Pokój szaleje od nadmiaru mnie. Jestem wszędzie. Na łóżku, przy lustrze, na podłodze, obok klatki Kazia, nawet na parapecie dla przewietrzenia umysłu. Sama. Kaź śpi w domku, cały zamotany w sianie. Zapach frytek delikatnie drażni moje nozdrza. Wszystko dzisiaj tu do mnie pasuje. Spokojne. Od niechcenia. Jak ja. Spokojna, wyciszona.
(Zauważyłam, że ostatnio każdego posta rozpoczynam od opisu pokoju w zestawieniu z moim nastrojem... Ale to pewnie dlatego, że to jedyne bezpieczne dla mnie miejsce i że jest tak bardzo zależne ode mnie.)
Muszę się do czegoś przyznać. Ja, będąca już prawie filologiem języka polskiego, rozkochana w dziełach Juliusza Słowackiego, z pasją czerpiąca z Schillera, ubóstwiająca prozę Conrada. Ja, osoba poważna i stateczna, oglądająca filmy Tarkowskiego i Lyncha, znająca przedstawienia Cieplaka. Ja, dziewczyna z 22 letnim stażem obserwatora rzeczywistości - nie potrafię przestać oglądać głupiego filmu dla nastoletnich dziewczynek...
Wstydem było już przeczytanie całej sagi Zmierzchu... Cel był ukryty - oswoić wroga, bo nie jest to mój nurt, nie moja filozofia literatury; ale się wczytałam, wessałam w stronice i nie mogłam oderwać się aż nie skończyłam... Od deski do deski. Kilkakrotnie nawet. Chłonęłam treść. Marzenia. Wyobrażenia. Z wypiekami na twarzy śledząc przygody Belli i Edwarda... Taka bajka mogła do mnie trafić 10 lat temu, ale teraz - nie powinna - a jednak...
Pokochałam fabułę, pokochałam bohaterów. A gdy już mogłam spojrzeć na wszystko z ekranu - oniemiałam. Nie, nie. Ja wiem i widzę ile we filmie niedociągnięć, ile przesady, ile wycięto z książek, ale nie zmienia to faktu, że i we mnie zrodziła się zmierzchomania... Obie części oglądam na przemiennie, co dnia, co wieczór, gdy tylko z pokoju znikają inne ludki.
Może to jest tak, że kocham takie bajki, w których to, co tak nierealne, staje się rzeczywistością? Nie wiem. Ale para składająca się ze zwykłej dziewczyny i wampira to musiał być murowany hit, a gdy na scenę wkraczają też wilkołaki - wyobraźnia wariuje rozbudzona legendowym bajaniem.
Podejrzewam, że wizja nieśmiertelności zawsze będzie kusić ludzi... Kusi mnie. Przynajmniej jej wyobrażenie...
Możliwość błądzenia po świecie, bez przywiązania do czegokolwiek, do którejkolwiek z normalnych/ ludzkich potrzeb, łazęgowanie między krajami, narodami. W jednej sekundzie Paryż, by w kolejnej stać na szczycie Kanczedzongi czy K2. Świat stałby się osiągalny, a całość można by objąć dłonią. Bez ograniczeń, bez jakichś przerywników. Rzeki, morza, góry, doliny, dżungla, step, pustynia - wszystko warte ujrzenia, przemierzenia, poznania, zrozumienia - to o czym teraz marzę, co stanowi swoisty wabik i podstawę błądzenia wśród niebieskich migdałów, wszystko, co tak bardzo chciałabym choćby ujrzeć... Tak prostym byłoby czerpanie z życia tego, co teraz wydaje się nieosiągalne. Emocje, adrenalina - ale miałoby to tylko sens pod warunkiem, że byłoby to odczuwalne tak mniej więcej, jak teraz, w zwykłym ludzkim ciele (lub bardziej ;P) Tyle, że wyrzuciłabym z zestawu przymiotów i potrzeb wampira ich kwintesencję - picie krwi (przynajmniej ludzkiej ;). Ups...
Nieśmiertelność postrzegam przez pryzmat W. Tego, że odszedł... I ze ja zostałam. To znaczy teraz mam własne, nowe życie, ale wtedy - byłam zupełnie sama i bezradna. Agdyby tak być wampirami - nic by nas nie rozdzieliło...
Teraz, gdy czekam na Niego liczę oddechy, kroki na korytarzu i nasłuchuję. On jest, przyjdzie... I nie potrafiłabym znieść Jego nieobecności, z tym nie mogłabym sobie poradzić, gdyby i Jemu coś się stało.
To trochę jakbym chciała naprawić popsute radio, by grało nadal, ale już inaczej. Ale chce się, by grało nadal...
Tyle na dzisiaj. Przepraszam, że znów tak pesymistycznie mimo wszystko. Chyba jest coś w powietrzu. Tak czy siak - miłego wieczoru, i nie dajcie się zawiać śniegiem ;P
Bez odbioru.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
sobota, 30 stycznia 2010
środa, 27 stycznia 2010
nic się nie zmienia, nic
jest tak, jak było
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.
Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.
Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.
Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.
Kaź - wciąż ten sam.
A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.
Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.
Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.
Tak na teraz:
A potem może tak:
chyba dlatego ostatnio hamuje spowiedzi wirtualne na blogu. powstał on ku mojej radości - nie chcę by został żałobnikiem mnie.
Na szczęście wiem, że życie jest nieprzewidywalne. Liczę na jakieś niespodzianki od losu. Sama też jakby zaczynam działać - odezwałam się do Muci, by spróbować scrapowania. Wybieram się do opery na Wesele Figara. Coś trzeba ze sobą robić. Jakoś się trzeba uaktywnić - a nie tylko stopować.
Akademik dudni sesją i pożeganiami Erazmusów, Mostów i innych żaków z nieuamowskiego światka.
Inaczej stoczył jakoś bitwę, i jak na kocura wielgaśnego - dał się poturbować całkiem konkretnie.
Kaź - wciąż ten sam.
A ja tęsknię za łąką, strumieniem, psami, spacerami, których się łaknie... Żeby niebo było niebieskie, słońce złote, drzewa zielone, a pies machał ogonem.
Może wyobcowanie wyzwoli we mnie jakiś potencjał twórczy - na razie stłamsiłam w swojej głowie całkiem niezły materiał na powieścidło... Jeszcze przemyślę, czy nie dałabym rady tego spisać, skoro wewnętrznie mi się podoba i robi na mnie dość błyskotliwe wrażenie. Cykl dialogów między trzema osobami a w nich dyskusja o P. jako obiekcie analizowanym przez W. i S. Chwilowo pasjami tworzę komunikaty w mojej głowie wszędzie, w autobusie, tramwaju, na łóżku. I w duszy mam powody do śmiechu i zadowolenia. Nie jestem tylko pewna czy mam jakąkolwiek szansę przelać ulotność i subtelność tegoż na papier, bez względu czy ręcznie czy przed uprzednim wykliwaniem.
Cieszę się tym, co mam, co mogę mieć. I chwilą, która na moment oddaliła mnie od realnego świata.
Tak na teraz:
A potem może tak:
poniedziałek, 25 stycznia 2010
pleplepleple
Zasłyszane są moje szepty zza szyby gdzieś poza mną. Skupiam wzrok na nieruchomych elementach. Jest zimno, zdecydowanie za zimno.
Pociąg przyjechał z 20 minutowym spóźnieniem. Mróz zajął moje stopy. Czułam jak kostnieją i mają ochotę odpaść. Straszna to musi być śmierć - zamarznąć... Przez godzinę doprowadzałam moje ciało do ładu pod prysznicem w akademiku. Znów Poznań. Wróciłam.
Moje ciało wyraźnie protestuje przed temperaturą otoczenia. Nawet wietrzenie pokoju jest problemem - dreszcze, koc wszechogarniający. Pocieszam się tym, że wszyscy narzekają na aurę podobnież jak ja.
Jest tu Aneszka, Łukasz, który jest Jezusem. Wcześniej była Iza i On. Chyba znów się uodporniłam na ludzi. Owszem, jestem bardziej milcząca, owszem, raz straciłam nad sobą panowanie. Ale wytrzymuję. Nie czuję się osaczona, nie czuję, że ktoś wkroczył na moje terytorium, wbrew mej woli. Nadal wolałabym stronić od ludzi, najchętniej po poznańsku zakluczyłabym się w 418 i wyrzuciłabym zasłonkę - brakuje mi widoku zza okna, tego, że coś jest za szybą, że jest tam jakieś życie, codzienność.
A co w domu? Napisałam wypracowania bratu i kuzynowi. Opiekowałam się Młodym, który dość ciężko znosi przymus leżenia. I jedzenie do niego nie przemawia. Jednak dostęp do telewizora, komputera i wszystkich ludzi w domu rekompensuje mu niekomfortową sytuację. Mam wrażenie, że się nagadaliśmy i że Młody jakoś tak dorośleje dzięki mnie, i to jest fajne uczucie i ważna świadomość. Nawet, kiedy poprawiałam mu poduszkę wiedział, że robię to, bo chcę, a nie nie dla tego, że muszę.
Jest we mnie jakieś takie skrzywienie, że lubię siedzieć przy kimś, kto jest chory. Zapominam wtedy o sobie. Pozwalam, by druga osoba stała się obiektem mojej uwagi 100%. Pamiętam boje o Radka, czuwanie przy Dziadku, później Wujek. A w międzyczasie wszystkie grypy w domu spędzałam na podawaniu soku malinowego itd. I to nadawało sens chwili, ubarwiało życie.
Dyskusja w pokoju. Ja - prowodyrka. Ograniczenia słowne w nazywaniu stanów chorobowych psychicznych. Hehe... Ojj.
Poza tym. Byłam samotna, choć nie sama. Zastanawiam się czy kiedyś zrozumiem te wszystkie moje reakcje i pobudki. Wielki labirynt i pułapki w moich myślach. Czasem zapaści, czasem przepaści, a czasem zwykłe skały. A ja drepczę gdzie pośród, zdezorientowana, bez busoli. Niby wiem, czego chcę, jak to osiągnąć, umiem przewidywać. A jednak największa zagadka tkwi we mnie samej, w moim wnętrzu. Znam już pewne zakamarki, są pewne półwyspy, na których mogę się schronić sama przed sobą. Chyba właśnie wdrapałam się na brzeg którejś z lepszych plaż mnie, choć dopłynąć było mi bardzo trudno. Ale muszę tu zakotwiczyć na dłużej. Bo nie mam na razie sił na dalszą wojaczkę, dalsze autoprzepychanki. Podążam dawno wydeptanymi śladami mnie samej, ścieżką, która już kiedyś ratowała moje "ja" przed załamaniem.
(Chyba mam lepsze 20 minut - żywo dyskutuję).
Chwilowo pasjonuje mnie to, co można zrobić z kartki papieru i jakichś dodatkowych pierdułek. Chciałabym sama coś zacząć robić. Z nudy. Mam dość książek. I nauki. I gadania, że powinnam się uczyć. Na razie chcę wypocząć od...
On znów jest... mój.... Chyba się stara... Jakoś tak... Doceniam to, choć muszę się nauczyć okazywać podziw i zachwyt... Kocham Go, mam nadzieję, że to wystarczy ;) Musi...
Ps. Może uda mi się do Bratysławy wybyć na dwa dni ;P
Pociąg przyjechał z 20 minutowym spóźnieniem. Mróz zajął moje stopy. Czułam jak kostnieją i mają ochotę odpaść. Straszna to musi być śmierć - zamarznąć... Przez godzinę doprowadzałam moje ciało do ładu pod prysznicem w akademiku. Znów Poznań. Wróciłam.
Moje ciało wyraźnie protestuje przed temperaturą otoczenia. Nawet wietrzenie pokoju jest problemem - dreszcze, koc wszechogarniający. Pocieszam się tym, że wszyscy narzekają na aurę podobnież jak ja.
Jest tu Aneszka, Łukasz, który jest Jezusem. Wcześniej była Iza i On. Chyba znów się uodporniłam na ludzi. Owszem, jestem bardziej milcząca, owszem, raz straciłam nad sobą panowanie. Ale wytrzymuję. Nie czuję się osaczona, nie czuję, że ktoś wkroczył na moje terytorium, wbrew mej woli. Nadal wolałabym stronić od ludzi, najchętniej po poznańsku zakluczyłabym się w 418 i wyrzuciłabym zasłonkę - brakuje mi widoku zza okna, tego, że coś jest za szybą, że jest tam jakieś życie, codzienność.
A co w domu? Napisałam wypracowania bratu i kuzynowi. Opiekowałam się Młodym, który dość ciężko znosi przymus leżenia. I jedzenie do niego nie przemawia. Jednak dostęp do telewizora, komputera i wszystkich ludzi w domu rekompensuje mu niekomfortową sytuację. Mam wrażenie, że się nagadaliśmy i że Młody jakoś tak dorośleje dzięki mnie, i to jest fajne uczucie i ważna świadomość. Nawet, kiedy poprawiałam mu poduszkę wiedział, że robię to, bo chcę, a nie nie dla tego, że muszę.
Jest we mnie jakieś takie skrzywienie, że lubię siedzieć przy kimś, kto jest chory. Zapominam wtedy o sobie. Pozwalam, by druga osoba stała się obiektem mojej uwagi 100%. Pamiętam boje o Radka, czuwanie przy Dziadku, później Wujek. A w międzyczasie wszystkie grypy w domu spędzałam na podawaniu soku malinowego itd. I to nadawało sens chwili, ubarwiało życie.
Dyskusja w pokoju. Ja - prowodyrka. Ograniczenia słowne w nazywaniu stanów chorobowych psychicznych. Hehe... Ojj.
Poza tym. Byłam samotna, choć nie sama. Zastanawiam się czy kiedyś zrozumiem te wszystkie moje reakcje i pobudki. Wielki labirynt i pułapki w moich myślach. Czasem zapaści, czasem przepaści, a czasem zwykłe skały. A ja drepczę gdzie pośród, zdezorientowana, bez busoli. Niby wiem, czego chcę, jak to osiągnąć, umiem przewidywać. A jednak największa zagadka tkwi we mnie samej, w moim wnętrzu. Znam już pewne zakamarki, są pewne półwyspy, na których mogę się schronić sama przed sobą. Chyba właśnie wdrapałam się na brzeg którejś z lepszych plaż mnie, choć dopłynąć było mi bardzo trudno. Ale muszę tu zakotwiczyć na dłużej. Bo nie mam na razie sił na dalszą wojaczkę, dalsze autoprzepychanki. Podążam dawno wydeptanymi śladami mnie samej, ścieżką, która już kiedyś ratowała moje "ja" przed załamaniem.
(Chyba mam lepsze 20 minut - żywo dyskutuję).
Chwilowo pasjonuje mnie to, co można zrobić z kartki papieru i jakichś dodatkowych pierdułek. Chciałabym sama coś zacząć robić. Z nudy. Mam dość książek. I nauki. I gadania, że powinnam się uczyć. Na razie chcę wypocząć od...
On znów jest... mój.... Chyba się stara... Jakoś tak... Doceniam to, choć muszę się nauczyć okazywać podziw i zachwyt... Kocham Go, mam nadzieję, że to wystarczy ;) Musi...
Ps. Może uda mi się do Bratysławy wybyć na dwa dni ;P
sobota, 23 stycznia 2010
piątek, 22 stycznia 2010
Krótko, zwięźle, domowo.
Jest już dość późno. Ciemno. I zimno.
Młody jest już po operacji - i mimo, że przepuklina to niby nic poważnego, to jednak dziwi mnie, że wypuścili go do domu ledwie 12 godzin po... Jest obolały, głodny i w ogóle, ale cieszy się domem.
Ja - skorzystałam z okazji i uciekłam od Poznania do domu. Zajmę się czymś konkretnym, mam sporo prac do pisania. I zaległości.
Jovan dzisiaj ze mną nie śpi - jako, że dzielę pokój z Młodym, to lepiej dodatkowych zarazek nie sprowadzać. Ale mądre oczy mojego psa wyrażają smutek i powagę - wie, że Młody jakiś inny niż zazwyczaj.
Co do mnie? Chyba znów lekko nałożyłam maskę... Chyba przyczaiłam wszystko na dnie. Mój paskudny nastrój znów skrył się pod powagą, obojętnością i "czarnym poczuciem humoru". Jest jak jest. Na razie stopuję. Spróbuję przestać myśleć. Wypocząć choć na trochę.
Ps. PKP robi sobie jaja z pasażerów - moja osobówka miała dziś otwarte wszystki drzwi, częsci okien nie dało się podomykać i generalnie PUPA odpadała z zimna, a włosy zdobiły kryształki lodu. Horror, a do tego 67 minutową trasę pokonaliżmy w ponad 2 godziny ;/;/;/ Myślałam, że zamarznę i nie dożyję ciepła, które zapewniała fura Radka.
Dobrej nocy.
Młody jest już po operacji - i mimo, że przepuklina to niby nic poważnego, to jednak dziwi mnie, że wypuścili go do domu ledwie 12 godzin po... Jest obolały, głodny i w ogóle, ale cieszy się domem.
Ja - skorzystałam z okazji i uciekłam od Poznania do domu. Zajmę się czymś konkretnym, mam sporo prac do pisania. I zaległości.
Jovan dzisiaj ze mną nie śpi - jako, że dzielę pokój z Młodym, to lepiej dodatkowych zarazek nie sprowadzać. Ale mądre oczy mojego psa wyrażają smutek i powagę - wie, że Młody jakiś inny niż zazwyczaj.
Co do mnie? Chyba znów lekko nałożyłam maskę... Chyba przyczaiłam wszystko na dnie. Mój paskudny nastrój znów skrył się pod powagą, obojętnością i "czarnym poczuciem humoru". Jest jak jest. Na razie stopuję. Spróbuję przestać myśleć. Wypocząć choć na trochę.
Ps. PKP robi sobie jaja z pasażerów - moja osobówka miała dziś otwarte wszystki drzwi, częsci okien nie dało się podomykać i generalnie PUPA odpadała z zimna, a włosy zdobiły kryształki lodu. Horror, a do tego 67 minutową trasę pokonaliżmy w ponad 2 godziny ;/;/;/ Myślałam, że zamarznę i nie dożyję ciepła, które zapewniała fura Radka.
Dobrej nocy.
czwartek, 21 stycznia 2010
ciiii... cyt...
Wreszcie zostałam sama. Pokój opustoszał. Ja piszę, rozmyślam, piszę, a Kazik śpi. Jest spokojnie, chyba na kształt spokoju przed burzą. Przynajmniej nie czuję tej presji dopasowywania się, która pojawia się wraz z Kimkolwiek, z tym, że nie można Komuś narzucić siebie, swoich pokręconych załamań i tej miny zbitego psa, która chyba przyrosła już do mojej twarzy. Słucham tylko jednej piosenki, na okrągło, od godziny, i nie zmienię repertuaru aż do wkroczenia do pokoju Kogoś, bez względu na to, Kto to będzie. Jest mi "dobrze", w porównaniu z tym, co działo się tej nocy, nieprzespanej zupełnie. Siedzenie do 5. 30 i połykanie łez to zajęcie niewdzięczne, ale chyba jedyne, w którym się spełniam i radzę sobie z nim bez problemu. Nie czuję się teraz dziwadłem i pokazowym obrazem klęski powojennej, sama między czterema białymi ścianami z tym całym martwym otoczeniem: książek, naczyń, ciuchów, pościeli...
Ciało boli mnie niesamowicie, a pani doktor nie ma - jest na tygodniowym urlopie zdrowotnym, więc muszę czekać na mój specyfik odpęcherzający... W sumie szkoda o tym pisać, bo tylko się wkurzam, że nie mogę wykupić leku za 8 zł - bo o zgrozo - nie mam recepty na niego ;/;/;/ Ehhh
Ale portret mnie, nie jest wymizerowany i lichy tylko ze względu na stan organizmu. Zżera mnie od środka smutek i pustka. Wszystko we mnie jest teraz trzciną na wietrze, kołyszącą się zgodnie z jego powiewem... Drży moja dusza, obnażona z wszelkich mechanizmów obronnych. Poryczałam się, ciągle powstrzymuję łzy. Ciągle staram się robić dobrą minę do złej gry - wtedy, gdy inni są obok mnie. Tylko przy Aneszce odsłoniłam moją ułomną przewrażliwość. Czasem tak jest.
Choć sama Aneszka przyznała, że w takim stanie mnie jeszcze nie widziała - jest to dla mnie miarodajny osąd. Muszę szybko znaleźć sposób, by nałożyć na twarz jakąś maskę, gdyż nie mam zbyt wielu sił, by powstrzymać się przed zupełną degradacją własnej osoby. To mnie rozrywa od środka. Czuję, że nie ma przede mną żadnej możliwości walki, nie marzę nawet o zwycięstwie.
Te wszystkie małe tropy, które prowadzą mnie niewiemgdzie, niewiemjak pokazują mi jak marne jest moje bycie, jak ja sama jestem zwichnięta. Rany ropieją, nie chcą się goić. A ja jeszcze sama je rozdrapuję wiem przecież jak to się robi. Czuję, że spadam w przepaść, popychana przez tę machinę, którą sama skonstruowałam.
Nie chce nic robić dla siebie. Żadnej odskoczni, żadnego odwracania uwagi, pozo tym blogiem, który pokochałam tak bardzo.
Chciałabym tylko znaleźć granicę między mną a światem, i nauczyć się zamykać siebie w pancerzu, tak, bym poza jego wnętrzem - była przynajmniej cywilizowana.
Milczę jak zaklęta. Chowam się pod koc, kołdrę, jak tylko mogę, szczelnie. Chciałabym wtopić się w ściany. Nie chcę jeść, pić, ubierać się nawet.
Wiem, że to, co mnie teraz ogarnia, co mnie pochłania to nie jest objaw jakichś zaburzeń ani chorób...
Ja tylko nigdy naprawdę nie nauczyłam się żyć, a teraz ta umiejętność jest niezbędna. A przecież nie mogę załatać tych dziur zadziorną miną, ponurym smutkiem.
Owszem, umiem się cieszyć. Owszem dostrzegam radość zaklętą w biegu chomika, wesołe obłoki i płatki się z nich sypiące też widzę. Cieszy mnie to, co dzieje się u bliskich. Ale tego szczęścia nie wystarcza mi dziś nawet na rękawiczki, by nie parzyły mnie pokrzywy i osty oszczerstw, krytyki, kompleksów.
Gdybym mogła - wyruszyłabym do Lipnicy. Na moje kochane pagórki, by uciszyć ból i choć częściowo rozsupłać poplątane myśli. By wreszcie wykrzyczeć wszystko, co mnie dusi, na głos, tak, by płynąc w dół - zabrało ze sobą ten stan, który tak bardzo destabilizuje moją codzienność. Zaszyć się w starej, opuszczonej chacie z piecem, gdzie tylko kawa i cukier zawsze czekają na strudzonego wędrowca... I tam - zlitować się nad bezsensem tego wszystkiego, o czym tu piszę. Z dala od świata, od miejsc i ludzi, którzy są świadkami mojego topienia się w wartkiej rzece planów, marzeń, pasji.
Poza tym? Młody jest już w szpitalu. Jutro operacja. Będzie dobrze! Ale i tak szkoda, że swoje ferie spędza sam w szpitalu, od jutra pozbawiony każdego intensywniejszego ruchu. I jedzenia, które tak lubi, też. Ale nic - za pół roku zapomni o tym epizodzie.
Ciało boli mnie niesamowicie, a pani doktor nie ma - jest na tygodniowym urlopie zdrowotnym, więc muszę czekać na mój specyfik odpęcherzający... W sumie szkoda o tym pisać, bo tylko się wkurzam, że nie mogę wykupić leku za 8 zł - bo o zgrozo - nie mam recepty na niego ;/;/;/ Ehhh
Ale portret mnie, nie jest wymizerowany i lichy tylko ze względu na stan organizmu. Zżera mnie od środka smutek i pustka. Wszystko we mnie jest teraz trzciną na wietrze, kołyszącą się zgodnie z jego powiewem... Drży moja dusza, obnażona z wszelkich mechanizmów obronnych. Poryczałam się, ciągle powstrzymuję łzy. Ciągle staram się robić dobrą minę do złej gry - wtedy, gdy inni są obok mnie. Tylko przy Aneszce odsłoniłam moją ułomną przewrażliwość. Czasem tak jest.
Choć sama Aneszka przyznała, że w takim stanie mnie jeszcze nie widziała - jest to dla mnie miarodajny osąd. Muszę szybko znaleźć sposób, by nałożyć na twarz jakąś maskę, gdyż nie mam zbyt wielu sił, by powstrzymać się przed zupełną degradacją własnej osoby. To mnie rozrywa od środka. Czuję, że nie ma przede mną żadnej możliwości walki, nie marzę nawet o zwycięstwie.
Te wszystkie małe tropy, które prowadzą mnie niewiemgdzie, niewiemjak pokazują mi jak marne jest moje bycie, jak ja sama jestem zwichnięta. Rany ropieją, nie chcą się goić. A ja jeszcze sama je rozdrapuję wiem przecież jak to się robi. Czuję, że spadam w przepaść, popychana przez tę machinę, którą sama skonstruowałam.
Nie chce nic robić dla siebie. Żadnej odskoczni, żadnego odwracania uwagi, pozo tym blogiem, który pokochałam tak bardzo.
Chciałabym tylko znaleźć granicę między mną a światem, i nauczyć się zamykać siebie w pancerzu, tak, bym poza jego wnętrzem - była przynajmniej cywilizowana.
Milczę jak zaklęta. Chowam się pod koc, kołdrę, jak tylko mogę, szczelnie. Chciałabym wtopić się w ściany. Nie chcę jeść, pić, ubierać się nawet.
Wiem, że to, co mnie teraz ogarnia, co mnie pochłania to nie jest objaw jakichś zaburzeń ani chorób...
Ja tylko nigdy naprawdę nie nauczyłam się żyć, a teraz ta umiejętność jest niezbędna. A przecież nie mogę załatać tych dziur zadziorną miną, ponurym smutkiem.
Owszem, umiem się cieszyć. Owszem dostrzegam radość zaklętą w biegu chomika, wesołe obłoki i płatki się z nich sypiące też widzę. Cieszy mnie to, co dzieje się u bliskich. Ale tego szczęścia nie wystarcza mi dziś nawet na rękawiczki, by nie parzyły mnie pokrzywy i osty oszczerstw, krytyki, kompleksów.
Gdybym mogła - wyruszyłabym do Lipnicy. Na moje kochane pagórki, by uciszyć ból i choć częściowo rozsupłać poplątane myśli. By wreszcie wykrzyczeć wszystko, co mnie dusi, na głos, tak, by płynąc w dół - zabrało ze sobą ten stan, który tak bardzo destabilizuje moją codzienność. Zaszyć się w starej, opuszczonej chacie z piecem, gdzie tylko kawa i cukier zawsze czekają na strudzonego wędrowca... I tam - zlitować się nad bezsensem tego wszystkiego, o czym tu piszę. Z dala od świata, od miejsc i ludzi, którzy są świadkami mojego topienia się w wartkiej rzece planów, marzeń, pasji.
Poza tym? Młody jest już w szpitalu. Jutro operacja. Będzie dobrze! Ale i tak szkoda, że swoje ferie spędza sam w szpitalu, od jutra pozbawiony każdego intensywniejszego ruchu. I jedzenia, które tak lubi, też. Ale nic - za pół roku zapomni o tym epizodzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



