wtorek, 7 kwietnia 2009

Szaleństwoooooo!!!!!!!

      Wróciłam z zajęć. Wróciłam ze szpitala. W ogóle wróciłam. Do życia. Do gry. Do wszystkiego. I do niczego zarazem, niczego konkretnego. 

      Dni mijają mi szybko. Tyle, że nadal nie mogę przespać całej nocy. Zasypiam nad ranem - i okazuje się, że pora już wstać. Poza tym - tracę i odzyskuję apetyt - na zmianę. Fizyczne to wszystko, wręcz fizjologiczne, gdyby dodać kilka innych szczegółów... 

      Przynajmniej mam dobry humor. Zrobiłam kilka głupot. Porozmawiałam z ciekawymi ludźmi. Zbliżyłam się do Kwadratowych. No i użądliła mnie osa... Pierwsza w tym roku. I od razu atak. Od razu natarcie. I palec spuchnięty nadal, a przecież to było wczoraj.

      A propos wczoraj - miałam tatę tylko dla siebie. Spędziliśmy kilka bardzo przyjemnych godzin błądząc po mieście. Pochłaniając lody, pijąc kawę. Rozmawiając. I słuchając siebie nawzajem. Czas tak szybko zleciał. Chciałabym tak częściej... Bardzo bym chciała...

      Myślę sobie, że w relacjach z ludźmi najważniejsze jest, by słyszeć, co mówi ta druga osoba. Można słuchać, ale nie słyszeć. Horyzontalne to. A może tylko powiedziane/ napisane na pokaz?! Wydaje mi się, że kiedy jestem z kimś, kto zakłóca moje myśli, wybija mnie z rytmu przekazywania informacji - to taki ktoś zupełnie mnie ignoruje. Skrawki rozmów. Skrawki myśli. Żadnej większej, głębszej całości, sensu, może nawet prawdy. 

      Lody czekoladowe i miętowe  - gałkowe są przepyszne. 

      Przestałam czytać Małego księcia... Po prostu. Bez powodu. Bo tak czuję. Bo nie powinnam brnąć w niego dalej. 

      Chyba się położę spać. Dobranocki

niedziela, 5 kwietnia 2009

Z Jovankiem...

      Wyższość zimy nad wiosną opiera sie na tym, iż zimą wszystko można ukryć, pod czapką, szalem, ciepłym płaszczem... Nic innego nie widać.

      Mieliśmy dzisiaj gości. Ryszard - facet na poziomie i dwoje jakichś "podobno" krewnych - nie podobali mi się wcale (ona - alkoholiczka - od razy widać - zapałała miłością do mojego brata i kuzyna)... ;/

      A teraz? Patrzę jak Jovan śpi... Coraz bliżej mu końca... Przykro mi więc... Mój pies, mój przyjaciel. Dobrze, że jeszcze jest. 

sobota, 4 kwietnia 2009

Tyram...

      Dom lśni na święta. Wysprzątałam wszystko. Żeby zabić czas i myśli.  Wieczorem zabrałam na spacer Jovana - robiliśmy zdjęcia gałęziom i drzewom. To moje nowe powołanie. Hihi

      Teraz odpoczywam. Jestem zmęczona. Nieprzespane noce wychodzą mi bokiem. Już dwie z rzędu. Ehhh

      Postanowiłam przeczytać Małego Księcia. Zaczynam już teraz. 

piątek, 3 kwietnia 2009

W domu.

      Wszystko nagle zmieniło bieg. Wszystko się wali. Wszystko przede mną ucieka, przeze mnie umyka, gdzieś, w nicość...

      Jestem już w domu. Cały dzień trzymałam się dzielnie. Cały dzień, starałam się nie pozwolić sobie na smutek i przygnębienie. Cały dzień cieszyłam się tym, co jest moje naprawdę.

      Do tego wiosna taka piękna. Opaliłam się nawet trochę. Dwie godziny przesiedziane na parapecie, w moim pokoiku na 3 piętrze zaoowocowały zaczątkami piegów i lekkim zarumienieniem twarzy. Nie było angielskiego, mogłam sobie poleniuchować. A, że przez calutką noc nie zmrużyłam oka - przydała się taka chwila wytchnienia.

      Co by się nie stało - kocham... Życie - wszystko zależy od nas :) Życie - wszystko ma jakiś poplątany sens :) 

      Nauczę się kiedyś wszystkiego, nawet Ciebie!!!  

      Choć teraz mi trudno...

      Na szczęście jestem już w domu, z mamą i tatą. Na szczęście mój Jovan zdołał mnie wykończyć na spacerze. Na szczęście drzewa znów zielenieją, a z gąszczu trawy wychylają się żółte główki mleczy... Taki tu spokój, taka cisza. I przyleciał pan bocian - bocianowa dotrze w przeciągu tygodnia z pewnością :) :) :)

...

...  tylu łez od dawna nie było...

... chyba...

... na samym dnie...

czwartek, 2 kwietnia 2009

DoNiCzeGo.;.;.//';.;

      Zły dzień, parszywy. Drażni mnie dzisiaj dosłownie wszystko, włącznie ze słońcem. Jak ja bym chciała nie być człowiekiem... Nie widzę sensu, by się o tym rozpisywać. 

      I jeszcze tylko na zgrabny koniec: śmierć i więzienie, ale też wizje JAKIEJŚ stanowią o kwintesencji dnia. Koszmarna noc, koszmarny poranek o takiej treści. Mam gdzieś takie układy. 

      Nie umiem już nawet sama wysiedzieć w pokoju... 

      Przypaliłam też obiad, stłukłam ulubiony kubek itd. 

      Słucham sobie Dżemu, by podnieść się na duchu i uczę się do testu z angielskiego and I'm so bored and words are boring, very boring...  And maybe I can pojąć te wszystkie głupoty z gramatyki, choć szczerze wątpię ;(

      Ps. Pierwszy raz ktoś potraktował mnie jak ulicznicę... I za co? Bo nie mieszkam z jakąś głupiutką dziewczyną, tylko bardzo dobrym przyjacielem - to, że mam KOGOŚ, kogo kocham,  kto znaczy dla mnie więcej niż ja sama dla siebie znaczę - jest argumentem przeciw mnie! Bo co? Bo mam dwóch facetów na raz? I można mnie dlatego traktować jak dziewczynę do poklepywania, wyładowywania męskiego napięcia seksualnego????!!!!! Kogo obchodzi, że mój współlokator jest dla mnie jak brat, a chłopak, którego kocham - moją jedyną, prawdziwą i wręcz świętą miłością?!!!!! I nigdy nie zrobiłabym tego, co tak bardzo kłuje innych w oczy! Pierdolę taki system, te układy umoralnione dewocją i świętoszkowatością!!!!! Nikt nigdy, nie będzie miał prawa mnie oceniać, a tym bardziej szkalować i kłamliwie obgadywać!!!!! Kurwa, suka i dziwka... Ja pierdole.... A co JA JESTEM, jakaś atrakcja turystyczna w tym pierdolonym akademiku???!!!! Jestem wściekła, roztrzęsiona! Mam ochotę rozjebać cokolwiek, co mi się podwinie pod rękę!!! W życiu nie czułam się tak upokorzona, w życiu, kurwa jej mać... KURWAAAAAA

środa, 1 kwietnia 2009

Ukulturalniam się :)

Kolejny ciekawy dzień za mną. Zaczął się baaardzo wcześnie, bo już około 7. Żadnego Prima Aprilisu nie było. Za to już o 8 siedziałam w sali wykładowej i zaczynałam kolejny etap swojego życia - przekonywanie do teatru. Cała moja miłość do filmu wydaje się oczywista i nie trzeba jej było ugruntowywać jakoś specjalnie. Z teatrem jest już gorzej. A jednak. Zapisałam się właśnie na fakultet poświęcony teatrowi Piotra Cieplaka. No i taka zaspana, z samego rana gapiłam się w ekran telewizora. (Nie wiedziałam, że na naszym Uniwersytecie wykładają młode, mądre i niezwykle piękne kobiety - niesamowite wrażenie zrobiła na mnie pani doktor :) Od razu rzuciło mnie na głęboką wodę: oglądaliśmy przedstawienie Człowiek, który był czwartkiem - adaptację powieści Gilberta K. Chestertona. Chyba się zakochałam, albo... zafascynowałam. Po pierwsze całość przekazu była jasna i zrozumiała (patrz: nie zastanawiałam się nad tym, czy twórca pisał to pod wpływem czy w szpitalu odpowiednim), po drugie: kapitalny dobór muzyki, po trzecie: świetna moim zdaniem gra aktorska i po czwarte (ostatnie): czułam się, jakbym oglądała Twin Peaks na scenie (zapomniałabym - przedstawienie było zrealizowane tylko i wyłącznie dla Teatru Telewizji, stąd możliwe było pokazanie kilku efektownych scen, przejść - iście filmowych).Zbliżenia orła, odgłosy, eksponowanie gałęzi, światło, odgłosy... Naciągam z pewnością, ale wrażenie było piorunujące. A przedstawienie dotyczyło anarchii i aparatu policyjnego... To tak w wielkim skrócie. Coś niesamowitego.

Poza tym zawarłam kilka nowych znajomości z ludźmi z 2 roku WOT-u (Wiedzy o teatrze). Znałam ich skądinąd :) Teraz jednak poznałam nie tylko część grupy najbardziej przebojową i pożerającą męskie serca urodą i urokiem osobistym, ale też zwyczajne dziewczyny, bardziej szare - odizolowane (same tak powiedziały). Trochę poplotkowałyśmy o tym, jak się im grupa rozsypała, jak ludzie się wykruszyli. Było kilka dobrych życzeń dla tych, którzy odeszli, odrobina marudzenia na wykładowców i pare żarliwie wypowiedzianych próśb do losu o powodzenie i łaskę. Już rozumiem, czemu WOT jest wyjątkowy. Z dziewczynami czas płynął mi szybko, dotknęłyśmy kilku interesujących tematów i ogólnie atmosfera była oderwana od rzeczywistości - stałam się uczestniczką narodzin nowego świata o naturze inetelektualno- emocjonalnej. Nawet nie potrafię tego wytłumaczyć - trzeba to poczuć, by zrozumieć w pełni.

Później była rozmowa z pierwszym rozpatrywanym przeze mnie kandydatem na mojego promotora. To znaczy staram się o magisterkę aż u czterech wykładowców, wybiorę najlepszego z Towarzystwa Kwadratu... Mam nadzieję. No i dziś rozmowa dotyczyła potencjalnej pracy magisterskiej o intertekstualności filmowo- literackiej... Kto wie... Pisałabym o Tarkowskim Młodszym i relacji jego filmów z poezją Tarkowskiego Seniora. Może byłoby to ciekawe? Sama nie wiem - ale przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia.

Wyszperane w sieci :)

A teraz? Siedzę i słucham TEJ badziewnej muzyki: Stan Borys, Seweryn Krajewski, Bogusław Mec. I mam gdzieś, czy to znaczy, że należę do istot głupich od urodzenia, nieinteligentnych i tak dalej. W skrócie: może i jest ze mnie POKEMON, ale jak się komuś nie podoba - to mnie nie musi lubić i już. Ja mam potrzebę odejścia od tej całej muzycznej alternatywy, od tych mocnych dźwięków z prawdziwym przesłaniem, od tego wizjonerstwa kompozycyjnego i nowatorstwa tekstowego. Szukam jakiegoś spokoju, ukojenia i liryki, choćby tej najprostszej, banalnej. Tego, by dźwięki nie powodowały bólu głowy, by nie drażniły, by nie zagłuszały. Wiosna już, nie chcę jej przepłoszyć nieskoordynowaniem mojego nastroju z podkładem muzycznym i dalszymi tego konsekwencjami...

To by na dzisiaj chyba było tyle. Wracam do pisania listów wielkanocnych. Dwa już zaklejone w kopertach czekają na ostatniego towarzysza i polecą jutro do ludzi, którzy sprawiają, że chce mi się żyć i cieszyć tym wszystkim. Dobranocka więc... :)