Wyprawę po pierwszy Jego wpis z kierunku: filozofia ogólna - przedmiot: technologie informacyjne cz. 1 - uważam za rozpoczętą. Jesteśmy na etapie: On: "ja się golę, a Ty mi indeks wypisz"; ja: "Byle gładko, a indeks zwarty i gotowy.Tylko weź się nazwisk dowiedz..."
No to w drogę.
(Mam wyśmienity nastrój, jest mi na duszy lekko i raźno. Znów uśpiłam na kilka chwil mój temperament złośnicy i buntowniczki... Teraz jestem potulną kotką, która leniwie przeciąga się po przespanej nocy pełnej snów dziwnych. Wewnętrzny spokój to rzadki gość mojej głowy i duszy... Pozwalam mu się więc dzisiaj rozsiąść na kanapach mojego "ja" i wylegiwać rozkosznie... Uczę się doceniać momenty, gdy nie targają mną skrajne emocje, gdy wszystko nie wisi na włosku, a ja sama mam jakąś taką potrzebę wyciszenia wszystkiego we mnie i w moim otoczeniu. Nie wskazana jest teraz muzyka, filmy, próby gitarowe Przemka, kłótnie z Nim, i zgrywanie szopki Czesiowej - choć Czesiu ze mnie nienegowany. Jest dobrze, tak jak jest. Nie muszę zadawać sobie pytań. Żadnych łamigłówek życiowych. I zbędne jest celebrowanie własnego pokręcenia/ rozkręcenia/ przykręcenia/ odkręcenia).
Będę później. Paaaa
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 12 stycznia 2010
"pierwszy" taki post
Tak. Moja własna niespodziewajka. Piszę od Niego, okryta Jego kołderką, z plecami opartymi o Jego poduszki, w Jego raju/ domu/ pokoju. Tego nie przewidziałam, nie miałam śmiałości.
Bo do tej pory - mój blog = mój komputer = mój dom lub akademik. A tu TAKI psikus ;)
Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć, tyle się przez kilka dni nazbierało. Weekend w domu. Urodziny w międzyczasie. Akademik. A teraz Sarmacka. Może ład chronologiczny ochroni tę pisaninę od kompletnego wariactwa chaosu?
Czwartkowy wieczór pół na pół. Po sycącym obiedzie mieliśmy siły we trójkę pójść na miasto. Pierwsza knajpka - jakoś uszła, choć muzyka w stylu:"walę, walę, wrrrrrrrnaksojdihbas" nie przypadła nam do gustu. Po piwie Aneszki i Jego, a moim soku pomarańczowym (bleee) zmieniliśmy miejsce na starą, zakurzoną nieco Minogę, by wrócić do korzeni poznańskiego "melanżu" (słowo, którego nie znoszę!). I tam, czerpiąc z uroków nietuzinkowo ułożonej powierzchni i przestrzeni Aneszka i On snuli o tym, co by w układzie zmienili, jak by go zaaranżowali, by było po ichniemu acz z klimatem i stylem. Lekko wyłączona z rozmowy roiłam sobie w głowie, że na jednej za ścian zawisłyby fotografie mostów w czerni i bieli, a inną jeszcze przyozdobiłabym rzuconym grubo i trochę niedbale czerwonym, ciężkim materiałem; gdzie indziej stałyby parawan drewniany, orientalny ze zdobieniami bogatymi; jeszcze miejsce dla gramofonu, sekretarzyka i klatki dla ptaków (pustej oczywiście)... Wizja była piękna, i nie tak ulotna jak mi się zdawało. Gdy rozmowa zeszła na tory natury hmmm, erotycznej - zupełnie się wyłączyłam, acz gdy trzeba było - interweniowałam... (Nie lubię, gdy On opowiada o swoich starych dziejach, beze mnie, zwłaszcza, gdy tak intymne tematy poruszane są w rozmowie z kimś innym, której się przysłuchuję lub w której uczestniczę).
Noc spędziłam u Niego. Noc - padłam na łóżko, zaraz po wejściu do pokoju i tyle, bo nie mam sił na wyprawy przez pół miasta o 1 czy 2 w nocy.
A noc była wyjątkowa o tyle, że z powiedzmy na w pół szurniętej 21 z wielkimi zachwianiami fantazji i rzeczywistości - przeistoczyłam się niedobrowolnie w 22 marzącą o kolejnych urodzinach. Nic to kolejny rok na karku. Nic to zmarszczki, wypatrywanie siwych włosów na skroniach, nic nawet kilogramy nadprogramowe. Ale rok oznaczony dwiema dwójkami to już kataklizm, tragedia grecka, dramat jak Szekspira i w ogóle kicha totalna.
Dawno, dawno temu wspominałam coś o mojej prywatnej szaleńczej numerologii. Że kocham cyfrę 5 i że w sumie preferuję to, co nieparzyste. A 2 nie cierpię od zawsze. (Może dlatego para, znaczy się związek dwojga ludzi to tak trudna sfera?) Bo złe, bo pecha ze sobą niosą. Irracjonalnie, zupełnie subiektywnie, może to szarlataneria?
Rano wszystko w pośpiechu: śniadanie, powrót do akademika, pakowanie i jazda do domu...
A potem dużo śniegu, moje psiny kochane, powrót do Poznania, ewakuacja z centrum handlowego, zakupy bez zakupów i wszystko inne...
Ale o tym to napiszę jutro. Dobranoc wszystkim ;)
Bo do tej pory - mój blog = mój komputer = mój dom lub akademik. A tu TAKI psikus ;)
Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć, tyle się przez kilka dni nazbierało. Weekend w domu. Urodziny w międzyczasie. Akademik. A teraz Sarmacka. Może ład chronologiczny ochroni tę pisaninę od kompletnego wariactwa chaosu?
Czwartkowy wieczór pół na pół. Po sycącym obiedzie mieliśmy siły we trójkę pójść na miasto. Pierwsza knajpka - jakoś uszła, choć muzyka w stylu:"walę, walę, wrrrrrrrnaksojdihbas" nie przypadła nam do gustu. Po piwie Aneszki i Jego, a moim soku pomarańczowym (bleee) zmieniliśmy miejsce na starą, zakurzoną nieco Minogę, by wrócić do korzeni poznańskiego "melanżu" (słowo, którego nie znoszę!). I tam, czerpiąc z uroków nietuzinkowo ułożonej powierzchni i przestrzeni Aneszka i On snuli o tym, co by w układzie zmienili, jak by go zaaranżowali, by było po ichniemu acz z klimatem i stylem. Lekko wyłączona z rozmowy roiłam sobie w głowie, że na jednej za ścian zawisłyby fotografie mostów w czerni i bieli, a inną jeszcze przyozdobiłabym rzuconym grubo i trochę niedbale czerwonym, ciężkim materiałem; gdzie indziej stałyby parawan drewniany, orientalny ze zdobieniami bogatymi; jeszcze miejsce dla gramofonu, sekretarzyka i klatki dla ptaków (pustej oczywiście)... Wizja była piękna, i nie tak ulotna jak mi się zdawało. Gdy rozmowa zeszła na tory natury hmmm, erotycznej - zupełnie się wyłączyłam, acz gdy trzeba było - interweniowałam... (Nie lubię, gdy On opowiada o swoich starych dziejach, beze mnie, zwłaszcza, gdy tak intymne tematy poruszane są w rozmowie z kimś innym, której się przysłuchuję lub w której uczestniczę).
Noc spędziłam u Niego. Noc - padłam na łóżko, zaraz po wejściu do pokoju i tyle, bo nie mam sił na wyprawy przez pół miasta o 1 czy 2 w nocy.
A noc była wyjątkowa o tyle, że z powiedzmy na w pół szurniętej 21 z wielkimi zachwianiami fantazji i rzeczywistości - przeistoczyłam się niedobrowolnie w 22 marzącą o kolejnych urodzinach. Nic to kolejny rok na karku. Nic to zmarszczki, wypatrywanie siwych włosów na skroniach, nic nawet kilogramy nadprogramowe. Ale rok oznaczony dwiema dwójkami to już kataklizm, tragedia grecka, dramat jak Szekspira i w ogóle kicha totalna.
Dawno, dawno temu wspominałam coś o mojej prywatnej szaleńczej numerologii. Że kocham cyfrę 5 i że w sumie preferuję to, co nieparzyste. A 2 nie cierpię od zawsze. (Może dlatego para, znaczy się związek dwojga ludzi to tak trudna sfera?) Bo złe, bo pecha ze sobą niosą. Irracjonalnie, zupełnie subiektywnie, może to szarlataneria?
Rano wszystko w pośpiechu: śniadanie, powrót do akademika, pakowanie i jazda do domu...
A potem dużo śniegu, moje psiny kochane, powrót do Poznania, ewakuacja z centrum handlowego, zakupy bez zakupów i wszystko inne...
Ale o tym to napiszę jutro. Dobranoc wszystkim ;)
wtorek, 5 stycznia 2010
Uśpiona... Acz po przejściach/ przejazdach
Znienacka mały chłopczyk w czerwonej kurtce i niebieskiej czapie wybiegł na tory... Widoczny z daleka, ze względu na rażące barwy stroju - na torach pojawił się nie wiedzieć jak... Tramwaj zahamował gwałtownie. Słychać było pisk szyn. Maszyną ostro szarpnęło - grupka stojący młodych ludzi legła plackiem na zaśnieżoną podłogę. Strach i panika omotały pasażerów w tzw. "try miga". Przerażone miny, urywane krzyki i podniesione głosy zamilkły, gdy motorniczy z hukiem wyszedł z wagonu - wyciągnął malca za fraki... Szczęściem chłopcu nic się nie stało - upadł (przypuszczam że się po prostu poślizgnął), ale tramwaj zatrzymał się jakiś metr od niego. Niebezpiecznie. Wyraz twarzy motorniczego był tą niesamowitą mieszanką strachu i wk***ienia. Tym razem nic się nie stało... Do następnego razu.
17 jest chwilowo tramwajem mi najbliższym. Za każdym razem, gdy spoglądam na miasto zza jej szyb, gdy przyglądam się pasażerom - dostrzegam coś nowego, coś wartego opisania, zapamiętania tym samym. Przygodę z dzisiaj chętnie wymazałabym jednak z pamięci - opisana jest ku przestrodze:
^ rodziców, by z uwagą pilnowali swoich pociech;
^ i ludziów wszelkiej maści, by nie leźli na łeb na szyję tam, gdzie jest zakaz; lub nie ścigali się z autami mającymi zielone światło na przejściu, gdzie dla przechodnia świeci jak byk czerwone!
(Pomyśleć, że jest jedno miejsce, gdzie też kieruję się minimalizmem zużycia czasu i na szagę, przez jezdnię, bez przejścia - podążam ku przystankowi autobusowemu - PODĄŻAŁAM - NIGDY WIĘCEJ!!!)
Dzień upłynął z trudem. Nie mogłam się dobudzić po całonocnej debacie z Nim. Ileż wysiłku kosztowało słuchanie Aureli z otwartymi oczyma... Tak się zastanawiam: czemu łatwiej się jej słucha mając oczy zamknięte? Ku mojemu wewnętrznemu oporowi i buntowi ogromnemu Aurela mówiła dziś z ładem i składem, panując na mimiką, tonem i gestykulacją. Zdania składały się w spoistą całość i zawierały niekryty sens i mądrość.
Jestem tym zawiedziona. Bo to było ostatnie zajęcia ze socjologii rodziny. Później już tylko koło zaliczeniowe. A ja nawet nie mam tu jakiejść cięte pointy na pożegnanie Aureli, bo akurat dzisiaj, na ostatnim naszym rande vous nie pochwaliła się niczym godnym odnotowania.
Teraz siedzę sobie w pokoiku, czekając na moje Smerfy dwa (Aneszka i On). Przede mną gruby Sztompka (znaczy podręcznik tegoż) i wielkie obowiązek przeczytania jakichś 17 stroniczek... Bleee...
Plan na wieczór - pójść spać odpowiednio wcześnie, by się obudzić na poranny wykład ;/ Ehh
Spokojnego wieczoru, moi Drodzy!
I dobranoc - to piszę Ja, Malutka, w imieniu Uszatka i własnym ;)
17 jest chwilowo tramwajem mi najbliższym. Za każdym razem, gdy spoglądam na miasto zza jej szyb, gdy przyglądam się pasażerom - dostrzegam coś nowego, coś wartego opisania, zapamiętania tym samym. Przygodę z dzisiaj chętnie wymazałabym jednak z pamięci - opisana jest ku przestrodze:
^ rodziców, by z uwagą pilnowali swoich pociech;
^ i ludziów wszelkiej maści, by nie leźli na łeb na szyję tam, gdzie jest zakaz; lub nie ścigali się z autami mającymi zielone światło na przejściu, gdzie dla przechodnia świeci jak byk czerwone!
(Pomyśleć, że jest jedno miejsce, gdzie też kieruję się minimalizmem zużycia czasu i na szagę, przez jezdnię, bez przejścia - podążam ku przystankowi autobusowemu - PODĄŻAŁAM - NIGDY WIĘCEJ!!!)
Dzień upłynął z trudem. Nie mogłam się dobudzić po całonocnej debacie z Nim. Ileż wysiłku kosztowało słuchanie Aureli z otwartymi oczyma... Tak się zastanawiam: czemu łatwiej się jej słucha mając oczy zamknięte? Ku mojemu wewnętrznemu oporowi i buntowi ogromnemu Aurela mówiła dziś z ładem i składem, panując na mimiką, tonem i gestykulacją. Zdania składały się w spoistą całość i zawierały niekryty sens i mądrość.
Jestem tym zawiedziona. Bo to było ostatnie zajęcia ze socjologii rodziny. Później już tylko koło zaliczeniowe. A ja nawet nie mam tu jakiejść cięte pointy na pożegnanie Aureli, bo akurat dzisiaj, na ostatnim naszym rande vous nie pochwaliła się niczym godnym odnotowania.
Teraz siedzę sobie w pokoiku, czekając na moje Smerfy dwa (Aneszka i On). Przede mną gruby Sztompka (znaczy podręcznik tegoż) i wielkie obowiązek przeczytania jakichś 17 stroniczek... Bleee...
Plan na wieczór - pójść spać odpowiednio wcześnie, by się obudzić na poranny wykład ;/ Ehh
Spokojnego wieczoru, moi Drodzy!
I dobranoc - to piszę Ja, Malutka, w imieniu Uszatka i własnym ;)
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Relacja, acz z pewnością nie rewelacja ;P
Chłód bijący z lekko uchylonego okna otrzeźwia mnie z mojego zamyślenia, może nawet zamarzenia. Poznań śniegowy, mroźny, jest dziś dla mnie chyba łaskawy. Szybki, bezwzględny i solidny - pruska dyscyplina w wersji uszczuplonej musi być ;)
Pobudka o nieludzkiej porze jednak się udała. Wstaliśmy na zajęcia przed 7. (Nie zrozumiem chyba nigdy możliwości ludzkiego organizmu - jak niektórzy ludzie radzą sobie ze wstawaniem dajmy na to o 5 rano?!). A potem wyruszyliśmy na zajęcia.
I buba: psychologia społeczna odwołana - pocałowałam klamkę.
Stwierdziłam, że wyruszę po wyniki mojej morfologii i tutaj pierwsza przygoda, właściwie cudo:
* pan motorniczy zwlekał ładnych kilka minut widząc, że na tramwaj spieszyła się młodziutka dziewczyna prowadząca ostrożnie staruszkę... miło była patrzeć na wdzięczność obu pań, ale też nie krytą radość z czynu motorniczego - nie raz zdarza się że tramwaj rusza dosłownie sprzed nosa... dla starszej pani znalazło się miejsce bez problemu w zatłoczonej 17, a opiekunka czule spoglądała na bezpiecznie usadowioną kobietę, sympatycznie strzelając urzekającym (nawet, a może zwłaszcza mnie) uśmiechem... piszę o tym dlatego, że sama pamiętam jak trudno było opiekować się chorującym Dziadkiem, jak trzeba było podpierać jego ciało z tyłu, by poruszyć nogi: kroczek do przodu i jakim sukcesem było 7 pełnych łyżek zjedzonej zupy... na takie rzeczy spogląda się z rozrzewnieniem i sentymentem (kiedyś muszę tu o Dziadku moim napisać)...
W tejże samej 17 miałam osobisty epizod przygodowy:
* stojąc tuż przy drzwiach motorniczego trzymałam się oparcia jednego z siedzeń, na którym majestatyczny pan lat około 40 wesoło spoglądając w moją stronę śpiewał: "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj JEJ wieczne spoczywanie"- uznana za żywego trupa stwierdziłam w duchu, że wreszcie zupełnie obca mi osoba poznała się na tym, że w moim babskim ciele mieszka Czesław, pieszczotliwie zwany przeze mnie Czesiem ;P
Pokrzepiona tą jakże budującą pieśnią/ odą pochwalną naładowałam mój pozytometr do granic możliwości, że skala nie wystarczyła i raźno pomknęłam do przychodni po wyniki badań, ba, nawet zapisałam się do lekarza. Niestety wizyta nie odbyła się z mojej winy, gdyż spóźniłam się jakieś 7 minut, ale cóż, bywa. Zapiszę się na" kiedyś". Tak czy siak wydaje mi się, że badanie wyszło nieźle, choć 3 wartości mam poniżej normy, a jedną powyżej (na razie to jeszcze zagadka: o co w tym chodzi?):
- średnia masa hemoglobiny w krwince czerwonej - nie mieszczę się w przedziale 28 - 34, zniżając się do poziomu 27, 4
- średnie stężenie hemoglobiny w krwince czerwonej też nieco poniżej normy - nie łapię się między 31 - 36, zatrzymując się na 30,3.
- rozmaz: neutrocyty też ciut za nisko, żadno 37% - 80%, a ledwie 35, 7%
- a to co powyżej to rozmaz: limfocyty - przedział 10% - 50% przeskakuję o 7,4%.
Nie wydaje mi się to jednak niebezpieczne, stąd luz z przesunięcia wizyty na piątek :)
Mam ochotę na nastrój romantycznej kawiarni w starym stylu... By czas choć na moment zatrzymał się lub choćby lekko zwolnił... I uwolnić się od tych wszystkich przytłaczających problemów i kłopotów starszych i bierzących. Lubię, gdy czasem wyjrzy ze mnie ta nieśmiała cicha radość i podziw dla spraw prostych, gdy maleńka rzecz cieszy bardziej niż ogromne pudła- niespodziewajki. Cicho, szeptem, bez poruszenia strun czasu, głosu, z pieszczotą... Ciepło, bezpiecznie i przytulnie, w świetle lampki, blasku świec...
O mały włos, a zapomniałabym o pewnym wyjaśniniu, które należy się kilku Czytaczom: nie będzie na blogu więcej szczegółów o sytuacji P. Tak postanowiłam, tak będzie rozsądniej. Bo nie chcę czuć się jak w potrzasku, a przez moment właśnie tak było.
Ale wszystko jest opanowane, zwłaszcza ja, więc nie ma sensu wklepywać kolejnych słów z tej kwestii, już nie trzeba.
Udanego popołudnia Wam życzę. Zajrzę tu jeszcze wieczorem.
Ps. Marta... mam tak jak Ty, że żal wolnego, ale perspektywa weekendowa musi mi, raczej NAM, wystarczyć ;)
Pobudka o nieludzkiej porze jednak się udała. Wstaliśmy na zajęcia przed 7. (Nie zrozumiem chyba nigdy możliwości ludzkiego organizmu - jak niektórzy ludzie radzą sobie ze wstawaniem dajmy na to o 5 rano?!). A potem wyruszyliśmy na zajęcia.
I buba: psychologia społeczna odwołana - pocałowałam klamkę.
Stwierdziłam, że wyruszę po wyniki mojej morfologii i tutaj pierwsza przygoda, właściwie cudo:
* pan motorniczy zwlekał ładnych kilka minut widząc, że na tramwaj spieszyła się młodziutka dziewczyna prowadząca ostrożnie staruszkę... miło była patrzeć na wdzięczność obu pań, ale też nie krytą radość z czynu motorniczego - nie raz zdarza się że tramwaj rusza dosłownie sprzed nosa... dla starszej pani znalazło się miejsce bez problemu w zatłoczonej 17, a opiekunka czule spoglądała na bezpiecznie usadowioną kobietę, sympatycznie strzelając urzekającym (nawet, a może zwłaszcza mnie) uśmiechem... piszę o tym dlatego, że sama pamiętam jak trudno było opiekować się chorującym Dziadkiem, jak trzeba było podpierać jego ciało z tyłu, by poruszyć nogi: kroczek do przodu i jakim sukcesem było 7 pełnych łyżek zjedzonej zupy... na takie rzeczy spogląda się z rozrzewnieniem i sentymentem (kiedyś muszę tu o Dziadku moim napisać)...
W tejże samej 17 miałam osobisty epizod przygodowy:
* stojąc tuż przy drzwiach motorniczego trzymałam się oparcia jednego z siedzeń, na którym majestatyczny pan lat około 40 wesoło spoglądając w moją stronę śpiewał: "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj JEJ wieczne spoczywanie"- uznana za żywego trupa stwierdziłam w duchu, że wreszcie zupełnie obca mi osoba poznała się na tym, że w moim babskim ciele mieszka Czesław, pieszczotliwie zwany przeze mnie Czesiem ;P
Pokrzepiona tą jakże budującą pieśnią/ odą pochwalną naładowałam mój pozytometr do granic możliwości, że skala nie wystarczyła i raźno pomknęłam do przychodni po wyniki badań, ba, nawet zapisałam się do lekarza. Niestety wizyta nie odbyła się z mojej winy, gdyż spóźniłam się jakieś 7 minut, ale cóż, bywa. Zapiszę się na" kiedyś". Tak czy siak wydaje mi się, że badanie wyszło nieźle, choć 3 wartości mam poniżej normy, a jedną powyżej (na razie to jeszcze zagadka: o co w tym chodzi?):
- średnia masa hemoglobiny w krwince czerwonej - nie mieszczę się w przedziale 28 - 34, zniżając się do poziomu 27, 4
- średnie stężenie hemoglobiny w krwince czerwonej też nieco poniżej normy - nie łapię się między 31 - 36, zatrzymując się na 30,3.
- rozmaz: neutrocyty też ciut za nisko, żadno 37% - 80%, a ledwie 35, 7%
- a to co powyżej to rozmaz: limfocyty - przedział 10% - 50% przeskakuję o 7,4%.
Nie wydaje mi się to jednak niebezpieczne, stąd luz z przesunięcia wizyty na piątek :)
Za kilka minut będę się zbierać na podstawy socjologii, nie muszę chyba pisać, jak bardzo wolałabym posiedzieć sama w pokoju. Spokojnie delektować się swobodą myślenia o samej sobie w oderwaniu od rzeczywitości. Popijając kawkę, czytać ukradkiem Tuwima. I słychać jakiejść czarownej muzyki, może Lena Horn...
Wyszperane w sieci :)
Wyszperane w sieci :)Mam ochotę na nastrój romantycznej kawiarni w starym stylu... By czas choć na moment zatrzymał się lub choćby lekko zwolnił... I uwolnić się od tych wszystkich przytłaczających problemów i kłopotów starszych i bierzących. Lubię, gdy czasem wyjrzy ze mnie ta nieśmiała cicha radość i podziw dla spraw prostych, gdy maleńka rzecz cieszy bardziej niż ogromne pudła- niespodziewajki. Cicho, szeptem, bez poruszenia strun czasu, głosu, z pieszczotą... Ciepło, bezpiecznie i przytulnie, w świetle lampki, blasku świec...
O mały włos, a zapomniałabym o pewnym wyjaśniniu, które należy się kilku Czytaczom: nie będzie na blogu więcej szczegółów o sytuacji P. Tak postanowiłam, tak będzie rozsądniej. Bo nie chcę czuć się jak w potrzasku, a przez moment właśnie tak było.
Tamten post nie był po to, by komukolwiek coś udowodnić lub utrudnić. Był, bo ja tego potrzebowałam.
Wyszperane w sieci :)
Wyszperane w sieci :)Ale wszystko jest opanowane, zwłaszcza ja, więc nie ma sensu wklepywać kolejnych słów z tej kwestii, już nie trzeba.
Udanego popołudnia Wam życzę. Zajrzę tu jeszcze wieczorem.
Ps. Marta... mam tak jak Ty, że żal wolnego, ale perspektywa weekendowa musi mi, raczej NAM, wystarczyć ;)
sobota, 2 stycznia 2010
***
Spoglądaliście ostatnio na zimowe niebo podczas zachodu słońca z zachwytem?!
Kaziu biega w klatce. Aga i On wyszli na fajkę. Ja siedzę i myślę. Mam w głowie tysiące pytań. Tylko jakoś nie mam ochoty ich z siebie wyrzucać. Dzień ciągnie się niemiłosiernie. Nie pomogły lody i bita śmietana... Nawet chipsy nie zrobiły na mnie wrażenia.
Żyje się dalej.
Miłegoooooooooo ;)
Kaziu biega w klatce. Aga i On wyszli na fajkę. Ja siedzę i myślę. Mam w głowie tysiące pytań. Tylko jakoś nie mam ochoty ich z siebie wyrzucać. Dzień ciągnie się niemiłosiernie. Nie pomogły lody i bita śmietana... Nawet chipsy nie zrobiły na mnie wrażenia.
Żyje się dalej.
Miłegoooooooooo ;)
Zmęczenie rządzi...
Po ciężkiej nocy poprzedzającej Sylwester - nastąpiła kolejna ciężka noc... Fizycznie nie nadążam za wydarzeniami, więc moje oczy nadal są podkrążone, trapi mnie ziewanie nieustanne i ciało sprawia wrażenie ociężałego, sennego.
Finał imprezy przybrał dramatyczny wymiar... Karetka, szpital, akademik - aż kręci się od tego w głowie. Poprzedni post musiał zniknąć, ale chyba rozumiecie. Wierzę, że rozumiecie.
Dziś P. wróciła do domu. Mam Ją pod swoją pieczą. Taka odpowiedzialność zdecydowanie mnie przerasta, ale nie mam zamiaru umyć od niej rąk - zrobię wszystko, co w mojej mocy, a jeśli się da, to i więcej, by P. się polepszyło.
Do tego, w jakim położeniu znalazłyśmy się obie, można zaglądać przez wiele okien i dziurek od klucza. Nie ma jednego stanowiska, jednej poprawnej perspektywy, jednego sposobu na rozwiązanie problemu. Sieć zależności emocji, przekonań i argumentów rozsądkowych miesza się z oczekiwaniami, powinnościami i obowiązkami wobec siebie nawzajem, rodziny, znajomych... Nagle ta cała przynależność do społeczeństwa staje się piętnem, odciskającym się na wszystkich naszych działaniach...
Piszę tego posta dla mojej P. Być może lepiej zrozumie moje motywacje i sama odrobinę przemyśli swoją sytuację, może spojrzy na siebie z innej, unikanej do tej pory strony.
Ci, na których mogłam liczyć, gdy nie wiedziałam co robić - spisali się na medal.
I tak sobie myślę, że On miał rację, co do wczorajszej nocy. Świętowanie nadejścia Nowego Roku jest tak na prawdę świętem ku czci Nadziei. Bo przecież wczorajszy Sylwester oznaczał przejście z jednego etapu na drugi... A to, co ma nadejść, co się zmieni jest jeszcze zagadką. Wiara, że to, co przyniesie los będzie dobre, lepsze - jest wiarą krzepiącą, dającą siły. Nawet aspekt postanowień noworocznych potwierdza tę tezę: chcemy zrobić wszystko, by jakość naszego życia polepszyła się, by zmienić te złe nawyki, które w jakiś sposób nam szkodzą, przeszkadzają w rozwoju, stanowią barierę w dążeniu do zamierzonych celów.
Mój, właściwie nasz Sylwester był smutny. Tak On, jak i ja, byliśmy wytrąceni z równowagi poprzednimi wydarzeniami... Oboje jednak chcemy, by nadchodzące dni, te bliższe i te dalsze, dawały nam więcej satysfakcji, radości i szczęścia (nawet, jeśli nie potrafimy dokładnie sprecyzować czym ono jest).
Życzę wszystkim Czytaczom, aby Ten Rok stał się rokiem sukcesów w każdym wymiarze: prywatnym, zawodowym, rozrywkowym, naukowym. Doceńcie siebie i chwile, które macie, bo życie jest zbyt krótkie, by marnować z niego choćby 3 minuty ;)
Pozytywnie czuję w tle całokształtu mojego obecnego jestestwa ;)
Finał imprezy przybrał dramatyczny wymiar... Karetka, szpital, akademik - aż kręci się od tego w głowie. Poprzedni post musiał zniknąć, ale chyba rozumiecie. Wierzę, że rozumiecie.
Dziś P. wróciła do domu. Mam Ją pod swoją pieczą. Taka odpowiedzialność zdecydowanie mnie przerasta, ale nie mam zamiaru umyć od niej rąk - zrobię wszystko, co w mojej mocy, a jeśli się da, to i więcej, by P. się polepszyło.
Do tego, w jakim położeniu znalazłyśmy się obie, można zaglądać przez wiele okien i dziurek od klucza. Nie ma jednego stanowiska, jednej poprawnej perspektywy, jednego sposobu na rozwiązanie problemu. Sieć zależności emocji, przekonań i argumentów rozsądkowych miesza się z oczekiwaniami, powinnościami i obowiązkami wobec siebie nawzajem, rodziny, znajomych... Nagle ta cała przynależność do społeczeństwa staje się piętnem, odciskającym się na wszystkich naszych działaniach...
Piszę tego posta dla mojej P. Być może lepiej zrozumie moje motywacje i sama odrobinę przemyśli swoją sytuację, może spojrzy na siebie z innej, unikanej do tej pory strony.
Ci, na których mogłam liczyć, gdy nie wiedziałam co robić - spisali się na medal.
I tak sobie myślę, że On miał rację, co do wczorajszej nocy. Świętowanie nadejścia Nowego Roku jest tak na prawdę świętem ku czci Nadziei. Bo przecież wczorajszy Sylwester oznaczał przejście z jednego etapu na drugi... A to, co ma nadejść, co się zmieni jest jeszcze zagadką. Wiara, że to, co przyniesie los będzie dobre, lepsze - jest wiarą krzepiącą, dającą siły. Nawet aspekt postanowień noworocznych potwierdza tę tezę: chcemy zrobić wszystko, by jakość naszego życia polepszyła się, by zmienić te złe nawyki, które w jakiś sposób nam szkodzą, przeszkadzają w rozwoju, stanowią barierę w dążeniu do zamierzonych celów.
Mój, właściwie nasz Sylwester był smutny. Tak On, jak i ja, byliśmy wytrąceni z równowagi poprzednimi wydarzeniami... Oboje jednak chcemy, by nadchodzące dni, te bliższe i te dalsze, dawały nam więcej satysfakcji, radości i szczęścia (nawet, jeśli nie potrafimy dokładnie sprecyzować czym ono jest).
Życzę wszystkim Czytaczom, aby Ten Rok stał się rokiem sukcesów w każdym wymiarze: prywatnym, zawodowym, rozrywkowym, naukowym. Doceńcie siebie i chwile, które macie, bo życie jest zbyt krótkie, by marnować z niego choćby 3 minuty ;)
Pozytywnie czuję w tle całokształtu mojego obecnego jestestwa ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





