to dusi, co boli
to boli, co dusi...
tlen mi nie wystarcza
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
piątek, 5 listopada 2010
do domu
Za moment wychodzę na pociąg. Znów w drodze do domu. Zaczynam świrować: żeby tym razem było normalnie, cicho, bez sensacji i takich tam atrakcji, jak ostatnio... Wrrrrrr
Wczoraj przyszła do mnie Asiak. Pijąc herbatę, bawiąc się z Kaziem, gadałyśmy o pierdołach. No i Asiak stwierdziła, że moje życie nigdy nie będzie normalne - zawsze na huśtawce, rollercoaster, rzec by można (he he - ktoś nawet już mi to kiedyś napisał).
Więc moje obawy są chyba uzasadnione? ;)
Tylko, żeby nie było - nie narzekam. :))))
A poza tym - humor dopisuje.
Wczorajsze zwycięstwo Kolejorza to powód do dumy. Pokazali chłopaki klasę ;) A ja to przegapiłam, gapa ze mnie jedna! Od wczoraj mówi się tylko o wyczynie Lecha. Na znak radości alkohol płynął strumieniem po korytarzu IV piętra (dosłownie, bo się jakaś flaszka zbiła).
Przy okazji - zasnęłam szybciutko, bo muzyka przedzierała się z korytarza do pokoju :)
No i tyle.
Pakuję się i zmykam.
Wczoraj przyszła do mnie Asiak. Pijąc herbatę, bawiąc się z Kaziem, gadałyśmy o pierdołach. No i Asiak stwierdziła, że moje życie nigdy nie będzie normalne - zawsze na huśtawce, rollercoaster, rzec by można (he he - ktoś nawet już mi to kiedyś napisał).
Więc moje obawy są chyba uzasadnione? ;)
Tylko, żeby nie było - nie narzekam. :))))
A poza tym - humor dopisuje.
Wczorajsze zwycięstwo Kolejorza to powód do dumy. Pokazali chłopaki klasę ;) A ja to przegapiłam, gapa ze mnie jedna! Od wczoraj mówi się tylko o wyczynie Lecha. Na znak radości alkohol płynął strumieniem po korytarzu IV piętra (dosłownie, bo się jakaś flaszka zbiła).
Przy okazji - zasnęłam szybciutko, bo muzyka przedzierała się z korytarza do pokoju :)
No i tyle.
Pakuję się i zmykam.
czwartek, 4 listopada 2010
wieczornie już
czasem więcej można wyśpiewać, niż wypisać
zamknąć w dźwiękach, to co niewypowiedzialne
umuzycznić ducha
i głosem rozebrać do nagości, do bezwstydu
by przestąpić granicę zachwytu milczeniem lub łzami
jeśli na świecie istnieje coś idealnego - to musi być muzyka...
zamknąć w dźwiękach, to co niewypowiedzialne
umuzycznić ducha
i głosem rozebrać do nagości, do bezwstydu
by przestąpić granicę zachwytu milczeniem lub łzami
jeśli na świecie istnieje coś idealnego - to musi być muzyka...
sen, Łoś, Józek...
Porannie, ale cóż - warto odnotować.
A było to tak: wlazło na Czesia wieczorne rozdrażnienie, bo się taki jeden Łoś(!) nie odzywa i moja skłonność do pisania w myślach czarnych scenariuszy wzięła górę nad rozsądkiem. Akcja: może coś mu się stało, może zachorzał, może inne nieszczęścia i plagi nie-egipskie?
I proszę. Efektem okazała się pierwszorzędna bezsenność; ta, której nie znoszę.
Idea: na trudne pytania powinny padać najprostsze odpowiedzi, doprowadziła mnie do wniosku, że skoro sama nie usnę, a nie mogę ukołysać się muzyką (żeby Julki nie obudzić), to muszę zastosować fortel towarzyski.
Po praktycznie trzech latach separacji Józek powrócił do mojego łóżka, wciśnięty gdzieś między moją twarz, ramiona i szyję (bo ja w dość duży poplątaniu własnym sypiam), przytulony, przytłoczony, mój.
W gwoli ścisłości, żeby niedopowiedzeń nie było - Józek to zielony miś koala, darowany mi na etapie bycia przeze mnie trzymiesięcznym berbeciem...
I tak, przez jakieś 19 lat sypiałam z nim noc w noc i nie było innej możliwości. Jeździł ze mną wszędzie i zawsze. Najśmieszniejsze były trasy: dom-internat, internat-dom. Z resztą dopiero w internacie nadałam zielonemu koali imię... Mniej więcej w tym samym czasie Brat mój Młodszejszy, słodko zwany Subkulturą, postanowił przerobić Józka na wampira i paskudnym fioletem namalował wokół jego oczu aureolki.
Tyle w ramach charakterystyki.
Gdy w moim życiu pojawił się ByłyOn Józek poszedł w odstawkę, zgodnie z naturalnym rozwojem sytuacji między ByłymNim a mną ;)
Aż do tej nocy.
Triumfalny powrót - zasnęłam po chwili.
Ps. Nie znoszę zamartwiania się.
Ps. 2. Julka rozkosznie mruczy przez sen :)
Ps. 3. W ramach zaczarowywania dnia na dobrą modłę słucham nagrania Cre(w)mastera: http://paramediconboard.blogspot.com/2010/03/pocztowka.html
środa, 3 listopada 2010
prosta matematyka...
Lekcje matematyki...
Pamiętacie? Te podstawówkowe. Pierwsze. Skomplikowane mniej, niż bardziej. Siadywało się grzecznie, koniecznie z plecami wyprostowanymi i patrzyło na panią, co to przy tablicy kreśliła kredą cyferki w powietrzu, strojąc groźne miny, bo sobie w sklepie z pieniążkami nie poradzimy bez tej jej całej liczbologii.
Pamiętam nawet etap liczydła, które wyszło z użycia jeszcze w przedszkolu, lecz pani z podstawówki udawała, że o tym nie wie i przesuwaliśmy żmudnie/ nudnie koralik za koralikiem (swoją drogą miałam najohydniejsze liczydło ze wszystkich dzieciaków - wkomponowane w różowego słonia z paciorkami zielonymi i białymi - brrrrrrr na samo wspomnienie tegoż kompromitującego przyrządu tortur).
A dziś? Matematyka stosowana, czyli studencie - byle do kieszonkowego - bywa bardzo prosta. Dycha musi być odłożona zawsze i wciąż na bilet do domku (dobrze, że dycha, a nie dych 6 np.), pozostałe złocisze mają starczyć na prowiant i inny niezbędny ekwipunek życiowy.
A złociszów jest dajmy na to 40. No, niech będzie 50. Bez szaleństw.
W praktyce: płyta w Empiku to bite 40 zł, książka utrzymuje się na podobnym poziomie, kino to połowa kasy właściwie, o teatrze czy operze nawet się nie marzy.
Ukulturalnianie się kosztuje.
Do tego dochodzi kwestia czy chcemy cusia polskiego zrodzenia, czy też zagramniczne objawienie nam w głowie, bo zagramniczne oczywiście droższe.
No i czy chodzi o coś z wyższej półki, czy też o prostą rozrywkę.
Ale nie tylko ukulturalnianie.
Zima jest. Więc...
Trzeba i z garderobą pogadać poważniej, szczerzej i cieplej, żeby potem na dworcu PKP nie zostawić kończyn poodpadanych/ poodmrażanych. I dalej: żeby znów nie nabijać kasy aptekom, nie wyczerpywać limitów lekarzom itd. Wszystko ma tutaj swoje ekonomiczne konsekwencje, niestety.
Filozofia znacznie trudniejsza jest od matematyki.
Filozofia stosowana.
I tak Cześ stanął dziś przed wyborem: wymarzona płyta (jedna z przynajmniej 4, co to je mieć kcęęęęęę i o ich posiadaniu marzę od dość dawna), sweterek na zimowe mrozy (bo przecena) lub jedzenie w ramach dbania o organizm.
Co wybrałam - zostawiam sobie, bo mogę zginąć po wyjawieniu ;)
Myślę sobie jednak, że mechanizm tego wszystkiego chory jest.
Studenci powinni mieć możliwość normalnego czerpania ze źródeł kultury.
Ale nie tylko.
Bo w czym lepszy student od emeryta?!
Płyty/ muzyka to droga impreza - więc piratujemy. Kino - drogie, czyli znów piractwo wysokich lotów (żeby kopia dobra była, a nie kinówka, z fotela na sali i śmiechem dzieciarni w roli soundtracku). Książki - co się da - na darmowych eBookach, a jak nie - "chomik" też daje pole manewru (ale Kaź nie ma z tym nic wspólnego, na szczęście).
Więc musi się to kręcić nielegalnie, bo na legalność i uczciwość nas przeważnie po prostu nie stać.
Oryginał zawsze będzie bardziej pożądany, ale przecież trzeba też jeść, ubierać się itd.
No i macie. Pomądrzyłam się oczywistościami. Ale taki dzień. :)
Miłego wieczoru, do którego proponuję Wam takie tło muzyczne - ja przez cały dzień mruczę z Tym Panem :
Pamiętacie? Te podstawówkowe. Pierwsze. Skomplikowane mniej, niż bardziej. Siadywało się grzecznie, koniecznie z plecami wyprostowanymi i patrzyło na panią, co to przy tablicy kreśliła kredą cyferki w powietrzu, strojąc groźne miny, bo sobie w sklepie z pieniążkami nie poradzimy bez tej jej całej liczbologii.
Pamiętam nawet etap liczydła, które wyszło z użycia jeszcze w przedszkolu, lecz pani z podstawówki udawała, że o tym nie wie i przesuwaliśmy żmudnie/ nudnie koralik za koralikiem (swoją drogą miałam najohydniejsze liczydło ze wszystkich dzieciaków - wkomponowane w różowego słonia z paciorkami zielonymi i białymi - brrrrrrr na samo wspomnienie tegoż kompromitującego przyrządu tortur).
A dziś? Matematyka stosowana, czyli studencie - byle do kieszonkowego - bywa bardzo prosta. Dycha musi być odłożona zawsze i wciąż na bilet do domku (dobrze, że dycha, a nie dych 6 np.), pozostałe złocisze mają starczyć na prowiant i inny niezbędny ekwipunek życiowy.
A złociszów jest dajmy na to 40. No, niech będzie 50. Bez szaleństw.
W praktyce: płyta w Empiku to bite 40 zł, książka utrzymuje się na podobnym poziomie, kino to połowa kasy właściwie, o teatrze czy operze nawet się nie marzy.
Ukulturalnianie się kosztuje.
Do tego dochodzi kwestia czy chcemy cusia polskiego zrodzenia, czy też zagramniczne objawienie nam w głowie, bo zagramniczne oczywiście droższe.
No i czy chodzi o coś z wyższej półki, czy też o prostą rozrywkę.
Ale nie tylko ukulturalnianie.
Zima jest. Więc...
Trzeba i z garderobą pogadać poważniej, szczerzej i cieplej, żeby potem na dworcu PKP nie zostawić kończyn poodpadanych/ poodmrażanych. I dalej: żeby znów nie nabijać kasy aptekom, nie wyczerpywać limitów lekarzom itd. Wszystko ma tutaj swoje ekonomiczne konsekwencje, niestety.
Filozofia znacznie trudniejsza jest od matematyki.
Filozofia stosowana.
I tak Cześ stanął dziś przed wyborem: wymarzona płyta (jedna z przynajmniej 4, co to je mieć kcęęęęęę i o ich posiadaniu marzę od dość dawna), sweterek na zimowe mrozy (bo przecena) lub jedzenie w ramach dbania o organizm.
Co wybrałam - zostawiam sobie, bo mogę zginąć po wyjawieniu ;)
Myślę sobie jednak, że mechanizm tego wszystkiego chory jest.
Studenci powinni mieć możliwość normalnego czerpania ze źródeł kultury.
Ale nie tylko.
Bo w czym lepszy student od emeryta?!
Płyty/ muzyka to droga impreza - więc piratujemy. Kino - drogie, czyli znów piractwo wysokich lotów (żeby kopia dobra była, a nie kinówka, z fotela na sali i śmiechem dzieciarni w roli soundtracku). Książki - co się da - na darmowych eBookach, a jak nie - "chomik" też daje pole manewru (ale Kaź nie ma z tym nic wspólnego, na szczęście).
Więc musi się to kręcić nielegalnie, bo na legalność i uczciwość nas przeważnie po prostu nie stać.
Oryginał zawsze będzie bardziej pożądany, ale przecież trzeba też jeść, ubierać się itd.
No i macie. Pomądrzyłam się oczywistościami. Ale taki dzień. :)
Miłego wieczoru, do którego proponuję Wam takie tło muzyczne - ja przez cały dzień mruczę z Tym Panem :
wtorek, 2 listopada 2010
Poznań
Wszędzie dobrze, ale z dala od problemów najlepiej...
Stara prawda.
Czyli co? Dahab?
Jest i taka możliwość, ale trzeba wykazać się byciem personą nietuzinkową...
Może być problem, bo jak po imieniu i nazwisku napiszę vel Cześ, to... ktoś będzie miał ubaw :)
Szukam i szukam.
Nawet tam. Czemu nie ;)
(Mam pewien wzorzec, ciut feministyczny, w tym moim szukaniu, ale nie dajmy się zwariować; to, że innej Kobiecie się powiodło, nie znaczy, że i ja będę umiała tak żyć - choć szczerze - chciałabym. Wielkie ukłony).
Poznań.
Wieczór mija monotonnie.
Aneszek z Johnnym, Eks włączył pocztę.
Zostałam z moimi myślami.
Drogi ewakuacji odcięte.
A ja nieustannie pragnę uciec...
Mała ja.
Chwilowo niestabilnie mi.
Stara prawda.
Czyli co? Dahab?
Jest i taka możliwość, ale trzeba wykazać się byciem personą nietuzinkową...
Może być problem, bo jak po imieniu i nazwisku napiszę vel Cześ, to... ktoś będzie miał ubaw :)
Szukam i szukam.
Nawet tam. Czemu nie ;)
(Mam pewien wzorzec, ciut feministyczny, w tym moim szukaniu, ale nie dajmy się zwariować; to, że innej Kobiecie się powiodło, nie znaczy, że i ja będę umiała tak żyć - choć szczerze - chciałabym. Wielkie ukłony).
Poznań.
Wieczór mija monotonnie.
Aneszek z Johnnym, Eks włączył pocztę.
Zostałam z moimi myślami.
Drogi ewakuacji odcięte.
A ja nieustannie pragnę uciec...
Mała ja.
Chwilowo niestabilnie mi.
poniedziałek, 1 listopada 2010
między palcami
Słowa. Wszystko to słowa, które płyną lub grzęzną na koniuszkach palców.
Dziś - grzęzną, między palcami.
Usiłuję się na czymś skoncentrować, pewnie dlatego zasiadłam do pisania posta.
Tylko o czym?
O kilku godzinach na cmentarzu, o tym, że nie byłam postawić świeczki u Wojcieszka, o kazaniu z Anną Jantar, jako wzorem cnót wszelakich, w tle? A może o tym, że wyjątkowo piękna była pogoda, dzieciaki dokazywały między grobami z kolorowymi liśćmi, a ja mogłam w spokoju myśleć o wszystkim i niczym, zamiast wysłuchiwać o potrzebach nie-mojej-parafii?
Przecież to banalne.
Jovan cicho pochrapuje na łóżku, Subkultura pojechał do szkoły, Rodziciele kochani debatują o czymś w kuchni.
A mnie ten świat przestaje dotyczyć.
Jutro wracam do siebie, do Poznania, który powoli przestaje być ostoją. Który ostatnio idzie obok mnie, a ja chyba nie umiem już dotrzymywać mu tego kroku marszowego. Miasto- etap życia, garść doświadczeń, miliony emocji lżejszych i cięższych, ludzie przed którymi uciekałam i do których dążyłam jednocześnie... Uczyłam się na chodnikach, na obdrapanych podwórkach - schematy codzienności, schematy codziennego Czesia, rzadziej Malutkiej.
I wreszcie. Czas szukać nowej oazy.
U mnie wszystko zawsze trwa krótki moment. (No, może poza miłością - każda z nich we mnie siedzi, mimo wyraźnie zarysowanych początków i końców).
Zbieram pomysły. Szukam sposobu na kolejną wyprawę. Na następny etap. Przygotowuję czas, jakbym chciała wymościć w nim miejsce na szczęście. Naprawdę zaczynam wierzyć, że tak się da.
I ciągle trzeba mnie oswajać ze światem, z nowym, z życiem, z możliwościami, z mną samą...
Dlatego potrzebuję mojego wędrowania - by obłaskawiać to, co obce, to czego się boję, to, co mnie fascynuje. Żeby nie stać z boku. Żeby wreszcie przestać być obserwatorem.
No, i mówiłam, że grzęzną mi dziś słowa między palcami. I czas też.
Dobrego wieczoru!
Dziś - grzęzną, między palcami.
Usiłuję się na czymś skoncentrować, pewnie dlatego zasiadłam do pisania posta.
Tylko o czym?
O kilku godzinach na cmentarzu, o tym, że nie byłam postawić świeczki u Wojcieszka, o kazaniu z Anną Jantar, jako wzorem cnót wszelakich, w tle? A może o tym, że wyjątkowo piękna była pogoda, dzieciaki dokazywały między grobami z kolorowymi liśćmi, a ja mogłam w spokoju myśleć o wszystkim i niczym, zamiast wysłuchiwać o potrzebach nie-mojej-parafii?
Przecież to banalne.
Jovan cicho pochrapuje na łóżku, Subkultura pojechał do szkoły, Rodziciele kochani debatują o czymś w kuchni.
A mnie ten świat przestaje dotyczyć.
Jutro wracam do siebie, do Poznania, który powoli przestaje być ostoją. Który ostatnio idzie obok mnie, a ja chyba nie umiem już dotrzymywać mu tego kroku marszowego. Miasto- etap życia, garść doświadczeń, miliony emocji lżejszych i cięższych, ludzie przed którymi uciekałam i do których dążyłam jednocześnie... Uczyłam się na chodnikach, na obdrapanych podwórkach - schematy codzienności, schematy codziennego Czesia, rzadziej Malutkiej.
I wreszcie. Czas szukać nowej oazy.
U mnie wszystko zawsze trwa krótki moment. (No, może poza miłością - każda z nich we mnie siedzi, mimo wyraźnie zarysowanych początków i końców).
Zbieram pomysły. Szukam sposobu na kolejną wyprawę. Na następny etap. Przygotowuję czas, jakbym chciała wymościć w nim miejsce na szczęście. Naprawdę zaczynam wierzyć, że tak się da.
I ciągle trzeba mnie oswajać ze światem, z nowym, z życiem, z możliwościami, z mną samą...
Dlatego potrzebuję mojego wędrowania - by obłaskawiać to, co obce, to czego się boję, to, co mnie fascynuje. Żeby nie stać z boku. Żeby wreszcie przestać być obserwatorem.
No, i mówiłam, że grzęzną mi dziś słowa między palcami. I czas też.
Dobrego wieczoru!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




