czwartek, 24 listopada 2011



Trudna noc za mną. Okres snów koszmarnych zaczyna się z impetem. I budzę się, budzę, zbyt często, zlana potem, niespokojna. I wiem, że destrukcja płynie gdzieś z podświadomości.

W pracy udaję, że mi ok, ale z mizernym skutkiem.

Nic mi się nie chce. Nie mam na nic sił.
Ciało poddaje się. Boli mnie dosłownie wszystko.

Wystarczył jeden telefon, żebym się rozsypała.

 Chciałabym się schować. Zniknąć. Rozpuścić.
Nie myśleć już o niczym. Nie zastanawiać się. Nie rozwiązywać problemów.

Może powrót do domu na chwilę coś zmieni. Może odpocznę. Może skupię uwagę, na zewnątrz.

Wewnątrz ustaliłam datę, do której nie zapłaczę, bo:

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

A może można nie odbierać tych telefonów? Czasem to najlepsze wyjście, niż później tracić cenne chwile na zbieranie się w spójną formę...

Uwielbiam tą piosenkę, ale nie słucham jej od dawna. Nie mam dla niej cierpliwości, nie ten klimat.

Malutka... pisze...

Porcelanowa... ja właśnie otworzyłam wór z piosenkami, których nie powinnam słuchać, do których nie mam już cierpliwości, a które teraz pasują nawet do krzeseł w pokoju...

A telefony?
To był ten ważny, do odebrania, nawet jeśli boli.
Bo bolałoby albo wcześniej, albo później. Właściwie, co za różnica?

Dobrego wieczoru