Odkurzam i zastanawiam się. Głowę sobie łamię i łamię mniej.
Wrócić? Czy nie? Sama nie wiem...
A jednak tęsknie...
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
środa, 6 kwietnia 2011
czwartek, 10 marca 2011
Oświadczenie...
Moi Drodzy!
Bardzo Wam dziękuję za to, że byliście moimi towarzyszami w świecie I patrzy niestrudzenie...
Niestety (i nawet nie umiem wypowiedzieć jak bardzo niestety) ten blog musi przestać istnieć - to jest ostatni wpis...
Blog to intymny schowek moich przemyśleń i kąśliwości. Stworzyłam go po to, by otwarcie wypisywać bzdury i majaki, jakie akurat przyjdą mi do głowy. By się skarżyć, żalić, chwalić, cieszyć i po prostu odnotowywać pewne epizody dni powszednich...
Całe moje pisanie skupiało się na emocjach, uczuciach, fascynacjach i porażkach. Nigdy nie musiałam tutaj udawać, naciągać rzeczywistości. Wszystko miało swój czas i miejsce...
Tymczasem: trach!
Kiedy blog zaczyna tracić swoją anonimowość - a dla mnie ten blog miał być bardziej anonimowy, niż mniej - nie widzę dalszego sensu wypisywania siebie.
Autocenzura nie może przekraczać pewnych granic...
Jednakże... moje uzależnienie od pisania nie zniosłoby pustki.
Kolejne miejsce, w którym będę/ jestem, powstaje powolutku, jeszcze w powijakach.
Jeśli Ktoś z Was miałby ochotę mnie tam znaleźć - zostawcie proszę jakiś komentarz pod tym wpisem, a wtedy, na Waszych blogach pojawi się mój nowy adres...
Ze względów oczywistych komentarze nie zostaną opublikowane...
Przykro mi, że czas Malutkiej dobiega końca... Choć może to dobrze...
Może trochę dorosnę?
Było mi niezmiernie miło poznać Was wirtualnie, czytać Wasze komentarze do mojego komentowania.
Mam nadzieję, że nikt nie zakończy lektury I patrzy niestrudzenie... z negatywnym oddźwiękiem.
Blog był moim subiektywnym patrzeniem na siebie i nie tylko.
Moim celem nie było obrażanie kogokolwiek, ani wzbudzanie sensacji.
Pisałam, bo to lubię. Czasem mniej wygodnie, czasem bardziej.
Wszystkiego dobrego!
Malutka
Ps. Kurcze... czuję się tak, jakby mi wyrwano dwa lata z życia...
Ps. 2. Nie sądziłam, że przyjdzie taki czas.
Ps. 3. To był dobry azyl...
Ps. 4. Blog wisi jeszcze tydzień... Ku pamięci.
Bardzo Wam dziękuję za to, że byliście moimi towarzyszami w świecie I patrzy niestrudzenie...
Niestety (i nawet nie umiem wypowiedzieć jak bardzo niestety) ten blog musi przestać istnieć - to jest ostatni wpis...
Blog to intymny schowek moich przemyśleń i kąśliwości. Stworzyłam go po to, by otwarcie wypisywać bzdury i majaki, jakie akurat przyjdą mi do głowy. By się skarżyć, żalić, chwalić, cieszyć i po prostu odnotowywać pewne epizody dni powszednich...
Całe moje pisanie skupiało się na emocjach, uczuciach, fascynacjach i porażkach. Nigdy nie musiałam tutaj udawać, naciągać rzeczywistości. Wszystko miało swój czas i miejsce...
Tymczasem: trach!
Kiedy blog zaczyna tracić swoją anonimowość - a dla mnie ten blog miał być bardziej anonimowy, niż mniej - nie widzę dalszego sensu wypisywania siebie.
Autocenzura nie może przekraczać pewnych granic...
Jednakże... moje uzależnienie od pisania nie zniosłoby pustki.
Kolejne miejsce, w którym będę/ jestem, powstaje powolutku, jeszcze w powijakach.
Jeśli Ktoś z Was miałby ochotę mnie tam znaleźć - zostawcie proszę jakiś komentarz pod tym wpisem, a wtedy, na Waszych blogach pojawi się mój nowy adres...
Ze względów oczywistych komentarze nie zostaną opublikowane...
Przykro mi, że czas Malutkiej dobiega końca... Choć może to dobrze...
Może trochę dorosnę?
Było mi niezmiernie miło poznać Was wirtualnie, czytać Wasze komentarze do mojego komentowania.
Mam nadzieję, że nikt nie zakończy lektury I patrzy niestrudzenie... z negatywnym oddźwiękiem.
Blog był moim subiektywnym patrzeniem na siebie i nie tylko.
Moim celem nie było obrażanie kogokolwiek, ani wzbudzanie sensacji.
Pisałam, bo to lubię. Czasem mniej wygodnie, czasem bardziej.
Wszystkiego dobrego!
Malutka
Ps. Kurcze... czuję się tak, jakby mi wyrwano dwa lata z życia...
Ps. 2. Nie sądziłam, że przyjdzie taki czas.
Ps. 3. To był dobry azyl...
Ps. 4. Blog wisi jeszcze tydzień... Ku pamięci.
środa, 9 marca 2011
co jest?
rany Julisza Cezara, miłościwie nam w historii zasadzonego - dobrze mi!!!
kolejny dzień pozytywnego speedu.
noc rozpoczęta po drugiej, spłoszona po szóstej - wrzuciła mnie w kolejny słoneczny nastrój.
dowód? - polazłam wczesnym rankiem na plac zabaw, bo... niewytłumaczalnym magnesem przyciągało mnie do huśtawki.
poza tym - dziś pobawię się w fotografa...
będę mieć nawet modelkę, ale o tym cicho sza, żebym po głowie nie oberwała.
J
i jeszcze:
przytargałam biret, nawiedzając o nieludzkiej 8.30 Izz.
brakuje tylko aktualnego pompona i będę udawać, że kończę studia.
(musicie wiedzieć, że w birecie wyglądam kretyńsko - na mojej małej główce wygląda to dziwadło koszmarnie, upodabniając mnie do gremlina, nie zaś poważnej pani magister - spada, opada itd.)
wczoraj/ dzisiaj miałam poważną rozmowę z Dżull. pozytywną i śmieszną, jednak poważną. i dobrze, bo kiedyś trzeba było ogarnąć nasze współbycie w 418.
ps. głupi jaś wisi w powietrzu, że mnie tak roznosi???!!!
ps. 2. wisi :DDD
kolejny dzień pozytywnego speedu.
noc rozpoczęta po drugiej, spłoszona po szóstej - wrzuciła mnie w kolejny słoneczny nastrój.
dowód? - polazłam wczesnym rankiem na plac zabaw, bo... niewytłumaczalnym magnesem przyciągało mnie do huśtawki.
poza tym - dziś pobawię się w fotografa...
będę mieć nawet modelkę, ale o tym cicho sza, żebym po głowie nie oberwała.
J
i jeszcze:
przytargałam biret, nawiedzając o nieludzkiej 8.30 Izz.
brakuje tylko aktualnego pompona i będę udawać, że kończę studia.
(musicie wiedzieć, że w birecie wyglądam kretyńsko - na mojej małej główce wygląda to dziwadło koszmarnie, upodabniając mnie do gremlina, nie zaś poważnej pani magister - spada, opada itd.)
wczoraj/ dzisiaj miałam poważną rozmowę z Dżull. pozytywną i śmieszną, jednak poważną. i dobrze, bo kiedyś trzeba było ogarnąć nasze współbycie w 418.
ps. głupi jaś wisi w powietrzu, że mnie tak roznosi???!!!
ps. 2. wisi :DDD
wtorek, 8 marca 2011
są powody do mruczenia...
Tęcza na ścianach i na suficie.
Przez moje niebieskie okulary patrzy się tak soczyście.
Gafa goni gafę: zamiast "jeżyka" jest "język"; zamiast mnie tu a innej tam - zgłębiam tajniki bilokacji; zamiast trzymać fason powagi - wcielam się w rozwydrzonego przedszkolaka. Lepiej żeby mnie dzisiaj Niebiosa miały w opiece, bo nieuważne rozrabianie wreszcie doprowadzi do jakiegoś brzemiennego w skutki finału.
Co najważniejsze: dobrze mi... Wewnętrznie mi dobrze.
(A zawsze, kiedy się tak czuję - coś się musi spieprzyć).
Nieodwołalność pewnych decyzji przeszkadza mi mniej.
Chyba się pogodziłam z tym i owym.
Dobrego dnia :)
poniedziałek, 7 marca 2011
poniedziałek
Idzie dziwny czas.
Zmiany...
Póki co - tajemniczo, ale tak jest lepiej, tak być musi.

Mam jakiś trop. I maszeruję dalej.
Noc minęła na pierwszym koszmarze związanym z kierunkiem studiów.
Pisałam dyktando pod okiem Bralczyka (za którym średnio przepadam - nie to, żeby go znała inaczej niż z mediów i jednego wykładu) i musiałam wytłumaczyć dlaczego pewne słowa zapisuję w sposób taki, a nie inny ;)
Egzamin czy co?
W sumie po przebudzeniu sen mi się podobał, jednak w trakcie miałam mieszane uczucia...
Dyktandem się w nocy zamęczać???
Kazik dokazuje w klatce, nieświadomy mojej obecności, bom dziś cichutka, jak mysz pod miotłą.
Dżull wstała wcześnie na zajęcia (pierwszy raz od baaardzo dawna).
Aneszka w robocie... Kończy o 12.00.
Ten Ooo nadal w Słupsku - w piątek zdał egzamin na prawo jazdy - tęskno mi za nim, że aż.
A ja... w pokoiku, przy stoliku :)
Zainicjowany poniedziałkiem tydzień poraża niewiadomą.
Będzie co ma być.
Byleby tylko utrzymać tonację...
Czy ja już kiedyś pisałam, jak cholernie niestrudzenie mnie marzec męczy? Bo prócz tego, że przynosi wiosenny oddech - zawsze coś kończy... Strach się bać...
Heh.
Odrobina wyrozumiałości samej dla siebie byłaby wskazana.
Ale za głupotę i nieuwagę powinnam sobie kuku zrobić.
Tyle dzisiaj ;)
Zmiany...
Póki co - tajemniczo, ale tak jest lepiej, tak być musi.
Mam jakiś trop. I maszeruję dalej.
Noc minęła na pierwszym koszmarze związanym z kierunkiem studiów.
Pisałam dyktando pod okiem Bralczyka (za którym średnio przepadam - nie to, żeby go znała inaczej niż z mediów i jednego wykładu) i musiałam wytłumaczyć dlaczego pewne słowa zapisuję w sposób taki, a nie inny ;)
Egzamin czy co?
W sumie po przebudzeniu sen mi się podobał, jednak w trakcie miałam mieszane uczucia...
Dyktandem się w nocy zamęczać???
Kazik dokazuje w klatce, nieświadomy mojej obecności, bom dziś cichutka, jak mysz pod miotłą.
Dżull wstała wcześnie na zajęcia (pierwszy raz od baaardzo dawna).
Aneszka w robocie... Kończy o 12.00.
Ten Ooo nadal w Słupsku - w piątek zdał egzamin na prawo jazdy - tęskno mi za nim, że aż.
A ja... w pokoiku, przy stoliku :)
Zainicjowany poniedziałkiem tydzień poraża niewiadomą.
Będzie co ma być.
Byleby tylko utrzymać tonację...
Czy ja już kiedyś pisałam, jak cholernie niestrudzenie mnie marzec męczy? Bo prócz tego, że przynosi wiosenny oddech - zawsze coś kończy... Strach się bać...
Heh.
Odrobina wyrozumiałości samej dla siebie byłaby wskazana.
Ale za głupotę i nieuwagę powinnam sobie kuku zrobić.
Tyle dzisiaj ;)
niedziela, 6 marca 2011
...
smutno mi z rana
zimno
chyba siebie nie lubię
nie dzisiaj
usiłuję przymusić się do cierpliwości
ale ja jestem wybitnie niecierpliwa
i jeszcze
cholernie źle mi się kojarzy daty
czarna woalka na oczy
dziś wolałabym uniknąć spojrzeń
uchylić się od obecności
proszę pozwolić zamknąć mi się w szafie
czy sama dla siebie muszę być zawsze najtrudniejszym człowiekiem do znoszenia...?
bo przecież "prawie" robi wielką różnicę...
"prawie" znaczy "niewypał"
zimno
chyba siebie nie lubię
nie dzisiaj
usiłuję przymusić się do cierpliwości
ale ja jestem wybitnie niecierpliwa
i jeszcze
cholernie źle mi się kojarzy daty
czarna woalka na oczy
dziś wolałabym uniknąć spojrzeń
uchylić się od obecności
proszę pozwolić zamknąć mi się w szafie
czy sama dla siebie muszę być zawsze najtrudniejszym człowiekiem do znoszenia...?
bo przecież "prawie" robi wielką różnicę...
"prawie" znaczy "niewypał"
sobota, 5 marca 2011
sobota
Wczorajszego wieczoru pogrążyłam się w oglądaniu płyty studniówkowej Subkultury...
Nie taki mały Mały: 19 lat, włosy jak nać pietruszki, wzrostu sporo więcej ode mnie, krawat niebieski, kumpli w bród i śliczna dziewczyna w obejmowaniu.
A tak niedawno chodził do przedszkola...
Spostrzeżenia - nauczyciele zataczali się leciutko.
Partnerki chłopaków - wszak szkoła bardzo męska - wyglądały poważniej ode mnie...
I jeszcze ta zanikająca tradycja długich sukienek - na płycie przewinęły się takie może ze 3. Jakoś tak dyskotekowo to wyglądało.
Przede mną liźnięcie lokalnego życia... Bardzo lokalnego. Bez wnikania w szczegóły, plizzz; wystarczy, że na samą myśl mam gęsią skórkę i zawroty głowy.
To będzie długa noc. Ehhh.
Jedyny pozytyw - ktoś mądry postanowił, że Jaśnie Wielmożnie Książęcy Ksiądz remont plebani będzie robił na własny rachunek. Kościół tutaj wymaga ważniejszych prac, a ludzi nie stać na tyle dodatkowych wydatków.
Ulżyło mi.
Domowo? Póki co, zajmuję się usilnie moim zwierzyńcem. Pięć czarnych kotów wędruje od parapetu do parapetu łasząc się w zamruczeniu. Psy zasypiają na stojąco, porozkładane gdzie się da. Przez chwilę nie ma nikogo, więc mam wolność Czesia w strefach przykuchennych, pokojowych i podwórkowych.
Za moment czeka mnie wizyta w przedszkolu - muszę przygotować mleko dla pewnej dwutygodniowej Czekolady :) Czekolada nauczyła się już ssać kciuk, radośnie muczy, słysząc mój głos na podwórku i generalnie przesłodki z niej dzieciak. Hehe. Pomyśleć, że wkrótce dobędzie jej bliźniak.
Po karmieniu pora na podanie antybiotyku stworzeniu dużo większemu ode mnie.
Potem już tylko mieszanka wzmacniająca dla Jovana, który wczoraj nie bardzo mógł zejść po schodach, za to świetnie się czuł ganiając za pluszową zabawką.
I co mi też spadło na głowę, lata temu, że mnie na filologię polską pchnęło?!
Kurdeż...
Pobyt w domu, gdy mam na głowie tylko sprzątanie, a nie kuchenne bzdury, wprowadza do głowy ład i spokój.
Mam czas dla psów i kotów.
Huśtawka kołysze się wiosennym przebudzeniem.
Las skąpany w ciszy pobrzmiewa ptasimi śpiewami.
Nawet buty umazane w błocie cieszą.
Im mniej śniegu dokoła, tym więcej energii wokół.
Zastanawiam się, jak poukładać sobie rzeczywistość, by na co dzień mieć chociaż odrobinę takiej swobody? Jak to zrobić, by mieć przestrzeń, psy rozbiegane i las na wyciągnięcie dłoni?
Stwierdzam, że nie nadaję się do życia wielkomiejskiego, ani małowiejskiego.
Coś po środku?
Nie taki mały Mały: 19 lat, włosy jak nać pietruszki, wzrostu sporo więcej ode mnie, krawat niebieski, kumpli w bród i śliczna dziewczyna w obejmowaniu.
A tak niedawno chodził do przedszkola...
Spostrzeżenia - nauczyciele zataczali się leciutko.
Partnerki chłopaków - wszak szkoła bardzo męska - wyglądały poważniej ode mnie...
I jeszcze ta zanikająca tradycja długich sukienek - na płycie przewinęły się takie może ze 3. Jakoś tak dyskotekowo to wyglądało.
Przede mną liźnięcie lokalnego życia... Bardzo lokalnego. Bez wnikania w szczegóły, plizzz; wystarczy, że na samą myśl mam gęsią skórkę i zawroty głowy.
To będzie długa noc. Ehhh.
Jedyny pozytyw - ktoś mądry postanowił, że Jaśnie Wielmożnie Książęcy Ksiądz remont plebani będzie robił na własny rachunek. Kościół tutaj wymaga ważniejszych prac, a ludzi nie stać na tyle dodatkowych wydatków.
Ulżyło mi.
Domowo? Póki co, zajmuję się usilnie moim zwierzyńcem. Pięć czarnych kotów wędruje od parapetu do parapetu łasząc się w zamruczeniu. Psy zasypiają na stojąco, porozkładane gdzie się da. Przez chwilę nie ma nikogo, więc mam wolność Czesia w strefach przykuchennych, pokojowych i podwórkowych.
Za moment czeka mnie wizyta w przedszkolu - muszę przygotować mleko dla pewnej dwutygodniowej Czekolady :) Czekolada nauczyła się już ssać kciuk, radośnie muczy, słysząc mój głos na podwórku i generalnie przesłodki z niej dzieciak. Hehe. Pomyśleć, że wkrótce dobędzie jej bliźniak.
Po karmieniu pora na podanie antybiotyku stworzeniu dużo większemu ode mnie.
Potem już tylko mieszanka wzmacniająca dla Jovana, który wczoraj nie bardzo mógł zejść po schodach, za to świetnie się czuł ganiając za pluszową zabawką.
I co mi też spadło na głowę, lata temu, że mnie na filologię polską pchnęło?!
Kurdeż...
Pobyt w domu, gdy mam na głowie tylko sprzątanie, a nie kuchenne bzdury, wprowadza do głowy ład i spokój.
Mam czas dla psów i kotów.
Huśtawka kołysze się wiosennym przebudzeniem.
Las skąpany w ciszy pobrzmiewa ptasimi śpiewami.
Nawet buty umazane w błocie cieszą.
Im mniej śniegu dokoła, tym więcej energii wokół.
Zastanawiam się, jak poukładać sobie rzeczywistość, by na co dzień mieć chociaż odrobinę takiej swobody? Jak to zrobić, by mieć przestrzeń, psy rozbiegane i las na wyciągnięcie dłoni?
Stwierdzam, że nie nadaję się do życia wielkomiejskiego, ani małowiejskiego.
Coś po środku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
