Kolejny ciekawy dzień za mną. Zaczął się baaardzo wcześnie, bo już około 7. Żadnego Prima Aprilisu nie było. Za to już o 8 siedziałam w sali wykładowej i zaczynałam kolejny etap swojego życia - przekonywanie do teatru. Cała moja miłość do filmu wydaje się oczywista i nie trzeba jej było ugruntowywać jakoś specjalnie. Z teatrem jest już gorzej. A jednak. Zapisałam się właśnie na fakultet poświęcony teatrowi Piotra Cieplaka. No i taka zaspana, z samego rana gapiłam się w ekran telewizora. (Nie wiedziałam, że na naszym Uniwersytecie wykładają młode, mądre i niezwykle piękne kobiety - niesamowite wrażenie zrobiła na mnie pani doktor :) Od razu rzuciło mnie na głęboką wodę: oglądaliśmy przedstawienie Człowiek, który był czwartkiem - adaptację powieści Gilberta K. Chestertona. Chyba się zakochałam, albo... zafascynowałam. Po pierwsze całość przekazu była jasna i zrozumiała (patrz: nie zastanawiałam się nad tym, czy twórca pisał to pod wpływem czy w szpitalu odpowiednim), po drugie: kapitalny dobór muzyki, po trzecie: świetna moim zdaniem gra aktorska i po czwarte (ostatnie): czułam się, jakbym oglądała Twin Peaks na scenie (zapomniałabym - przedstawienie było zrealizowane tylko i wyłącznie dla Teatru Telewizji, stąd możliwe było pokazanie kilku efektownych scen, przejść - iście filmowych).Zbliżenia orła, odgłosy, eksponowanie gałęzi, światło, odgłosy... Naciągam z pewnością, ale wrażenie było piorunujące. A przedstawienie dotyczyło anarchii i aparatu policyjnego... To tak w wielkim skrócie. Coś niesamowitego.
Poza tym zawarłam kilka nowych znajomości z ludźmi z 2 roku WOT-u (Wiedzy o teatrze). Znałam ich skądinąd :) Teraz jednak poznałam nie tylko część grupy najbardziej przebojową i pożerającą męskie serca urodą i urokiem osobistym, ale też zwyczajne dziewczyny, bardziej szare - odizolowane (same tak powiedziały). Trochę poplotkowałyśmy o tym, jak się im grupa rozsypała, jak ludzie się wykruszyli. Było kilka dobrych życzeń dla tych, którzy odeszli, odrobina marudzenia na wykładowców i pare żarliwie wypowiedzianych próśb do losu o powodzenie i łaskę. Już rozumiem, czemu WOT jest wyjątkowy. Z dziewczynami czas płynął mi szybko, dotknęłyśmy kilku interesujących tematów i ogólnie atmosfera była oderwana od rzeczywistości - stałam się uczestniczką narodzin nowego świata o naturze inetelektualno- emocjonalnej. Nawet nie potrafię tego wytłumaczyć - trzeba to poczuć, by zrozumieć w pełni.
Później była rozmowa z pierwszym rozpatrywanym przeze mnie kandydatem na mojego promotora. To znaczy staram się o magisterkę aż u czterech wykładowców, wybiorę najlepszego z Towarzystwa Kwadratu... Mam nadzieję. No i dziś rozmowa dotyczyła potencjalnej pracy magisterskiej o intertekstualności filmowo- literackiej... Kto wie... Pisałabym o Tarkowskim Młodszym i relacji jego filmów z poezją Tarkowskiego Seniora. Może byłoby to ciekawe? Sama nie wiem - ale przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia.

Wyszperane w sieci :)
A teraz? Siedzę i słucham TEJ badziewnej muzyki: Stan Borys, Seweryn Krajewski, Bogusław Mec. I mam gdzieś, czy to znaczy, że należę do istot głupich od urodzenia, nieinteligentnych i tak dalej. W skrócie: może i jest ze mnie POKEMON, ale jak się komuś nie podoba - to mnie nie musi lubić i już. Ja mam potrzebę odejścia od tej całej muzycznej alternatywy, od tych mocnych dźwięków z prawdziwym przesłaniem, od tego wizjonerstwa kompozycyjnego i nowatorstwa tekstowego. Szukam jakiegoś spokoju, ukojenia i liryki, choćby tej najprostszej, banalnej. Tego, by dźwięki nie powodowały bólu głowy, by nie drażniły, by nie zagłuszały. Wiosna już, nie chcę jej przepłoszyć nieskoordynowaniem mojego nastroju z podkładem muzycznym i dalszymi tego konsekwencjami...
To by na dzisiaj chyba było tyle. Wracam do pisania listów wielkanocnych. Dwa już zaklejone w kopertach czekają na ostatniego towarzysza i polecą jutro do ludzi, którzy sprawiają, że chce mi się żyć i cieszyć tym wszystkim. Dobranocka więc... :)