sobota, 12 grudnia 2009

Poszarpany post...

Wyszperane w sieci

Przypomniał mi się pewien krajobraz: stary dąb na skraju leśnej polany... Słońce zachodzi. Chmury skąpane są w czerwieni, pomarańczy i złocie. Jaskółki prędko kreślą swoje historie w powietrzu. A dwoje ludzi siedzi na miękkiej posadzce z mchów. Są starzy. Ich złączone dłonie poorał czas. Tylko oczy - młode, żywe i radosne.

Widziałam jak spoglądali sobie w oczy, jak kierowali swoje uśmiechy ku sobie. A potem razem odeszli z polany. Stary dąb powiewał liśćmi na pożegnanie.

A ja podziwiałam ich, oparta o brzozę i patrzyłam na blask, jaki bił od postaci tychże staruszków...


Wyszperane w sieci

Na taki blask nie mam szans.
On... Cóż. Kocha jak umie. A mi musi to wystarczyć, choć chyba nie starcza.
Cudowny wspólny weekend i Jego zachwycone spojrzenie. I rozmowy, długie, ciepłe, pełne wzajemnego pragnienia.
Chciałabym Wam napisać, że tak jest, było...
Było. Ale nie ze mną.
Ze mną tak nie jest.
Nie zasłużyłam. Nie potrafię.

Parapetówka przybrała niespotykany wymiar. Do 6 rana. Potem ja ruszyłam na miasto po 2 godzinach snu. I spędziłam ranek i popołudnie z przyjacielem. On i Aga czekali z obiadem.
Po obiedzie film - a potem On sobie poszedł.

Kolejny raz zostałam sama. Nakarmiony - chyba jest szczęśliwy.
Ja - przesiedziałam na korytarzu jakiś czas. Dla mnie to za mało. Za mało.
On - więcej czasu spędza z innymi. Z nimi rozmawia, wygłupia się, bawi.
Ja - tak potrafię tylko wtedy, gdy jesteśmy sami.

On nie chce mnie sam na sam.

Właściwie, co ja tu wypisuję? Żale, pretensje, bezsilność? Chciałam tej miłości, może nie takiej, ale z pewnością TEJ!!!
Nic to, że łzy, smutek i rozczarowanie. Nic.

Chciałabym wiedzieć, co zrobić, żeby było inaczej, żeby to rozwiązać, żeby zmienić.

Tyle się działo, tyle Wam miałam do opisania, przekazania. Nic z tego się już nie liczy. Nie mam w głowie obrazów, ludzi, dźwięków i zapachów... Zniknęły pod naporem tego bólu, o którym krzyczy każde z zamieszczonych tu słów. A ja nie potrafię się przed tym bólem ochronić. I nie mogę go już bagatelizować.
On mi nie pomoże. Dla Niego to naturalne, że ja mam problemy sama ze sobą.

Pewnie mam.


Wyszperane w sieci

I tylko jeszcze z mojego prywatnego archiwum notka; 24 maj 2009:
Nie umiem być bez Niego, tak jakby On stał się częścią mojego ciała, mojego ducha. Rozsądek, choć się przeciw temu buntuje, zawsze przegrywa z resztą mnie. Bo wszystko we mnie jest Jego: serce, dłonie, usta, myśli... Stał się tlenem, który, gdy On jest tam hen daleko, dozuję sobie przypominając miękkość naszych złączonych ust, aksamit dotyku, ten najintymniejszy moment, gdy On stoi za mną i tuli mnie, patrząc na nasze odbicia w lustrze, taki męski, taki zdecydowany, mój... A ja? Gdzie w tym moje miejsce? Czasem myślę, że moje miejsce to ta mała -przestrzeń, między moją a Jego dłonią, splątanymi w uścisku; między naszymi wargami...

środa, 9 grudnia 2009

Zoologicznie

Dzień pod znakiem ŚWIĄT...

Poranek był trudny... Ledwie udało mi się zwlec z łóżka o godzinie haniebnej: 7. 41 - zajęcia na 8.00. Na szczęście mieszkam siedem minut od wydziału (filologii polskiej, bo na socjologię to kawał drogi mam), więc zdążyłam bez większego pośpiechu... Ale męczarnią jest wstawać przed 8 enty raz z rzędu... Snu mi trzeba.

Pierwszy wykład był niezły. Profesor opowiadał o literaturze okupacyjnej itd. Wykład ten nie skończył się bez echa - mam kolejną pozycję do bibliografii mojej pracy mgrskiej. I tylko przeraża mnie ile tego jest do przeczytania, opracowania itd... Że też chce mi się o Czarnym Lądzie i mroku pisać... Conrad rządzi!!!

Później wybrałam się na skromne zakupy prezentowe: obdarowani zostaną: Aneszka, Iza i Babcia... (Właściwie, to się nie wybrałam, tylko zgrabnie urwałam z zajęć - dzięki zwolnieniu przez Samego Prowadzącego). Cała reszta mojej ferajny musi czekać na jakiś impuls zakupowy... A pierwszą osobą (albo i nie), która już korzysta ze swojego podarku jest Kazimierz Wielki - kupiłam mu w sklepie zoologicznym taką specjalną kulę, żeby mógł biegać po pokoju (ale zawsze w polu naszego widzenia - wykluczamy możliwość gry: znajdźcie mnie, nim pomrę z głodu i pragnienia za którąś z szaf...). Zielony, acz przejrzysty plastik ładnie sie komponuje z Kazikiem, który jakoś tak instynktownie od razu poprawnie korzystał z nowej atrakcji :)
A i jeszcze dotykałam gładkiej skóry węża... Chłopaki w zoologicznym mieli ubaw, bo nie chciałam - jakoś za wężami i pająkami nie przepadam, ale skutecznie mnie namawiali, więc im uległam... A poza tym - i tak wąż wił się po rękach jednego z nich, jakieś 30 cm od moich dłoni... No to się ODWAŻYŁAM. Wąż nie był duży, raczej młodzik z niego, ale przyjemnie było wodzić lekko ręką po jego ciepłym, gładkim ciele... Mimo to - nadal preferuję jaszczurki!
Tak sobie myślę, że zoologiczny ze mnie stwór...

Poza tym - kupiłam sobie w końcu skoroszyty, by posortować kserówki i notatki, bo się gubiłam baaardzo.

A teraz? Zmykam na kolejne zajęcia, bo taki mam poszatkowany dzień na uczelni...


Wyszperane w sieci :)

Ps. Trzy spore kubły kofeiny wcale mi sił nie dodały ;(
Ps.2. Chyba mam ochotę na długą wyprawę gdzieś na skraj świata... Może Mongolia? Jak na zdjęciu?

wtorek, 8 grudnia 2009

Pora na sen...

Kładę się już spać... Nie mam sił, by dalej oglądać film. Nie mam sił, by utrzymywać postawę pionową.
Starczy mi sił, by pościelić łóżko i złożyć głowę na poduszce...

Jutro znów na 8. Umieram... Nienawidzę wczesnego wstawania, pobudek, spania z otwartymi oczyma.

On śpi dzisiaj u mnie. Kto wie - może ja jutro będę nocowała u Niego.


Wyczerpujący rytm życia... Nawet sen to wysiłek... A kto nastawi budzik???

;) Kolorowych snów. Dobranocnie Wszystkim Nam!

W pokoju siedzę

Siedzę w pokoju. Jolka się maluję, make-upuje, czy jakoś tak to się zwie.

Mokra szyba wygląda niczym jakaś mozaika. Ciemność zza okna wdziera się do środka pokoju. Jest mi zimno. Światła z okien mojej "krakowskiej kamienicy" lekko przebijają się przez wieczorny mrok. W szybie odbija się też ciepły, czerwony blask naszej akademickiej lampy... Tak kojarzy mi się późna jesień. Chłód, wilgoć, ciemność. Czas wyczekiwania i oczekiwań niespokojnych. Na co? Przyroda - chce odpoczynku, człowiek - odrobiny zatrzymania, chwili dla siebie, przy herbacie, rumie i imbirze. Jeszcze tylko żywy ogień płomieni, kominek i obraz staje się kompletny. Nie liryczny, choć przyciężki. Budzący skojarzenia, przywołujący idee z zakamarków naszego jestestwa. Tak, jakby udało się uchwycić esencję dnia, życia. Uchwycić - i wydusić z niej ile się da. Teraz, gdy zdaje się nie być tak nieuchwytna, niespokojna, gdy sama ciśnie się do moich rąk... A może nie moich?



Wyszperane w sieci :|)

Tyle mam do napisania, do wyrażenia: myśli nieposkładanych, słów niezgrabnych, mnie zbyt niepojętej, bym siebie określiła.

Jednego żałuję: gdyby ten blog pisany był zupełnie anonimowo - pisałabym bezkarnie o tym, jak mi źle. Ale wiem, że czyta go moja Aga i On... Dlatego muszę przemilczeć tutaj pewne rzeczy, bo to JA mam problemy, nie oni, i dlatego nie będę ranić ich słowami, myślami, których nie zaakceptują... Bo są to kwestie, do których najbliższe mi osoby nie powinny zaglądać, wiedzieć o nich nie powinny nawet. I nie ma w tym nieszczerości, tylko potrzeba zupełnej spowiedzi, kompletnego negliżu mojej pooranej szaleństwem duszy chorej i ciemnej...

Kiedyś tak zrobię. Raczej nie tutaj, ale zrobię!

Miałam dziś zajęcia z Aurelą - nic ciekawego. Przegadała, przegadała i tyle. Jedyny plus - nie każe nam odrabiać zajęć, które nie odbyły się z powodu jej choroby - i dobrze, bo kolejny czwartek na 8 rano to przegięcie, niemożliwe do zrealizowania, dla mnie, śpiocha cierpiącego na lenia.

Właściwie tyle na teraz - bolą mnie plecy i reszta ciała, więc poleżę trochę na łóżku :) Później ugotuję obiad mojej Gromadce Kochanej (Aga i On) :* :* :*

poniedziałek, 7 grudnia 2009

***

Nim cokolwiek się zmieni - czas będzie płynął zbyt wolno i zbyt szybko równocześnie.



nim powiem coś o sobie - pomyślę trzy razy, czy muszę.
znów chcę być samodzielna i samowystarczalna.
moje wewnętrzne "ja" znów musi we mnie zamieszkać.



Nie zmieni się tylko miłość i przyjaźń, choć może z nadejściem mroku, jasne światło ich uleci gdzieś, gdzie nie znajdę sobie miejsca, bo nikt dla mnie nie stworzy tej bezpiecznej strefy.


zapominam, że można inaczej, niż tak.

przepraszam...

wtorek, 1 grudnia 2009

Uzupełnienie

Na szybko:

* Aurela odwołała zajęcia, ja pocałowałam klamkę, a na drzwiach wisi (myślę, że nadal) żółta kartka, że wolność grup 2 i 4 od 13.15 do 14. 45.

* po raz drugi obejrzałam świetną bajkę - Up, po polskiemu Odlot. I znów polecam. Kurcze, pierwsza bajka naprawdę dla dzieci, nienaszpikowana podtekstami ze świata dorosłych. Kolorowa, świetnie zrobiona. Nie razi kwadratowa animacja :) Zupełnie inna od np. shrekowej. Mądrze wyważona fabuła, pokazanie emocji, smutku, łamanie barier... Opowieść ciepła, pogodna, nastrajająca. No i chyba spodoba się Wam, starym wyjadaczom :) (Bo ci, co płynnie czytają i piszą, to już dziadkowie).

* a teraz mykam na wykład o kulturze :) ale mi się nie chce...



No i jeden mały smut, głupiutki, z pewnej nic nie znaczącej przyczyny. Taki, który istnieje w świadomości, a nie uczuciach - czyli smut niegroźny.


Ogólnie: FAJNY DZIEŃ!

Porannie

Jest rano, a ja zdążyłam wrócić z jednych zajęć. Nie idę na wykłady, bo muszę lekko wystopować... Znów odbija się na pracy mojego organizmu brak snu. Ale taki mój urok. I jeszcze ta dieta... mająca jeden dzień... Jakoś mi nie idzie... Ale jeszcze nie podjadłam nic ukradkiem. Choć dziś zakołowało mi w głowie i przed oczyma.

Czas na trochę sprawozdań.

Jestem perfidna. Stwierdziłam, że łatwiej będzie oswoić Elkę z moją osobą, niż tylko majaczyć w jej myślach jako majestatyczna dziewczyna Jego, zbyt wiele abstrakcji się w tym kryło. Jako, iż wiem, że panna z MISzu lubi towarzystwo, to zaprosiłyśmy ją na herbatkę. A potem wywiązała się bitwa na poduszki. Takie to nasze akademickie rozrywki. Ale swojego pilnować będę, tzn. nie dam okazji do słodkiego sam-na-sam z Nim. Możecie uznać, że to głupie, ale cóż... Lepiej zapobiegać, niż leczyć - prawda dohtory?

Ooo, a jeszcze muszę napisać o pewnej niespodziance :) Jak zwykle w poniedziałek, podróż na Ogrody z Fredry o 7. 20... A tam, między ludźmi chodziły PIKUSIE, takie misie, co w nich człowiek jakiś siedzi, ale i tak widać tylko plusz, plusz, plusz... No więc Pikusie, żółte, z pięknymi, dużymi oczętami namawiały do uśmiechania się i obdarzały wesołym tuli-tuli. Wytulone my, Aga i ja, jakoś raźniej podążałyśmy w stronę wydziału. I nawet fakt, że jechałam na marne, bo psychologii nie było - nie mącił mi dnia tym, że mogłam sobie dłużej pospać... :) Oby takich Pikusiów więcej chodziło i częściej.

A ja? No cóż... Bez owijania w bawełnę: znów mam mój pancerz, czyli ułudę dla świata otaczającego, że jest Ok, choć nie jest. Mam więcej siły, żeby budować złudzenie, że dobrze mi ze mną i z resztą ludziów.
Choć każda mała, ledwie drgająca oznaka ataku w moją stronę, kończy się moją obronę - atakiem. Aga mówi, że czepiam się szczegółów.



Miłego dnia. Czytacze :)



Ps. Żaba ma 5 szczeniaków - ktoś chce? Czarne i rude, wyrosną na psy średnich rozmiarów :) I mają fantastyczne uszka :)

Ps.2. O 13 idę na błogosławioną Aurelę od socjologów - obiecuję Wam smakowite kąski jej mądrości :P