czarne i zielono -niebieskie,
* wysokie trampki oliwkowe,
* hustka zielona, w kratkę niebieską.
I jakoś, od kiedy się odziewam w te moje nowości - więcej ludzi chce ze mną rozmawiać, że niby ja się tak otworzyłam na świat, przybrałam go barwnie i radośnie, z entuzjazmem i energią wychodząc naprzeciw wszystkim tym, którzy znajdują się w zasięgu połowy metra.
Kit.
Wcale tak nie jest.
Ucichłam wewnętrznie. Jakoś we mnie bez echa przebrzmiewa zewnętrzne otoczenie. Liczę się ja i to, co we mnie, choć na razie nie werbalizuję tego z powodów kilku, ale jakoś nie widzę w tym niczego dziwnego. Lubię mieć coś tylko dla siebie - lubię siebie dla siebie. Rozmawiać nie lubię, tracę tę zdolność od jakiegoś czasu, choć wiem, że nie bezpowrotnie, to taki czas, że słucham innych milcząca. I tak jest dobrze.
Jako, że zajęcia na uczelni już pełną parą - nie mam czasu na leniuchowanie. Dzisiaj zmagania w Maiusie od 8 do 20. 15 z dwoma półtora godzinnymi przerwami. Jutro z jedną. A tak chciałabym wyjść sobie na miasto w trampkach, beztrosko, pozornie bez celu, połazić między kamienicami, wspiąć się na kilka murków i w ogóle popodwórkować poznańsko. Nie korcą mnie chwilowo spacery po parkach, na łonie natury - jak najbardziej ciągnie mnie do zabudowań, do wąskich uliczek, wydeptanych chodników, gdzie każda dziura, każdy koci łeb mają swoje historie, jakieś perypetie zawiłe - i chciałabym je poznać, wgryźć się w nie i rozgryźć; chłonąć miejską swoistość, pachnącą spalinami. Widok nieba, które przesłaniają jakieś budynki - jest ledwie urywkiem pewnej całości, której i tak nie można ogarnąć zupełnie - wszak jest to niemożliwe fizycznie - i ten skrawek niebieski, granatowy staje się kluczem, którym otwierać można furtę do ogrodu wyobraźni, marzeń, fantazji. Jak ja lubię myśleć o chmurach pierzastych, jasnych i ciemnych, o deszczu i płatkach zimnego śniegu, które spadając na mój nos - włączają mnie do tych Wysokości, od zawsze będących dla mnie źródłem zachwytu. Właśnie tak, zachwytu. Wilgotne cegły, resztki hałd śniegu, zatłoczone tramwaje - świat pędzi i gna, a jednocześnie wiąż pozostaje w bezruchu. Perspektywy ujmowania różnych momentów: korków, powrotów ze szkoły, czy nawet wizyt w sklepach, to szansa na znalezienia miejsca dla mnie i mojej głowy, przepełnionej niespokojnymi myślami, chwilowymi objawieniami, poglądami niepopularnymi i płochymi nadziejami. Chcę się wpasować, oddychając rytmem miasta, w tę moziakę kolorów, odgłosów, czynności; mieć sposobność na ubranie w słowa czegoś, czego wcześniej nie zauważałam, co było mi odległe i obce - ujarzmić mechaniczność takiego bycia, gdzie dzień zaczyna dźwięk porannych tramwajów, poruszających się na przystanku nieopodal, a kończy chwilową ciszą na drodze przed akademikiem, gdy ani samochód, ani motocykl żaden nie śmią zmącić krótkiego wytchnienia świateł i skrzyżowań. Bo Poznań to podobno trudne miasto, hermetyczne - a ja tego jeszcze nie doświadczyłam, nie dostrzegłam; bo wydaje mi się tak naturalnym mówienie, że "zakluczam drzwi" i wiem, co znaczy podróż bimbą i bimbrem, i wiedziałam wcześniej - nim przybyłam tu 4 lata temu.
Zmykam na zajęcia: Nauki społeczne a biologia (czy jakoś tak - idę po raz pierwszy, stąd kiepska znajomość nazwy).
Przyjemnego wieczoru, moi Mili.
Zacznę od czegoś, co mnie zaskakuje z każdym dniem coraz bardziej - budzę się wcześnie! I jestem zupełnie wyspana :) Może dzisiejsza pobudka o 6. 40 okupiona była wielkim bólem, ale bardzo szybko doszłam do siebie i o 8 grzecznie stawiłam się na metodologii badań składniowych (ehhhh, jak ja nie cierpię gramatyki!). Nie jestem pewna czy ranki od 7. 30 czy 8.00 to efekt wcześniejszego kładzenia się spać, czy raczej zmian wiszących w powietrzu, związanych z przejściem na czas letni? Choć dopuszczam również możliwość, że skoro mam spokojniejsze noce, bez gapienia się w sufit czy okno, to organizm po prostu działa jak trzeba - a w środku mnie - jak w szwajcarskim zegarku - mechanizmy bezbłędne na wiosnę :)
Dostrzegam też, że każda minuta jest ważna - czasem wystarczy poleżeć jeszcze 2, no może 3 i wstaję rześka, gotowa do aktywnego działania; a gdy tych minut mi zabraknie - jestem w zupełnej rozsypce, sennie zmagając się przez cały długi dzień z opadającymi powiekami.
Przeraża mnie postrzeganie mnie przez pryzmat gadżetów - jeśli nowe rzeczy, jakieś bzdury czy pierdoły, maja mi dodać pewności siebie - to ja dziękuję bardzo, ja tak nie chcę, bo to nie jest efekt dojrzałości, krok do przodu, tylko kolejna maska, pod którą skrywam samą siebie.
Nowe nabytki:
* niebieskie okulary,
* czapka męska,
* bransoletka w kolorach niebieskawo- zielonkawych,
* 2 pary kolczyków: pomarańczowo - czarne i zielono -niebieskie,
* wysokie trampki oliwkowe,
* hustka zielona, w kratkę niebieską.
I jakoś, od kiedy się odziewam w te moje nowości - więcej ludzi chce ze mną rozmawiać, że niby ja się tak otworzyłam na świat, przybrałam go barwnie i radośnie, z entuzjazmem i energią wychodząc naprzeciw wszystkim tym, którzy znajdują się w zasięgu połowy metra.
Kit.
Wcale tak nie jest.
Ucichłam wewnętrznie. Jakoś we mnie bez echa przebrzmiewa zewnętrzne otoczenie. Liczę się ja i to, co we mnie, choć na razie nie werbalizuję tego z powodów kilku, ale jakoś nie widzę w tym niczego dziwnego. Lubię mieć coś tylko dla siebie - lubię siebie dla siebie. Rozmawiać nie lubię, tracę tę zdolność od jakiegoś czasu, choć wiem, że nie bezpowrotnie, to taki czas, że słucham innych milcząca. I tak jest dobrze.
Jako, że zajęcia na uczelni już pełną parą - nie mam czasu na leniuchowanie. Dzisiaj zmagania w Maiusie od 8 do 20. 15 z dwoma półtora godzinnymi przerwami. Jutro z jedną. A tak chciałabym wyjść sobie na miasto w trampkach, beztrosko, pozornie bez celu, połazić między kamienicami, wspiąć się na kilka murków i w ogóle popodwórkować poznańsko. Nie korcą mnie chwilowo spacery po parkach, na łonie natury - jak najbardziej ciągnie mnie do zabudowań, do wąskich uliczek, wydeptanych chodników, gdzie każda dziura, każdy koci łeb mają swoje historie, jakieś perypetie zawiłe - i chciałabym je poznać, wgryźć się w nie i rozgryźć; chłonąć miejską swoistość, pachnącą spalinami. Widok nieba, które przesłaniają jakieś budynki - jest ledwie urywkiem pewnej całości, której i tak nie można ogarnąć zupełnie - wszak jest to niemożliwe fizycznie - i ten skrawek niebieski, granatowy staje się kluczem, którym otwierać można furtę do ogrodu wyobraźni, marzeń, fantazji. Jak ja lubię myśleć o chmurach pierzastych, jasnych i ciemnych, o deszczu i płatkach zimnego śniegu, które spadając na mój nos - włączają mnie do tych Wysokości, od zawsze będących dla mnie źródłem zachwytu. Właśnie tak, zachwytu. Wilgotne cegły, resztki hałd śniegu, zatłoczone tramwaje - świat pędzi i gna, a jednocześnie wiąż pozostaje w bezruchu. Perspektywy ujmowania różnych momentów: korków, powrotów ze szkoły, czy nawet wizyt w sklepach, to szansa na znalezienia miejsca dla mnie i mojej głowy, przepełnionej niespokojnymi myślami, chwilowymi objawieniami, poglądami niepopularnymi i płochymi nadziejami. Chcę się wpasować, oddychając rytmem miasta, w tę moziakę kolorów, odgłosów, czynności; mieć sposobność na ubranie w słowa czegoś, czego wcześniej nie zauważałam, co było mi odległe i obce - ujarzmić mechaniczność takiego bycia, gdzie dzień zaczyna dźwięk porannych tramwajów, poruszających się na przystanku nieopodal, a kończy chwilową ciszą na drodze przed akademikiem, gdy ani samochód, ani motocykl żaden nie śmią zmącić krótkiego wytchnienia świateł i skrzyżowań. Bo Poznań to podobno trudne miasto, hermetyczne - a ja tego jeszcze nie doświadczyłam, nie dostrzegłam; bo wydaje mi się tak naturalnym mówienie, że "zakluczam drzwi" i wiem, co znaczy podróż bimbą i bimbrem, i wiedziałam wcześniej - nim przybyłam tu 4 lata temu.
Zmykam na zajęcia: Nauki społeczne a biologia (czy jakoś tak - idę po raz pierwszy, stąd kiepska znajomość nazwy).
Przyjemnego wieczoru, moi Mili.
niedziela, 7 marca 2010
na skróty - wybaczcie...
zasypiam na siedząco, zagrypiała, zgorączkowana z podwójnym widzeniem - mówiłam, że jak wszystkie znajomi cudownie ozdrowieją - ja padnę, jak mucha, ścięta klapką przez dziadka w kapeluszu z zasłonką. no i padłam...
nie było mnie-bo mój komp się spalił, delikatnie rzecz określając ;/ (fuck, fuck, fuck) na naprawę widoków nie ma, bo za mało sianka w portfeliku... takie czasy.
piszę od Aneszki.
Miałam intenswny bardzo tydzień, poprzeplatany różnymi zdarzeniami dobrymi i budującymi, oraz takimi, które sprowadzały się do żałosnego zawodzenia (o czym było ostatnio). Tak się jakoś we mnie wszystko mierzy ze sobą: smutek z niepohamowanym uśmiechem, narodziny (mamy nowe bliźniaki w familii - dwóch chłopaków) ze śmiercią, białe z czarnym. I dobrze: mam o czym myśleć, jest jakaś treść wpisana w każdy dzień - ranki i wieczory nie płyną monotonnie i jednostajnie. Buzuje się, buzuje w Czesiu.
Weeend spędzałam w domu - bez pośpiechu, bez obowiązków właściwie. Nagadałam się z rodzicami, którzy i piątkowy i sobotni wieczór spędzili ze mną, i Subkulturą (brat mój, zwany tudzież Małym, bo w gruncie rzeczy rozkoszny z niego Konradek z prawie dziewiętnastką na karku). Sobota była przeznaczona na wyjazd do babci - pojawiliśmy się koło południa, po dość ciężkiej jeździe oblodzonymi drogami, przypominającymi ser szwajcarski. Oczywiście były faworki, zwane gdzieniegdzie chruścikami (przysmak wszystkich), były pierogi z kapustą i grzybami (najulubieńsze danie Subkultury) i frytki wcinane przez Autorkę ze solą i śmietaną (tak jak tylko ja lubię najbardziej :)
I było lekko i przyjemnie, wiosna wkracza do młodszych i starszych głów (choć zima uderzyła znów śniegiem i mrozem - a ja do domu w tenisówkach się wybrałam). W domu ciepło i pachnąco. U babci naleweczki owocowe.
Poza tym - Jovan pokonal Żabę w przeciąganiu pluszaka - było na co popatrzeć! Pojedynek trwał ponad 10 minut. Rozpoczął się w moim pokoju (na piętrze), a skończył na korytarzu za kuchnią (parter). Było latanie między fotelami, czołganie, atak przednimi łapami, zapieranie ogonem, szczerzenie, warczenie, przewrócony wazon, stratowana palma w doniczce i masa misiowego wnętrza (wata) wszędzie wokół. Uśmiałam się jak mała dziewczynka, bo Jovan wygląda jak szczenię w porównaniu z Żabą - o dwakroć większą. Zuch - dał radę, choć na schodach myślałam, że się podda - oczywiście Żaba ciągnęła go za sobą - efekt: Juv latał...
A teraz - czas spać, oczy pieką niemiłosiernie, głowa pęka, rozrywana jakimś ogniem piekielnym.
Poznań...
Dobrej nocy!
Ps. I miałam jeden przecudny telefon od Przecudnego Wujka - będzie się pisał dłuuugi list :)
i wyglądam prawie jak ten pan... ale zważywszy na to, że mieszkam w państwie, gdzie kaczki mają bardzo wysoki status społeczny, to wyglądam trochę tak (choć z kaczkami nie mam nic wspólnego):
Wyszukane w sieci :)
Wyszukane w sieci :)nie było mnie-bo mój komp się spalił, delikatnie rzecz określając ;/ (fuck, fuck, fuck) na naprawę widoków nie ma, bo za mało sianka w portfeliku... takie czasy.
piszę od Aneszki.
Miałam intenswny bardzo tydzień, poprzeplatany różnymi zdarzeniami dobrymi i budującymi, oraz takimi, które sprowadzały się do żałosnego zawodzenia (o czym było ostatnio). Tak się jakoś we mnie wszystko mierzy ze sobą: smutek z niepohamowanym uśmiechem, narodziny (mamy nowe bliźniaki w familii - dwóch chłopaków) ze śmiercią, białe z czarnym. I dobrze: mam o czym myśleć, jest jakaś treść wpisana w każdy dzień - ranki i wieczory nie płyną monotonnie i jednostajnie. Buzuje się, buzuje w Czesiu.
Weeend spędzałam w domu - bez pośpiechu, bez obowiązków właściwie. Nagadałam się z rodzicami, którzy i piątkowy i sobotni wieczór spędzili ze mną, i Subkulturą (brat mój, zwany tudzież Małym, bo w gruncie rzeczy rozkoszny z niego Konradek z prawie dziewiętnastką na karku). Sobota była przeznaczona na wyjazd do babci - pojawiliśmy się koło południa, po dość ciężkiej jeździe oblodzonymi drogami, przypominającymi ser szwajcarski. Oczywiście były faworki, zwane gdzieniegdzie chruścikami (przysmak wszystkich), były pierogi z kapustą i grzybami (najulubieńsze danie Subkultury) i frytki wcinane przez Autorkę ze solą i śmietaną (tak jak tylko ja lubię najbardziej :)
I było lekko i przyjemnie, wiosna wkracza do młodszych i starszych głów (choć zima uderzyła znów śniegiem i mrozem - a ja do domu w tenisówkach się wybrałam). W domu ciepło i pachnąco. U babci naleweczki owocowe.
Poza tym - Jovan pokonal Żabę w przeciąganiu pluszaka - było na co popatrzeć! Pojedynek trwał ponad 10 minut. Rozpoczął się w moim pokoju (na piętrze), a skończył na korytarzu za kuchnią (parter). Było latanie między fotelami, czołganie, atak przednimi łapami, zapieranie ogonem, szczerzenie, warczenie, przewrócony wazon, stratowana palma w doniczce i masa misiowego wnętrza (wata) wszędzie wokół. Uśmiałam się jak mała dziewczynka, bo Jovan wygląda jak szczenię w porównaniu z Żabą - o dwakroć większą. Zuch - dał radę, choć na schodach myślałam, że się podda - oczywiście Żaba ciągnęła go za sobą - efekt: Juv latał...
A teraz - czas spać, oczy pieką niemiłosiernie, głowa pęka, rozrywana jakimś ogniem piekielnym.
Poznań...
Dobrej nocy!
Ps. I miałam jeden przecudny telefon od Przecudnego Wujka - będzie się pisał dłuuugi list :)
poniedziałek, 1 marca 2010
żałosne zawodzenie...
Zły wieczór - jestem w środku pusta. Chłód dolatujący zza okna wywołuje gęsią skórkę na ramionach - nie otulę się kocem, chcę tego zimna, chcę chłodu... Lubię marznąć... Od zawsze, ale pewnie tak mają zimowe dzieciaki.
jak przekonać mnie o miłości - być ze mną... a nie uciekać...
pytając mnie o zdanie - uwzględnić je...
znając moją odpowiedź - nie pytać, by bolało bardziej...
przepraszam - chyba już nie działa jak kiedyś...
Dawno mnie tutaj nie było :/ Mam teraz spore deficyty czasu. Niby jest jakaś doza przyzwoita wolnego, ale ja potrzebuję snu i odpoczynku.
Głupie sny: ludzie, zwierzęta, huta, szklarnia, kilka pająków i wielka sosna, clown i góral - bez sensu, bez większy powiązań. Z tym zmagam się prawie codziennie, tuż przed przebudzeniem. Głowa potem boli i pęka.
dzisiaj, teraz, wyraźnie chciałabym do W. żeby mnie przytulił...
nie cierpię pustego pokoju, gdy mógłby być pełny.
ile razy można umierać w środku? ile czasu można czekać? ile razy można godzić się z własną porażką? jak długo można być odpychanym?
myślę sobie, że jestem sama. tak naprawdę jestem sama. gdy On coś mówi, coś złego - zmykam do ciszy we mnie tkwiącej, gdzie nikt nie ma wstępu.
przez ostatni tydzień mój nastrój, świetny i radosny, dawał nadzieję na więcej. a potem dwa epizody i trach! koniec.
poczułam się poniżona, upodlona...
teraz wszystko we mnie płacze. solidnym ciosem potraktowałam szafę, innymi ciosami drzwi. siła, tyle jej teraz we mnie. agresja, zrodzona ze złości, goryczy i porzucenia bez porzucenia.
dlaczego za każdym razem, gdy On wychodzi z pokoju MY traci na znaczeniu, przestaje istnieć w odniesieniu do Niego? ja jestem z Nim, jestem Jego. ale On - jest nieosiągalny pod tymi względami. zupełnie poza mną i naszą cierpką miłością.
to nie jest tak, że nie cieszę się wysokimi trampkami, które noszę od kilku dni, ani okularami niebieskimi.
chodzi o to, że ani wysokie trampki, ani okulary nie zmienią tego, iż dla jedynej osoby, dla której warto być - dla Niego - tak często jestem niczym...
jak przekonać mnie o miłości - być ze mną... a nie uciekać...
pytając mnie o zdanie - uwzględnić je...
znając moją odpowiedź - nie pytać, by bolało bardziej...
przepraszam - chyba już nie działa jak kiedyś...
Dawno mnie tutaj nie było :/ Mam teraz spore deficyty czasu. Niby jest jakaś doza przyzwoita wolnego, ale ja potrzebuję snu i odpoczynku.
Głupie sny: ludzie, zwierzęta, huta, szklarnia, kilka pająków i wielka sosna, clown i góral - bez sensu, bez większy powiązań. Z tym zmagam się prawie codziennie, tuż przed przebudzeniem. Głowa potem boli i pęka.
dzisiaj, teraz, wyraźnie chciałabym do W. żeby mnie przytulił...
nie cierpię pustego pokoju, gdy mógłby być pełny.
ile razy można umierać w środku? ile czasu można czekać? ile razy można godzić się z własną porażką? jak długo można być odpychanym?
myślę sobie, że jestem sama. tak naprawdę jestem sama. gdy On coś mówi, coś złego - zmykam do ciszy we mnie tkwiącej, gdzie nikt nie ma wstępu.
przez ostatni tydzień mój nastrój, świetny i radosny, dawał nadzieję na więcej. a potem dwa epizody i trach! koniec.
poczułam się poniżona, upodlona...
teraz wszystko we mnie płacze. solidnym ciosem potraktowałam szafę, innymi ciosami drzwi. siła, tyle jej teraz we mnie. agresja, zrodzona ze złości, goryczy i porzucenia bez porzucenia.
dlaczego za każdym razem, gdy On wychodzi z pokoju MY traci na znaczeniu, przestaje istnieć w odniesieniu do Niego? ja jestem z Nim, jestem Jego. ale On - jest nieosiągalny pod tymi względami. zupełnie poza mną i naszą cierpką miłością.
to nie jest tak, że nie cieszę się wysokimi trampkami, które noszę od kilku dni, ani okularami niebieskimi.
chodzi o to, że ani wysokie trampki, ani okulary nie zmienią tego, iż dla jedynej osoby, dla której warto być - dla Niego - tak często jestem niczym...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





