Sobota kuśtykana, bo mi lewa stopa odmawia posłuszeństwa.
Tak już było, lata temu, więc niby się nie przejmuję. Ale utrudni mi to życie przez najbliższy tydzień.
Dzisiaj wielkie sprzątanie, bo:
* kiedyś trzeba było,
* ma mnie odwiedzić dziewczyna Matrixa :)
* muszę coś zdziałać fizycznie.
Zapach listów...
W notatniku kilka nazwisk opatrzonych wykrzyknikiem.
Adresy miejsc, których nigdy nie widziałam, których raczej nie zobaczę.
Koperty nie znają granic.
I ludzie, schowani za numerami domów, za nazwami ulic.
Ci, którzy czekają.
Wyszperana w sieci :)Nie znam donioślejszego uczucia niż to, kiedy zasiadam w cichości uczuć do czystych kartek, do kopert i znaczków, z piórem i pierwszym zdaniem w głowie. Zawsze na Boże Narodzenie. Zawsze, żeby coś podsumować, ale i zdradzić to, co ma się wydarzyć... Mętne myśli wyklarować w blasku lampki i patrzeć, jak zastygają w atramencie.
Mój świąteczny rytuał. Moje celebrowanie pewnego kręgu, który tak rzadko wydaje się pełnym i zamkniętym.
Mam szczęście. W pewnych kontekstach mam go więcej niż może się wydawać.
Wczoraj było ciężko, Soy, to nic nowego. Wczoraj poleciały łzy na czarną koszulę. Wczoraj. Kryzys kryzysu.
A dzisiaj jest dzisiaj.
W dodatku gra mi tym parapet i łóżko, i drzwi, i krzesło z przetartym siedziskiem:
Życzę Wam dobrej soboty, spoglądając na moje ptaszydła parapetowe...
Bo przecież czasem wszystko jest takie proste, tak mądrze i przyjemnie nie skomplikowane...