wtorek, 31 sierpnia 2010

dzień udany

Zachowuję się zupełnie nieodpowiedzialnie. Wczoraj pospałam ledwie 3 godziny, dzisiaj jeszcze wcale, a robota czeka... Znów nocka.

Spostrzeżenie: rany, jak jest już zimno! Nie wystarcza bluza i kurtka. Dzisiaj zabieram czapkę, szal i rękawiczki, żeby się zabezpieczyć... Właściwie już mam lekki katar, ale głowa pewnie boli mnie z przemęczenia, mimo to jakoś żal mi się kłaść i zupełnie stracić dzień... No więc ku ociepleniu klimatu 418 piję sobie pyszną herbatkę, którą dostałam od Mai i oglądam filmidło.

Poza tym - 31 sierpień na razie przebiega lepiej niż lepiej :)

Poprzedzony wczorajszym cudnym spotkaniem z Mają, Olkiem i Jędrzejem - miał już niezły fundament, by mi przypaść do gustu.
Odwiedził mnie dzisiaj Radzimir, przy okazji, więc i ja skorzystałam z okazji - i obarczyłam go dostarczeniem Subkulturze podręczników. Wydurnialiśmy się jak małe dzieciaki, obejrzeliśmy kilka numerów kabaretu Pod Wyrwigroszem, uśmialiśmy się dosłownie po pachy, do tego była pyszna kawka mojego autorstwa i jagodzianki nabyte w ulubionej cukierni.
Z racji tego, że prócz książek Radzimir wziął jeszcze kilka rzeczy, które zajmowały tutaj za dużo miejsca pomogłam mu i odprowadziłam go do samochodu. I tutaj czekała na mnie niespodzianka, w portierni.

Dostałam przesyłkę od Ani . Myślałam, że przyjdzie pojutrze, najwcześniej jutro, a tu psikus - Patryk od razu zaanonsował: do rąk własnych ;) W środku była piękna kartka dla moich dziadków - z okazji półwiecza bycia razem i jeszcze coś, ale o tym cichosza...
Kurcze, w głowie się kręci, gdy o stażu dziadków pomyślę i o tym, że u nich faktycznie było w zdrowiu i chorobie, bogactwie i biedzie... Tak, jak być chyba powinno... Razem tworzą niezwykły duet. Wierzyć się nie chce, że tak można, że tak da radę.
Moi rodzice za moment będą mieli połówkę z tego...
:))))))))))))))))
Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyy
I teraz przechodzę do meritum... Kocham, ubóstwiam, uwielbiam trzymać w dłoniach coś, co osłonięte kopertą - przeniesie mnie do innego świata.
Dzisiaj zżerała mnie ciekawość i chęć, żeby od razu dobrać się do zawartości koperty... No i zaczęłam otwierać ją już na drugim piętrze. Na szczęście to nie było takie proste, więc wyczekiwany moment ujrzenia wnętrza troszkę się przeciągnął.
Nie ważne, czy to list, czy jakiś cuś - ale tradycyjnie wysłany pocztą - sprawia mi ogromną radość i frajdę. Zawsze tak było. I jest nadal. Zapach, szelest rozrywanego papieru, mnogość znaczków - niby nic, ale do mnie to przemawia baaardzo :)

Teraz? Zamiast spać - setny raz oglądam Finding Neverland. I ciągle mnie ten film urzeka. Ehhh, a akcent Johnny' ego Deepa - zniewala... A poza tym, generalnie to bardzo przystojny pan, tak myślę ;)))) Mrrrrrrr

Wyszperane w sieci :)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

bez ładu i składu

czas zapisany wielokropkami...
... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
nie da się inaczej


Jesień. Zewsząd jesień, wszędobylska, chłodna, mokra... I tylko kubek herbaty z cytryną ogrzewa mnie wizją przyjemnego złota...
Zapowiada się miły dzień.
O 15 zobaczę Maję, Olka i może poznam Jędrzeja. (Wreszcie udało mi się załatwić dla nich książki i przy okazji wyposażyć mojego Subkulturę w podręczniki, żeby rodzice nie marudzili, iż pracuję, gdzie pracuję, a Młody pójdzie do szkoły z pustym tornistrem).
Już na samą myśl jest mi weselej :) Spotkanie zaplanowałyśmy tak, że my ze spokojem wypijemy kawkę, a chłopaki w razie potrzeby (czytać: ciekawości świata Brzdąca) pobiegają po Kupcu. I wsunę sobie szarlotkę lub ciasto czekoladowe z pewnością. :DDD
Bo przecież trzeba sobie w życiu chwile osładzać, prawda?

Na marginesie: ostatnio natchnęło mnie na tego typu rozrywkowe odgrzebywanie najlepszych staroci w świecie!

Moja elita kabaretowa...

sobota, 28 sierpnia 2010

post zapachowy

Umielibyście żyć w świecie zupełnie pozbawionym aromatów?
Niech to będzie wątek wyjściowy tego posta.
Zapachy...

Dokoła mnie gasnące lato i przebudzenie jesieni. Wiąże się z tym niekończące zbieranie owoców i czynienie z nich przetworów, które kocham zazwyczaj nie za to, że cudnie smakują, ale za to, jak pachną podczas ich przygotowywania. Już samo "jabłkobranie" w sadzie działa na moje nozdrza wyjątkowo pobudzająco; zapachy ziemi, deszczu na liściach i wreszcie jabłek stanowią przejście do zupełnie innego świata... Słodkim, orzeźwiającym tunelem naprowadzają moje myśli na tor wspomnień dziecięcych zabaw, chowania się w wysokiej trawie i innych rozrywek tamtego czasu.

W zeszłym roku pisałam na historię literatury pracę o Reymoncie - dość nietypowy wybrałam sobie temat, bo taki, który analizował stany emocjonalne autora podczas jego pielgrzymki do Jasnej góry. Teoretycznie nuda - wymyśliłam jednak, że nie zrobię tego tak, jak w opracowaniach naukowych, tak jak zalecał mi doktor wymagający, tylko napsocę po swojemu. No i napsociłam. Wybrałam sobie bazę zupełnie dotąd niezauważalną, a nawet jeśli, to jedynie epizodycznie. Skupiłam się na tym, jak zmieniało się podejście pielgrzyma- reportera na podstawie jego zmysłowego odbierania pieszej wędrówki. Dotyk, słuch, smak, wzrok i powonienie - przez które przeobrażało się jego odbieranie pielgrzymki, zmieniała się postawa moralna, a już na pewno wzbogacała się duchowość pisarza...
Pamiętam, że wyjątkowe wrażenie na Reymoncie robił zapach kadzidła, jakby otwierając przed nim furtę do tego, co gdzieś na granicy ludzkie-boskie... Woń kadzidła jak ścieżka.

...

Przede mną impreza urodzinowa Izz. Razem z Aneszkiem wybyłyśmy więc w myśliwskim celu po ładny prezent, miało być bardziej nieklasycznie, ale z klasą. Łatwo sobie postawić taki wyznacznik, a gdy już nadejdzie czas konfrontowania z rzeczywistością, to bywa różnie.
Podarek jednak znalazłyśmy idealny... Zdecydowałyśmy się na słodko- jesienny urok duetu: syrop malinowy i rodzynki w czekoladzie... Pięknie zapakowane, doskonale zestawione, mało klasycznie, ale z klasą.

...

Krążąc między pułkami dawałam się sobie porywać wizji syropów, konfitur, dżemów, soków w tych eleganckich słoiczkach, smukłych butelkach i innych cudnych pudełeczkach. I wcale nie dlatego, że to wygląda niesamowicie, a przynajmniej nie przede wszystkim dlatego. I nie dlatego, że oznacza to ucztę dla mojego, lubującego się w słodkościach, podniebienia.

Dla mnie to była podróż w krainę pachnącą sadem i ogrodem, mieszaną drewnianą łyżką w kuchni babci. To też podróż na skraje świata, skąd przybywają kawy gatunków niezliczonych i herbaty bogate w cuda rozmaite...

Dalej - była już tylko refleksja, że to ledwie początek... Bo pachnie wszystko, mniej lub bardziej sympatycznie (i tego rozwijać nie chcę). I te zapachy zapamiętujemy, wiążąc je z jakimiś wspomnieniami.

Moje osobiste hity zapachowe: cynamon i karmel, lawenda i wrzos, brzoza i kałuże powstałe z deszczu spłukującego woń bzów, skóra pachnąca słońcem... Dla nich mogłabym zwariować, są one elementami przeżywania chwil skąpanych w zachwycie...



piątek, 27 sierpnia 2010

uwiedziona

W ramach mojego pięknego wieczoru... bo mi się tym w środku nuci nałogowo ;)
Zostałam zarażona, jak najgorszą chorobą zakaźną ;DDD



Przepiękny wieczór oglądany zza szyb autobusu. Kocham to miasto w wieczornych godzinach, gdy ciepły blask latarń odbija się w moich oczach. Jest tak niesamowicie uwodzicielsko o tej porze roku w tym roku. Nawet takiemu Czesiowi, jak ja, gra dzisiaj w duszy słowem: lubienie ;)

Ps. Marzy mi się szarlotka...

czwartek, 26 sierpnia 2010

tęsknota...

Dzisiaj nie napiszę nic mądrego...
Jestem wreszcie sama w 418 - Michaszko pojechał do domu i choć mnie to cieszy, bo wreszcie wieczór spędzę, tak, jak od dawna nie mogłam, to już wiem, że przede mną długa brzydko bezsenna noc... Nie lubię pustej samotności mojego nocnego oddechu...

Dorwała mnie dzisiaj tęsknota za tymi, za którymi tylko już tęsknić można.
Nic więcej.Wyszperane w sieci :)

Ps. Czuję się ograbiona ze wszystkiego jednym głupim zdaniem niechęci... Rozmieniam się na drobne?

środa, 25 sierpnia 2010

JESTEM KRETYNKĄ!!!

NO WIĘC, BEZ OGRÓDEK - JESTEM!!!

ZMIENIŁAM SOBIE OPCJĘ Z PUBLIKOWANIEM KOMENTARZY, ALE COŚ SIĘ W NIEJ SKRĘCIŁO I NIC MI NA MAILA NIE DOCIERAŁO - MYŚLAŁAM WIĘC, ŻE NIKT NIC NIE PISZE...

A DZISIAJ, WŁAŚCIWIE Z KWADRANS TEMU, PRZEZ ZUPEŁNY PRZYPADEK ODKRYŁAM WASZE KOMENTY DO STARSZYCH POSTÓW - NA KAŻDY JUŻ ODPISAŁAM, PONIEWCZASIE NIESTETY.

BARDZO PRZEPRASZAM ZA MOJE ZANIEDBANIE - I PISZCIE U MNIE MIMO TAKICH MOICH AKCJI- BO JEST MI RAŹNIEJ ZE ŚWIADOMOŚCIĄ, ŻE NIE PISZĘ AŻ TAK ZUPEŁNIE SAMA DLA SIEBIE!!!!!!

nastrojowo...

Chciałabym być... dyrygentem. Abo grać na saksofonie. Albo na fortepianie.
Chciałabym być muzyką...
Dzisiaj wszystko jest muzyką, ciepłą i nastrojową.


Bo... tak!

Dzień pełen komplementów. 3 propozycje małżeńskie. Wyraźny nakaz chodzenia w rozpuszczonych włosach (bo mi ładniej wg niektórych) i długie rozmowy ze wszystkimi właściwie :) Z Łamigłówką gawędziliśmy chyba z godzinę, zgarniturowany Michał przywiózł mi filmy do roboty, dostałam też obiadek bułkowy i wafelka. No i pan Miruś przyniósł coś słodkiego.
Generalnie fajnie było dzisiaj na zbiorczym, nawet wtargnięcia Lidii nie ścięło nikogo z nóg :D
Jestem próżna? ;P

Teraz: patrzę na zabandażowaną głowę Michaszki i chce mi się śmiać - z radości rozbił sobie głowę, właściwie rozciął i dumnie może prezentować 5 szwów. A wszystko przez tę książkę, która zgubiła się, a odnalazła... :D
Na szczęście mimo całkiem solidnego walnięcia nie ma wstrząśnienia mózgu, bo byłyby jaja. Szczęście w nieszczęściu.

Plan na wieczór: Autor Widmo, od Michała.