czwartek, 25 sierpnia 2011

heh

Kazik jest chory.

Nie wiem jak wytrzasnąć czas na weterynarza jutro, ale się nie obejdzie: oko wygląda bardzo źle.
Przedwczoraj mnie nie było. Wczoraj nie zauważyłam.

Co jeszcze się stanie w najbliższych dniach do cholery????

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

nadal...

opuszkami palców po ustach historii
wilgocią przesunąć
mchem
brązowy migdał twoich oczu
babciny beret
słodkie wino
w zakrzepłej kniei z ognia gałęzi
bez smaku
bez dreszczy
rozchodzi się lato


Poznań. Obrzydły. Zużyty Poznań. Miły i bliski. Ale męczący. A ja ostatnio chodzę jak struta: tramwajami, kolejkami w sklepach, kinem, kostkami brukowymi, Maiusem. Wolałabym rozedrzeć spodnie na kolanie o jakąś wystającą gałąź, niż tylko chodzić w tych moich "alladynkach" grzecznie i ładnie. Wolałabym uciec stąd i poszukać miejsca, w którym pieprz zbierają, bo rośnie. Wolałabym zapaść się w przepaść, przepasana liną. Wolałabym znów opalić ramiona. Nawet łydki. Do połowy, żeby było solidarnie.

Idzie dziwny czas napiętego grafiku. Bezrobocia w robocie, bo będę pracować w kratkę. Pisania ile wlezie, bo w końcu wyleźć TO musi. I smęcenia od czasu do czasu, połączonego z zachwianiem poczucia bezpieczeństwa, na bazie argumentu: "nieklarowna potoczystość zdania".
Uprościć czas. Osłodzić gorzką egzystencję.
I przestać być żakiem.

Dziwne. Nigdy nie spieszyło mi się do wakacji, a w tym roku fiksuję już bez odpoczynku z tytułu: "wolne od niewolnego".




Malutka...
Coś jednak pozostało...
Drzazga jakaś, prawda?


sobota, 13 sierpnia 2011

suma sumarum

niewinność to zdolność do kochania.
raz utracona - nie powróci.
(śmiem twierdzić, że Miłość już nam się nie przytrafi).


wieczorem zrobiłam sobie bilans zysków i strat. wychodzę na zero. poza jednym - żadne przyszłe uczucie nie będzie tak intensywne, tak prawdziwe i tak głębokie. przynajmniej równia już nie pochyla się to w tę, to w drugą stronę. stoi w miejscu, nierozedrgana euforią dłoni w dłoni, ust przy ustach. nieroztrzęsiona tym, co prowadziło do łez.

moja koleżanka z LO wzięła dziś ślub. większość znajomych od kilku lat pielęgnuje swoje związki. fejs-zbuki i naszeklasy pękają w szwach od zdjęć w objęciach ze ślubów, zaręczyn i randek. eksponowanie: "nam się udało znaleźć" przypomina licytację, na której wybebeszyć należy życie prywatne po to, by inni - wybrać OPCJĘ właściwą: podziwiali, zazdrościli, współcieszyli się z Iksem i Iksińską.

duety emocjonalnych heroinistów, którzy sami dla siebie są narkotykiem, budzą we mnie zazdrość. ze względu na czucie, współ-odczuwanie siebie. pragnie tej drugie osoby, jej dobra, jej bliskości.

nie chciałabym być teraz sama. a przecież bywam regularnie, właściwie nieustannie, z krótką przerwą na wspólne oglądanie filmu czy obiad. hormony, feromony i pranie mózgu wymieszane w jednym garze już mi nie grożą zatruciem pokarmowym i duszy, i ciała, jak choćby rok temu, gdy lekkie oziębienie, rozkładało moje życie na tygodnie omamów w gorączce i bezsilności.
miłość to choroba - skuteczny kop w emocjonalną żyć wystarczył za antidotum.
chciałabym nie oznacza, że potrafię.

"moja", niczym pogoda w kratkę, zaczyna mi wystarczać. zadowala mnie stan względnego razem, ale osobno. bo niby mamy siebie, niby nie. niby ciągniemy te prawie 5 lat bycia ze sobą, niby od prawie dwóch nie jesteśmy razem.
nie chcę nauczyć się z tego korzystać... nie chcę stracić resztek moich złudzeń, że niektóre sceny z życia mogą się kończyć happy endem. niech choćby przydarza się on innym.
mi wystarczy utrzymywanie głowy nad powierzchnią wody. choćby w imię przyzwyczajenia.
smutne?

nawet teraz, po swoistym rachunku sumienia zgadzam się ze sobą. i spokojem we mnie.
niewinności już nie ma.




(czasem jednak napada mnie myśl, że taka permanentna samotność żałosnym jest świadectwem tego, jakimż jest się człowiekiem).




Ps. Jak zawsze mój rzadko świetny humor rozpryskuje się niczym bańka mydlana.
Ps. 2. Coś czuję, że ten tekst krótko tu powisi.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

kalendarz

na grząskim gruncie nie można budować...
(niektórym trudno obrosnąć w życie)


Pomiędzy jednym a drugim prysznicem z chmur w twarz śmieje nam się słońce. W zielonej trawie przemarsze mrówek. Na stawie żabi gwar. I jeszcze bociany drepczące powolnie na podmokłej łące. Wszystko ma jakiś kształt i formę, rozłożone według schematów odpowiednich dla zaistniałych okoliczności przyrody.
A w mojej głowie leci film - pożółkła pocztówka z przeszłych lat. Niewielki przegląd wyborów, które rozbudziły we mnie głód, co to go nie potrafię zaspokoić.

Jeśli mi się uda wdepnąć w dorosłość, to już z niej nie wyjdę.
Tymczasem nie chcę nawet zanurzyć palca u nogi w tej zimnej sadzawce codzienności.
Nadal nie chcę.
Przystanek na wielokropku.
I brak pomysłów, co dalej...

Tym, czego chcę, jest powrót do pracy, bo za dużo myślę, zbyt mętnie. To jest jedno z tych przetasowań, w którym każda karta wydaje się być nieodpowiednią - czyżby? - okaże się już lada moment.


Kalendarz w tym roku szczupleje bez opamiętania...

sobota, 6 sierpnia 2011

...

i tylko czasem na Twoich ustach odbiłabym srebrny księżyc pocałunku,
by nocy nie spłoszyć gwiazd wypadaniem z Twoich rękawów,
w objęciu pachnącym macierzanką i Tuwimem na moich uszach czereśniowym

- Chcesz?
- Chcę.

W jednym słowie zapomnieć czym jest wolna wola i oddać ją za upojenie i nietrzeźwość emocjonalną - jestem specem od przypominania sobie dwóch przyklejonych do siebie głów. Nałogowo. Z premedytacją. I czającą się nicością kolejnych dni.

wtorek, 2 sierpnia 2011

o niczym

Wybredny tydzień. Udany poniedziałek. Skomplikowany wtorek. I urlop od środy... Właśnie teraz, gdy wcale go nie chcę; gdy bardziej chcę zostać, gdy jest lepiej...


A życie...
I tylko pasy na zebrze uświadamiają mi, ile we wszystkim równowagi - bo czego jest więcej: bieli czy czerni?

Rozhuśtane postawy mielące się na dnie młynka kawowego. Czas pachnie kofeinowymi zaklęciami. A płytkość uczuć i emocji jest jak potwarz. Posądzana o tyle, nawet do połowy nie mogę się przyznać, wiecznie robiąc coś ze względu na kogoś.

Nie wiem jakim jestem człowiekiem. Skomplikowanym na pewno, ale czy bardziej dobrym, czy bardziej złym?
Prosta moralność to jedynie szkielet, zupełnie nie pokryty skórą, paloną przecież na karku przez słońce, zbitą przez krople deszczu bezlitośnie.
Prosta moralność...

Na poletku moich przewinień zawsze ustawiam w głowie powody, dla których coś miało miejsce. Bardzo rzadko dostrzegając celowość rozwściekloną, najczęściej mizerne rykoszety. I fakt, że podobno piekło będzie dobrymi intencjami brukowane.

Lichość usprawiedliwień spada na mnie wtedy, gdy wiem, że wcale nie powinnam się tłumaczyć. I nie robię tego. Poniekąd ogołocona ze złudzeń. Ograniczona rzeczywistością. Zdyszana w codziennym wyścigu o coś prawdziwego. Zaplątana w relacje, których nigdy nie chciałam.

Przytłaczają mnie ludzie. Ich roszczenia. Ich pogarda. Ich ignorancja.
Chciałabym zmienić w świecie właśnie to - ignorancję, machnięcie dłońmi, danie przyzwolenia, umywanie rąk.

To czego się boję z każdym dniem coraz bardziej to starość. To samotni przygarbieni ludzie, od których wygodniej jest uciec, niż zaproponować pomoc.
Każdego dnia jadąc do pracy dostrzegam też dualizm. Podstarzałe panie, w eleganckich garsonkach z elegancką fryzurą i drapieżnością ruchów, które jednym ruchem torebki potrafią pokonać kanara, zgonić młodszych z miejsc. I staruszki łagodne, zmęczone już wejściem do tramwaju; te, które nigdy się nie upomną o to, by im zwolnić krzesełko.
Wspomnieniem wracam do pewnej staruszki, której nie potrafiłam pomóc. I nadal czuję, że źle się wtedy wszystko stała, a odwaga, której mi wtedy zabrakło przychodzi nadal, bardzo powoli.

Życie to jednak gorzka tabletka.

środa, 27 lipca 2011

z pracy :)

Szałaput - dawno niesłyszane słowo.
Prawda, że ładne?

(I to podobno o mnie).



:)))))))))