A dzisiaj będzie najważniejsza wojna w moim życiu.
Kiedyś muszą mi dać spokój i pozwolić żyć wedle mojego scenariusza. Jeśli nie pogodzą się z tym dzisiaj, to będą mieli problem, a ja wrócę do Poznania z prędkością światła. Nikt nie będzie cierpiał za to, żeby u mnie w domu był spokój, za to, żeby w okolicy nie huczało od plotek. I mam gdzieś kolejny szantaż pod tytułem: "bo tacie się coś stanie i wtedy zobaczysz". Jak tata wreszcie pójdzie do lekarza, to go z tego wyleczą i nie będzie reagował stanem przedzawałowym na każdą moją decyzję, z którą się nie zgadza i której nie rozumie.
Napisałam.
I fakt: jestem zuch- dziewczynka. I twardy ze mnie Czesiek. ;)
Ps. Kurcze...
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
sobota, 8 maja 2010
piątek, 7 maja 2010
:(
To nie był dzień i wieczór Czesia.
Smutny, podły dzień. Padało na dworze/polu. Padało w środku paru ludzi.
Przerosły mnie problemy. Przerosły mnie oczekiwania. Dorosłość jest do dupy...
Na szczęście ona jest bezpieczna.
A im wszystkim w tyłki nakopię, gdy zajdzie taka potrzeba.
W domu... wydaje im się, że mam robić to, co chcą, i jak chcą. A tak się nie da. Świat się zmienił.
Smutny, podły dzień. Padało na dworze/polu. Padało w środku paru ludzi.
Przerosły mnie problemy. Przerosły mnie oczekiwania. Dorosłość jest do dupy...
Na szczęście ona jest bezpieczna.
A im wszystkim w tyłki nakopię, gdy zajdzie taka potrzeba.
W domu... wydaje im się, że mam robić to, co chcą, i jak chcą. A tak się nie da. Świat się zmienił.
Babskie picie, w skrócie wielgachnymmmmm...
W głowie mam właśnie tak :
Cześ wypił sobie niegrzecznie flaszeczkę z Izz i mu, znaczy mi, znaczy Malutkiej, lekko odfruwa świat, ale w takim odlocie od razu kolorowiej ;)
Między Bugiem a prawdą, takie widoki to ja mam w Czesiu i bez pićku wyskokowego.
Maki przemawiają do mnie zawsze, bez względu na porę dnia czy nocy. I jakoś mi się tak ładnie kojarzą, z wakacjami, latem, beztroską. Tyle, że wprowadzają jakąś taką nastrojowość ulotną, nienamacalną. Sycą kolorem. A chabry? Oczy tej małej, jak dwa błękity... :)
A tak na poważnie, czemu z niektórymi wódeczka jest lodołamaczem, mimo, że znamy się od... no, dłuższego czasu? Strasznie to denerwujące, że na trzeźwo nie da się powiedzieć tylu rzeczy... Że dopiero przy butelczynie otwiera się wielkie zamknięcie, uchodzi ciśnienie, i można powiedzieć: "ja" oder "nicht". I czemu częściej pada ciężkozbrojne "nicht"???
Ps. I czemu ja jestem trzeźwa nadal? Po tej ilości? A może nie jestem?! :D :D :D
Cześ wypił sobie niegrzecznie flaszeczkę z Izz i mu, znaczy mi, znaczy Malutkiej, lekko odfruwa świat, ale w takim odlocie od razu kolorowiej ;)
Między Bugiem a prawdą, takie widoki to ja mam w Czesiu i bez pićku wyskokowego.
Maki przemawiają do mnie zawsze, bez względu na porę dnia czy nocy. I jakoś mi się tak ładnie kojarzą, z wakacjami, latem, beztroską. Tyle, że wprowadzają jakąś taką nastrojowość ulotną, nienamacalną. Sycą kolorem. A chabry? Oczy tej małej, jak dwa błękity... :)
A tak na poważnie, czemu z niektórymi wódeczka jest lodołamaczem, mimo, że znamy się od... no, dłuższego czasu? Strasznie to denerwujące, że na trzeźwo nie da się powiedzieć tylu rzeczy... Że dopiero przy butelczynie otwiera się wielkie zamknięcie, uchodzi ciśnienie, i można powiedzieć: "ja" oder "nicht". I czemu częściej pada ciężkozbrojne "nicht"???
Ps. I czemu ja jestem trzeźwa nadal? Po tej ilości? A może nie jestem?! :D :D :D
środa, 5 maja 2010
dziwadło
że życie moje jak bombonierka, już pisałam
że życie moje jak białe zeszyty, co się zapisywać zaczęły teraz dopiero - to można było między słowami odnaleźć
a dzisiaj?
dzisiaj udowodniłam sobie, że mogę być taka, jak lubię ;)
najpierw wybawiłam się w szpitalu, bo wuj miał konsultację; nawet przez blok operacyjny czmychnęłam cichcem
potem sytuacja jak z filmu: na korytarzu stał sobie tak po prostu mój ByłyOn, wrócił ze Słupska, a ja mało zawału nie dostałam z zaskoczenia; przespacerowaliśmy korytarzem ze 2 razy i zahaczyliśmy o kawę w 418, którą piła również Aneszka, Piotrek wolał herbatę
teraz - po dużej porcji kojącego skołatane nerwy napoju mlecznego o smaku czekolady, myślę o przewrotności życia i czuję się jak całe wesołe miasteczko z tymi diabelskimi młynami.
postanowiłam pójść z prądem - co ma być, to będzie. nie chcę podejmować żadnych decyzji - chcę, żeby decyzje podejmowały się niezależnie ode mnie, tak, żeby stawiały mnie przed faktem dokonanym. bo po co robić coś wbrew sobie? ;) ;) ;)
nie wiem, czy ktokolwiek zrozumie cokolwiek z tego posta. jeśli nie - wybaczcie. Cześ to jednak Cześ, nic w jego wykonaniu nie może być normalne ;)
co nie zmienia faktu, że Cześ nadal szczęśliwy i radosny, choć bardziej skodowany dzisiaj. a czemu tak? - bladego pojęcia nie mam.
miłego wieczoru. jak chcecie - podśpiewajcie z innym wielkim, cudnym Cześkiem:
że życie moje jak białe zeszyty, co się zapisywać zaczęły teraz dopiero - to można było między słowami odnaleźć
a dzisiaj?
dzisiaj udowodniłam sobie, że mogę być taka, jak lubię ;)
najpierw wybawiłam się w szpitalu, bo wuj miał konsultację; nawet przez blok operacyjny czmychnęłam cichcem
potem sytuacja jak z filmu: na korytarzu stał sobie tak po prostu mój ByłyOn, wrócił ze Słupska, a ja mało zawału nie dostałam z zaskoczenia; przespacerowaliśmy korytarzem ze 2 razy i zahaczyliśmy o kawę w 418, którą piła również Aneszka, Piotrek wolał herbatę
teraz - po dużej porcji kojącego skołatane nerwy napoju mlecznego o smaku czekolady, myślę o przewrotności życia i czuję się jak całe wesołe miasteczko z tymi diabelskimi młynami.
postanowiłam pójść z prądem - co ma być, to będzie. nie chcę podejmować żadnych decyzji - chcę, żeby decyzje podejmowały się niezależnie ode mnie, tak, żeby stawiały mnie przed faktem dokonanym. bo po co robić coś wbrew sobie? ;) ;) ;)
nie wiem, czy ktokolwiek zrozumie cokolwiek z tego posta. jeśli nie - wybaczcie. Cześ to jednak Cześ, nic w jego wykonaniu nie może być normalne ;)
co nie zmienia faktu, że Cześ nadal szczęśliwy i radosny, choć bardziej skodowany dzisiaj. a czemu tak? - bladego pojęcia nie mam.
miłego wieczoru. jak chcecie - podśpiewajcie z innym wielkim, cudnym Cześkiem:
niedziela, 2 maja 2010
Rzeczowo jakby ;)
Słowem wstępu: dzisiaj nie będę przebierać w słownictwie, bo nie sposób, jeśli realia mam oddać tutejsze, akademikowe - tylko oryginalna wymowa miejsce tutaj mieć może, bo jeśli choć ciut spuszczę z tonu - niewypał Państwu zaserwuję, a nie o to mi przeca chodzi ;) Z góry więc za wulgaryzmy konieczne przepraszam.
Post ten zainspirowany został wydarzeniami prawdziwymi z dnia wczorajszego, które działy się w moim DSie kochanym...
Pytanie jedno, proste i bardzo konkretne. Dla załagodzenie sytuacji dodać muszę, że pojęcie to odnosi się do rzeczy, a nie osoby, więc uffff, można zetrzeć pot, co nerwowo czoło zrosił...
Struktury akademickiego bytowania socjalnego są proste- na jedno piętro przypada: jedna kuchnia, dwa pomieszczenia z czterema kabinami prysznicowymi w każdym, dwa pomieszczenia z czterema toaletami w każdym i...
JEDNA PRALNIA Z CZTEREMA PRALKAMI na caluśki śliczny, przepchany akademik.
Ludzi jak mrówków: swoi, nie swoi, spoza i zupełnie obcy. Jakieś 400 osób (granica błędu raczej niewielka). I dalej.
Każdy pokój ma prawo wpisać się na grafik, co by sobie wyprać to i owo, dwukrotnie w przeciągu tygodnia. Grafik wywiesza portier lub portierka (w zależności od tego, kto zacz na zmianie) w każdy poniedziałek punkt 15. I tutaj pojawiają się schody...
Jedno piętro - jedna pralka. Jedno pranie to 3 godziny. Prać można od godziny 6 do 24, czyli w przeliczeniu: dziennie możliwe jest 6 prań. Tygodniowo: 42.
Wygląda to nieźle, prawda?
Nic bardziej mylnego. Ja już nawet pomijam fakt, że od dwóch tygodni mi się na grafik nie udało zapisać (i wtedy stara metoda obowiązuje: micha, płyn do ręcznego i wio łapkami wszystko do czystości doprowadzać), bo albo byłam na uczelni, albo na mieście i żadna pora, dla mnie możliwa, wolna nie była, ale... Jedźmy dalej i nie dramatyzujmy, na miłość Czesia własną, a bezbrzeżną jak wszechświat.
Izz miała wczoraj pranie na godz. 15 (świątek, piątek czy niedziela - bez różnicy, bo to cud i święto w hierarchii akademickiej najwyższe).
Później się okazało, że po niej pralkę piętra nr 4 przejąć mieli sąsiedzi Izz uroczy (uwielbiam chłopaków: Kubę za śpiew cudny, Tomka za to, że zawsze ma filmów stertę na podorędziu, Daniela... za wczoraj - ale to dopiero doczytacie).
Jako, że Izz miała wczoraj ciuchów niedużo zgadałyśmy się, że razem zrobimy 3 prania najistotniejsze, potem ja ze dwa (jeśli czas pozwoli) i chłopakom kluczyk przekażemy.
Że życie moje ostatnio jest jak pudełko czekoladek i bladego pojęcia nie mam jaki smak w kolejnej - i z praniem mogą być jaja jak berety...
Pranie wspólne zostało ukończone, brałam się za przygotowanie tych moich rzeczy, które na kolejne rzuty planowałam. Do pokoju wpadł Daniel uradowany, że mam pranie:
- Czesiek, wypierzesz mi 2 koszule, 3 podkoszulki i jakieś jeansy ze swoim, bo Izz mówiła, że teraz Ty w pralni rządzisz.
- Jasne, jeśli się wszystko zmieści, tylko jeszcze ustalę z tymi, co po mnie, że im 10 minut skradnę niecnie.
- To ja mykam po ciuchy.
I luz - od zawsze wiadomo, że akademik to komuna wielka: wspólne jadło w lodówce, książki na całym piętrze, czasem nawet łóżko ;)
Po zapełnieniu pralki, spojrzałam na grafik i szok: godz. 18- 24: pokój 429. Noż by go kaczka, ten, teges - przecież to Daniela pokój...
- Daniel, teraz yyy... ty masz pranie.
- Ja? Żartujesz?
- Nie, a to znaczy, że robię sobie jeszcze kilka rundek do pralni, a Ty mi dorzucisz ciuchy.
No i git, gitara i kaloszki ;) Tyle, że padł wreszcie osławiony tekst:
- A do którego wrzucisz moje gatki? Co?
- Yyyyyy - zmieszania swego oddać nie potrafię
- No co? Przecież jak idę pod prysznic, to tam wasze majtki wśród reszty fatałaszków się suszą i afery z tego nie robię
- ...
I tutaj przechodzimy do meritum.
Zazwyczaj jedna na 6 pokoi, oczywiście własność studenta, z co szóstego pokoju.
Tak się szczęśliwie składa, że Cześ posiada jedną sztukę na wyłączność, z Aneszkiem oczywiście ;) Tyle, że... no tak w zeszłym tygodniu pożyczał ją od nas Człowiek, od niego powędrowała do Wielkiego Wojtka, potem miała chyba Maja i wczoraj... za cholerę nie szło cudu techniki zlokalizować. Po mniej więcej pół godzinie śledztwa, zguba znalazła się, w stanie idealnym.
Toż już wiecie czym jest dziwka akademicka. Ktoś wpadł na to?
Gdy już grzecznie ustawiłam sobie własność pod pokojem, celem porozwieszania tego i owego, naszła mnie myśl, że przecież prania będzie więcej, a perspektywa sznura przez cały pokój to ostatnie o czym marzyłam...
No więc - komu w drogę temu trampki. Byłam u większości: Girgusia, Kasiek, Chudej Anki, nawet u Turczynek, aż mi się pomysły skończyły... Szczęśliwym jednak trafem wleciał w krótkie odwiedziny Boski, który to udzielił mi informacji: : szukaj w 434 lub u Alego...
Kolejna wyprawa.
434 zamknięte na 32 spusty albo 40 i 4, sama już nie wiem. Ale u Alego słychać: open. Wchodzę i czuję, jak niemoc na mnie spływa. Dwóch nieznajomych, którzy... only po angielsku szprechają, z czym ja akurat średnio sobie radzę. Wyjątkiem jest Ali - z nim dogadam się zawsze... So, sorry guyss. I kaszana.
Już drzwi miałam zamykać, gdy wpadł na mnie Ali:
- Palina, how are yoy?
- Ali, i need yyy, drier, no wiesz, suszarki na pranie, kurcze...
- Ok, Palina, mam, so one moment, oo, prosze.
- Dzięki ;))))))))))
I znów do wyjścia się zbierałam, dzierżąc w łapkach upragnioną suszarkę, gdy rozległo się puk-puk. Jeszcze przez zamknięte drzwi:
- Ali. Dasz suszarkę?
Myślę sobie, znam głos... Pół sekundy później: no przecież to Grzech z 2 piętra...
- Y, sorry, Palina była first.
- Fuck, fuck, fuck...
- Moge pożyczyć ci linkę, to sobie w pokoju jakoś doorganizujesz, ale suszarkę porywam - rzekłam nieśmiało.
- Nie, dzięki, też mam jakiś sznurek.
Zwycięstwo starej zasady: kto pierwszy ten lepszy. A swoją drogą nigdy na piętrach innych niż moje nie szukałam... Ale widać sytuacja niżej jest gorsza niż u nas, na 4 poziomie ;)
Tym sposobem pranie się dokonało, przy wielu wybrykach udało się je po ludzku wysuszyć.
I tylko nigdy nie wierzcie studentom, kiedy mówią, że najbardziej to trzeba lodówkę czymś zapełnić. Najważniejsze to mieć na czas suszarkę...
Tak sobie myślę, że może ja cosik nowego do bloga wprowadzę, żeby luki zbyt wielkiej po smętach wcześniejszych nie było? Może więcej o akademiku będzie, bo i pisać jest o czym i tematów sporo? Ehhh, dylemata to straszne ;) ;) ;)
Spokojnego wieczoru i dobrej nocy
życzy Cześ
Post ten zainspirowany został wydarzeniami prawdziwymi z dnia wczorajszego, które działy się w moim DSie kochanym...
CZYM JEST DZIWKA AKADEMICKA?
Pytanie jedno, proste i bardzo konkretne. Dla załagodzenie sytuacji dodać muszę, że pojęcie to odnosi się do rzeczy, a nie osoby, więc uffff, można zetrzeć pot, co nerwowo czoło zrosił...
Struktury akademickiego bytowania socjalnego są proste- na jedno piętro przypada: jedna kuchnia, dwa pomieszczenia z czterema kabinami prysznicowymi w każdym, dwa pomieszczenia z czterema toaletami w każdym i...
JEDNA PRALNIA Z CZTEREMA PRALKAMI na caluśki śliczny, przepchany akademik.
Ludzi jak mrówków: swoi, nie swoi, spoza i zupełnie obcy. Jakieś 400 osób (granica błędu raczej niewielka). I dalej.
Każdy pokój ma prawo wpisać się na grafik, co by sobie wyprać to i owo, dwukrotnie w przeciągu tygodnia. Grafik wywiesza portier lub portierka (w zależności od tego, kto zacz na zmianie) w każdy poniedziałek punkt 15. I tutaj pojawiają się schody...
Jedno piętro - jedna pralka. Jedno pranie to 3 godziny. Prać można od godziny 6 do 24, czyli w przeliczeniu: dziennie możliwe jest 6 prań. Tygodniowo: 42.
Wygląda to nieźle, prawda?
Nic bardziej mylnego. Ja już nawet pomijam fakt, że od dwóch tygodni mi się na grafik nie udało zapisać (i wtedy stara metoda obowiązuje: micha, płyn do ręcznego i wio łapkami wszystko do czystości doprowadzać), bo albo byłam na uczelni, albo na mieście i żadna pora, dla mnie możliwa, wolna nie była, ale... Jedźmy dalej i nie dramatyzujmy, na miłość Czesia własną, a bezbrzeżną jak wszechświat.
Izz miała wczoraj pranie na godz. 15 (świątek, piątek czy niedziela - bez różnicy, bo to cud i święto w hierarchii akademickiej najwyższe).
Później się okazało, że po niej pralkę piętra nr 4 przejąć mieli sąsiedzi Izz uroczy (uwielbiam chłopaków: Kubę za śpiew cudny, Tomka za to, że zawsze ma filmów stertę na podorędziu, Daniela... za wczoraj - ale to dopiero doczytacie).
Jako, że Izz miała wczoraj ciuchów niedużo zgadałyśmy się, że razem zrobimy 3 prania najistotniejsze, potem ja ze dwa (jeśli czas pozwoli) i chłopakom kluczyk przekażemy.
Że życie moje ostatnio jest jak pudełko czekoladek i bladego pojęcia nie mam jaki smak w kolejnej - i z praniem mogą być jaja jak berety...
Pranie wspólne zostało ukończone, brałam się za przygotowanie tych moich rzeczy, które na kolejne rzuty planowałam. Do pokoju wpadł Daniel uradowany, że mam pranie:
- Czesiek, wypierzesz mi 2 koszule, 3 podkoszulki i jakieś jeansy ze swoim, bo Izz mówiła, że teraz Ty w pralni rządzisz.
- Jasne, jeśli się wszystko zmieści, tylko jeszcze ustalę z tymi, co po mnie, że im 10 minut skradnę niecnie.
- To ja mykam po ciuchy.
I luz - od zawsze wiadomo, że akademik to komuna wielka: wspólne jadło w lodówce, książki na całym piętrze, czasem nawet łóżko ;)
Po zapełnieniu pralki, spojrzałam na grafik i szok: godz. 18- 24: pokój 429. Noż by go kaczka, ten, teges - przecież to Daniela pokój...
- Daniel, teraz yyy... ty masz pranie.
- Ja? Żartujesz?
- Nie, a to znaczy, że robię sobie jeszcze kilka rundek do pralni, a Ty mi dorzucisz ciuchy.
No i git, gitara i kaloszki ;) Tyle, że padł wreszcie osławiony tekst:
- A do którego wrzucisz moje gatki? Co?
- Yyyyyy - zmieszania swego oddać nie potrafię
- No co? Przecież jak idę pod prysznic, to tam wasze majtki wśród reszty fatałaszków się suszą i afery z tego nie robię
- ...
I tutaj przechodzimy do meritum.
SUSZARKA NA PRANIE
Zazwyczaj jedna na 6 pokoi, oczywiście własność studenta, z co szóstego pokoju.
Tak się szczęśliwie składa, że Cześ posiada jedną sztukę na wyłączność, z Aneszkiem oczywiście ;) Tyle, że... no tak w zeszłym tygodniu pożyczał ją od nas Człowiek, od niego powędrowała do Wielkiego Wojtka, potem miała chyba Maja i wczoraj... za cholerę nie szło cudu techniki zlokalizować. Po mniej więcej pół godzinie śledztwa, zguba znalazła się, w stanie idealnym.
Toż już wiecie czym jest dziwka akademicka. Ktoś wpadł na to?
Gdy już grzecznie ustawiłam sobie własność pod pokojem, celem porozwieszania tego i owego, naszła mnie myśl, że przecież prania będzie więcej, a perspektywa sznura przez cały pokój to ostatnie o czym marzyłam...
No więc - komu w drogę temu trampki. Byłam u większości: Girgusia, Kasiek, Chudej Anki, nawet u Turczynek, aż mi się pomysły skończyły... Szczęśliwym jednak trafem wleciał w krótkie odwiedziny Boski, który to udzielił mi informacji: : szukaj w 434 lub u Alego...
Kolejna wyprawa.
434 zamknięte na 32 spusty albo 40 i 4, sama już nie wiem. Ale u Alego słychać: open. Wchodzę i czuję, jak niemoc na mnie spływa. Dwóch nieznajomych, którzy... only po angielsku szprechają, z czym ja akurat średnio sobie radzę. Wyjątkiem jest Ali - z nim dogadam się zawsze... So, sorry guyss. I kaszana.
Już drzwi miałam zamykać, gdy wpadł na mnie Ali:
- Palina, how are yoy?
- Ali, i need yyy, drier, no wiesz, suszarki na pranie, kurcze...
- Ok, Palina, mam, so one moment, oo, prosze.
- Dzięki ;))))))))))
I znów do wyjścia się zbierałam, dzierżąc w łapkach upragnioną suszarkę, gdy rozległo się puk-puk. Jeszcze przez zamknięte drzwi:
- Ali. Dasz suszarkę?
Myślę sobie, znam głos... Pół sekundy później: no przecież to Grzech z 2 piętra...
- Y, sorry, Palina była first.
- Fuck, fuck, fuck...
- Moge pożyczyć ci linkę, to sobie w pokoju jakoś doorganizujesz, ale suszarkę porywam - rzekłam nieśmiało.
- Nie, dzięki, też mam jakiś sznurek.
Zwycięstwo starej zasady: kto pierwszy ten lepszy. A swoją drogą nigdy na piętrach innych niż moje nie szukałam... Ale widać sytuacja niżej jest gorsza niż u nas, na 4 poziomie ;)
Tym sposobem pranie się dokonało, przy wielu wybrykach udało się je po ludzku wysuszyć.
I tylko nigdy nie wierzcie studentom, kiedy mówią, że najbardziej to trzeba lodówkę czymś zapełnić. Najważniejsze to mieć na czas suszarkę...
Tak sobie myślę, że może ja cosik nowego do bloga wprowadzę, żeby luki zbyt wielkiej po smętach wcześniejszych nie było? Może więcej o akademiku będzie, bo i pisać jest o czym i tematów sporo? Ehhh, dylemata to straszne ;) ;) ;)
Spokojnego wieczoru i dobrej nocy
życzy Cześ
sobota, 1 maja 2010
Wieczorowa Malutka
Za oknem upragniona ciemność, co znaczy tyle, że dzień znów minął, jakby z bata strzelił. Godzina za godziną i nawet nie zauważyłam, że dochodzi 23. Taki urok przyjemnego przesiadywania w DSie ;) Właśnie, przyjemnego - to chyba najwłaściwsze określenie 1 V 2010. Kurcze, wszechogarniające poczucie harmonii i spokoju błogiego - prawie zapomniała, że tak być może - no, ale się przyzwyczajam do luksusów typu: "żyć, nie umierać".
(Czytałam ostatnio jakoweś głupoty dzieciaków z internatu, które ładnie siebie określały jako półsieroty z placówki opiekuńczo- wychowawczej... Tak jakoś mi się z akademikiem skojarzyło, ale nieistotne to zupełnie ;D).
Zrobiłam ciut w kwestiach pisania tych słów miłych i lotnych. Zgotowałyśmy z Izz obiadek pyszny - ja się zastanawiam, kiedy mi warzywa apetyt odbiorą zupełnie, bo póki co - jedyny to mój prowiant - z wyboru, oczywiście ;) Jak nam się skupienie na pisaninie rozpraszało to sobie z Izz robiłyśmy wycieczki muzyczne do tak różnych świątyń słuchu absolutnego (czego załamaniem/ ciosem poniżej pasa/ męczarnią jedyną a ostateczną/ koszmarem opartym na scenariuszu Teksańskiej*** było zapodanie moim uszom, przez Izzowy sprzęt jakichś staroci słynnego, z ambitnych prób podboju świata, zespołu zwanego, jakże niebanalnie: Ich Trujka... pożal się Pan nad uchem moim oklapłym). No, ale poza tym - było ambitnie, ciekawie, sporo nowych rzeczy Czesia uwiodło i urzekło :)
Teraz sobie siedzę w moim 418. Skończyłam krótkie zabawy z Kazikiem, który raczej nieskory jest chwilowo do współpracy wymagających wyczynów rozrywkowo- wykończających.
Słucham mojego Raz, dwa, trzy namiętnie, z zacięciem, że się nauczę tekstów wszystkich wreszcie na pamięć... Podpaliłam pokój, znaczy się świeczki w sztukach trzech w pokoju, na podkładce glinianej. Zaczytuję się w międzyczasie w jednym takim blogu i jakoś tak nie mogę zapanować nad wybuchami śmiechu regularnymi - majstersztyk, że aż mi dech zapiera ;)
Leniwy, piękny wieczór, piękna noc.
Jeszcze tylko youtubowa wstawka najukochańszej Razdwatrzy piosnki i... dobrej nocy, moi Mili ;)
(Czytałam ostatnio jakoweś głupoty dzieciaków z internatu, które ładnie siebie określały jako półsieroty z placówki opiekuńczo- wychowawczej... Tak jakoś mi się z akademikiem skojarzyło, ale nieistotne to zupełnie ;D).
Zrobiłam ciut w kwestiach pisania tych słów miłych i lotnych. Zgotowałyśmy z Izz obiadek pyszny - ja się zastanawiam, kiedy mi warzywa apetyt odbiorą zupełnie, bo póki co - jedyny to mój prowiant - z wyboru, oczywiście ;) Jak nam się skupienie na pisaninie rozpraszało to sobie z Izz robiłyśmy wycieczki muzyczne do tak różnych świątyń słuchu absolutnego (czego załamaniem/ ciosem poniżej pasa/ męczarnią jedyną a ostateczną/ koszmarem opartym na scenariuszu Teksańskiej*** było zapodanie moim uszom, przez Izzowy sprzęt jakichś staroci słynnego, z ambitnych prób podboju świata, zespołu zwanego, jakże niebanalnie: Ich Trujka... pożal się Pan nad uchem moim oklapłym). No, ale poza tym - było ambitnie, ciekawie, sporo nowych rzeczy Czesia uwiodło i urzekło :)
Teraz sobie siedzę w moim 418. Skończyłam krótkie zabawy z Kazikiem, który raczej nieskory jest chwilowo do współpracy wymagających wyczynów rozrywkowo- wykończających.
Słucham mojego Raz, dwa, trzy namiętnie, z zacięciem, że się nauczę tekstów wszystkich wreszcie na pamięć... Podpaliłam pokój, znaczy się świeczki w sztukach trzech w pokoju, na podkładce glinianej. Zaczytuję się w międzyczasie w jednym takim blogu i jakoś tak nie mogę zapanować nad wybuchami śmiechu regularnymi - majstersztyk, że aż mi dech zapiera ;)
Leniwy, piękny wieczór, piękna noc.
Jeszcze tylko youtubowa wstawka najukochańszej Razdwatrzy piosnki i... dobrej nocy, moi Mili ;)
Majjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj
Poranek miły, cichy, intymny bardzo.
Najpierw pobudka przez Radzimira, kuzyna mojego cudnego, który na Słowacji siedząc, pytał czy jakieś zapasy zrobić dla mnie trunkowe ;) Telefon prawie wypadł mi z ręki, bo wzmożona senność o godzinie 7 to chyba norma. No ale ustaliliśmy, że chcę: brzoskwiniowego szaleństwa i ewentualnie takiego czegoś na "a", co podobno wywołuje dziwne wizje pośród pijących - piłam to razy może trzy - smakowało bardzo i żadnych "odlotów" nie było :P
Potem dostałam pyszną herbatkę z cytrynką od Izzz. I się umówiłyśmy na wspólne uczenie, u niej, żeby motywacja była większa i całe rozproszenie rozbijało się o wizerunek ryjącej panny nr 1 lub panny nr 2 - w zależności od perspektywy znudzonej jej lub mnie. Obie mamy dziś raczej nastawienie spacerowe/ rozrywkowe, ale magisterka Izzz z chemii nie napisze się sama, a i moje prace pisemne wkładu własnoręcznego wymagają, i nie ma "zmiłuj Pany". A swoją drogą oligoaminy - to brzmi dumnie ;) Lepiej niż recenzja wydawnicza. Uwielbiam łączyć moje z czyimś, bo się zawsze czegoś douczę...
Rysunek Izz od kuchni ;) Mam pozwoleństwo na wklejkę upubliczniającą ;) Tyle, że Izz śmieje się, że najprostszą rzecz sobie wybrałam, bo reszta jest gorszejsza...
Następnie odbyłam jeszcze jedną wielce radośnie nastrajającą rozmowę i poczłapałam pod prysznic. (Mam teraz tak śmiesznie wysuszone włosy, niby dobrze, ale po prawej stronie mi się jeden kosmyk lekko oddzielił od reszty, skręcił, i wystaje jak rożek, zadziornie, acz ekstrawagancko :)
Teraz - koniec sprawozdań - biorę się najpierw za list, co odłogiem leży od tygodni chyba dwóch... Trzeba zlikwidować rozpraszacze, bo się skupić na bazgraniu nie mogę... A to ważna ma być pisanina.
Poza tym - jest maj - Cześ szczęśliwy ;) Wreszcie, kochammmmm majjjjjjjjj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Za zieloność, za wielobarwność kwiatową, za świeżość i za najpiękniejsze wspomnienia. Jakoś się tak dziwnie składa, że najlepsze zawsze mnie w maju spotyka, w maju się do mnie garnie, w maju mnie rozpieszcza, w maju stwarza możliwości i cuda świata kolejne - nic na to nie poradzę, nawet nic nie chcę z tym robić - oby tak już zostało ;) Piątki zawsze przynoszą mi szczęście, a maj przecież jest piąty... :P (A ktoś ostatnio mówił, że jestem normalna - nie jestem, ojjjj nie ;D )
Miłego dnia.
Najpierw pobudka przez Radzimira, kuzyna mojego cudnego, który na Słowacji siedząc, pytał czy jakieś zapasy zrobić dla mnie trunkowe ;) Telefon prawie wypadł mi z ręki, bo wzmożona senność o godzinie 7 to chyba norma. No ale ustaliliśmy, że chcę: brzoskwiniowego szaleństwa i ewentualnie takiego czegoś na "a", co podobno wywołuje dziwne wizje pośród pijących - piłam to razy może trzy - smakowało bardzo i żadnych "odlotów" nie było :P
Potem dostałam pyszną herbatkę z cytrynką od Izzz. I się umówiłyśmy na wspólne uczenie, u niej, żeby motywacja była większa i całe rozproszenie rozbijało się o wizerunek ryjącej panny nr 1 lub panny nr 2 - w zależności od perspektywy znudzonej jej lub mnie. Obie mamy dziś raczej nastawienie spacerowe/ rozrywkowe, ale magisterka Izzz z chemii nie napisze się sama, a i moje prace pisemne wkładu własnoręcznego wymagają, i nie ma "zmiłuj Pany". A swoją drogą oligoaminy - to brzmi dumnie ;) Lepiej niż recenzja wydawnicza. Uwielbiam łączyć moje z czyimś, bo się zawsze czegoś douczę...
Rysunek Izz od kuchni ;) Mam pozwoleństwo na wklejkę upubliczniającą ;) Tyle, że Izz śmieje się, że najprostszą rzecz sobie wybrałam, bo reszta jest gorszejsza...
Następnie odbyłam jeszcze jedną wielce radośnie nastrajającą rozmowę i poczłapałam pod prysznic. (Mam teraz tak śmiesznie wysuszone włosy, niby dobrze, ale po prawej stronie mi się jeden kosmyk lekko oddzielił od reszty, skręcił, i wystaje jak rożek, zadziornie, acz ekstrawagancko :)
Teraz - koniec sprawozdań - biorę się najpierw za list, co odłogiem leży od tygodni chyba dwóch... Trzeba zlikwidować rozpraszacze, bo się skupić na bazgraniu nie mogę... A to ważna ma być pisanina.
Poza tym - jest maj - Cześ szczęśliwy ;) Wreszcie, kochammmmm majjjjjjjjj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Za zieloność, za wielobarwność kwiatową, za świeżość i za najpiękniejsze wspomnienia. Jakoś się tak dziwnie składa, że najlepsze zawsze mnie w maju spotyka, w maju się do mnie garnie, w maju mnie rozpieszcza, w maju stwarza możliwości i cuda świata kolejne - nic na to nie poradzę, nawet nic nie chcę z tym robić - oby tak już zostało ;) Piątki zawsze przynoszą mi szczęście, a maj przecież jest piąty... :P (A ktoś ostatnio mówił, że jestem normalna - nie jestem, ojjjj nie ;D )
I jeszcze taki znalazłam obrazek o endorfinach ;) Pasuje jak ulał, hi hi... Z przymrużeniem oka w serduchu ktoś to umieścił, ale mi się widzi :D
Wyszukane w sieci
Wyszukane w sieciMiłego dnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




