Czasem na mordowanie powinno być przyzwolenie.
Np. gdy o 2.37 budzi Was dziewczę o cudnych czarnych oczętach, bo mu... kosmetyki z rąk lecą, a reklamówka z Biedry szeleści tak, jakby ją kto dusił za szyję, co to jej nie ma.
I wtedy powinno się móc udusić to dziewczę podusią gęstą od snów i świętego regenerowania, za niestabilne profanum puchowego oniryzmu.
Potrzeba matką wynalazku - pobudka od 8.10 i ruch jak na autostradzie do Berlina.
Konsekwencje łatwe do przewidzenia.
Szach i mat.
Tymczasem cieniutkie warkoczyki zaplatają się same z nitek skojarzeń.
Suszone pomidory i kapary.
Ktoś jakoś gdzieś.
Dawno temu i nieprawda.
Tak jak lubię.
W tle jeszcze trzy grosze do dodania...
Może tylko mniej dosłownie...
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 15 lutego 2011
poniedziałek, 14 lutego 2011
:)))
Actum ne agas...
Tyle o 14 II.
W Poznaniu słońce wdziera się do ciemnych kątów. Jakoś tak na ścianach pojaśniało, na niebie zbłękitniało, a studentom sesja.
W pokoju zaginął porządek wraz z przybyciem Dżullowego dobytku w postaci opasłej walizy, toreb niezliczonych i takich tam jeszcze zaśmiecaczy.
A u mnie... wolne. Pachnę urlopem i słońcem zza okna.
Czekam na odbiór sprzętu. Na cztery, może pięć dni wpadnę do domu. Później umówiłam się z kumpelą z czasów internatu na dwa dni udawania, że jesteśmy stare i życiem doświadczone, więc po czterdziestu latach niewidzenia trzeba nadrobić życiorysy.
Dziś wieczorem idę na jakąś salsę, czy inne dziadostwo, ale żeby nie było - będę obserwatorem - ruch nie związany z ciosami wymierzanymi w worek treningowy zdecydowanie zbyt delikatny jest jak na moje podejście do tegoż.
W sumie dobrze mi.
Po weekendzie ciepłym i miłym przychodzi tydzień spokojnego odpoczywania, bo ten ostatni uczelniany wrzód na świadomości dał mi popalić niemiłosiernie.
Tyle na dzisiaj.
Miłego dnia Wszyćkim.
I nie dajcie się zarobić na śmierć ;)
Aha.
Muzycznie zostawiam Wam piosnkę, która bardzo, ale to bardzo często towarzyszy mi, gdy nie ma innego towarzystwa: Super Furry Animals z Hello Sunshine ;)
Tyle o 14 II.
W Poznaniu słońce wdziera się do ciemnych kątów. Jakoś tak na ścianach pojaśniało, na niebie zbłękitniało, a studentom sesja.
W pokoju zaginął porządek wraz z przybyciem Dżullowego dobytku w postaci opasłej walizy, toreb niezliczonych i takich tam jeszcze zaśmiecaczy.
A u mnie... wolne. Pachnę urlopem i słońcem zza okna.
Czekam na odbiór sprzętu. Na cztery, może pięć dni wpadnę do domu. Później umówiłam się z kumpelą z czasów internatu na dwa dni udawania, że jesteśmy stare i życiem doświadczone, więc po czterdziestu latach niewidzenia trzeba nadrobić życiorysy.
Dziś wieczorem idę na jakąś salsę, czy inne dziadostwo, ale żeby nie było - będę obserwatorem - ruch nie związany z ciosami wymierzanymi w worek treningowy zdecydowanie zbyt delikatny jest jak na moje podejście do tegoż.
W sumie dobrze mi.
Po weekendzie ciepłym i miłym przychodzi tydzień spokojnego odpoczywania, bo ten ostatni uczelniany wrzód na świadomości dał mi popalić niemiłosiernie.
Tyle na dzisiaj.
Miłego dnia Wszyćkim.
I nie dajcie się zarobić na śmierć ;)
Aha.
Muzycznie zostawiam Wam piosnkę, która bardzo, ale to bardzo często towarzyszy mi, gdy nie ma innego towarzystwa: Super Furry Animals z Hello Sunshine ;)
niedziela, 13 lutego 2011
Przysiadam na skraju jego spojrzenia, którym omiata mnie wchodząc do pokoju pierwszy raz od kilku tygodni: wygłodniałe, stęsknione, radosne i niepewne tego, co wewnątrz.
Jego oczy błyszczą intensywnym: "jestem tu".
Ile można mieć żyć w życiu?
Bo ja się już doliczyłam 3.
I wciąż niezmiennie nie umiem mówić "do widzenia" na stacji...
sobota, 12 lutego 2011
piątek, 11 lutego 2011
500
Małe święto - pięćsetny post...
Odczuwam nostalgicznie godziny z klawiaturą.
Spisane słowa lepią się od przebrzmiałych pieśni.
Dni zamknięte na klucz w pamiętniku znaczeń nieistotnych.
Takie jak ten... głuche od tego, czego nie usłyszę...
A życie... gna swoim rytmem gubiąc mnie między tramwajami.
Zgubiłam czapkę.
Szal wywiało przez przypadek na skwerze pancerników.
"Twoim największym więzieniem jesteś ty sama".
Zaczynam o sobie mówić klawisz.
niechże już przyjdzie wiosna
bez słonego posmaku łez
z kilkoma hiacyntami
(brakuje mi kwiatów, których tu nie ma)
Odczuwam nostalgicznie godziny z klawiaturą.
Spisane słowa lepią się od przebrzmiałych pieśni.
Dni zamknięte na klucz w pamiętniku znaczeń nieistotnych.
Takie jak ten... głuche od tego, czego nie usłyszę...
A życie... gna swoim rytmem gubiąc mnie między tramwajami.
Zgubiłam czapkę.
Szal wywiało przez przypadek na skwerze pancerników.
"Twoim największym więzieniem jesteś ty sama".
Zaczynam o sobie mówić klawisz.
niechże już przyjdzie wiosna
bez słonego posmaku łez
z kilkoma hiacyntami
(brakuje mi kwiatów, których tu nie ma)
czwartek, 10 lutego 2011
:)
Bywam niepoprawna, tak stwierdziła wczoraj w nocy Rozmowna.
Niepoprawna gramatycznie - a to da się jeszcze przeżyć.
Cisza na froncie pachnie tekstem o samotności. Początek poszedł szybciutko, ale dalej jakoś nie bardzo. A wszystko to wina Larssona, bo mnie ciągnie, żeby skończyć, więc robię przerwy w pisaniu na "kilka" stron czytania...
Tekst wymaga ekspresowej obróbki, korekty i suplementów, ale jakoś nie mogę się zmusić.
Wniosek: książki, które wciągają, to zło dla życia zawodowego :)))
Biorę się też za inne bazgranie - z psychologią na zapleczu. Ciekawe jak mi wyjdzie. Regularna proza z czymś mądrym w tle - już to widzę.
Pod tym względem zachowuję się jak rozkapryszona dziewczynka uganiająca się z siatką po łące, polująca na motyle. Jak jakiegoś złapie - cieszy się nim przez długą chwilę, obserwuje go z pieszczotą i zainteresowaniem.
Z tym moim pisaniem jest podobnie. Jeśli nad nim popracuję, to da się z tego wyżyć, a o to mi chodzi przynajmniej od 5 lat.
"We live, as we dream - alone"
Oczywiście Conrad i Jądro ciemności.
Odkrywanie tej książki za każdym razem, sprowadzanie do pojedynczych zdań i sensów pochłania mnie zupełnie.
A na uczelni nie ma kogoś, kto brałby pod lupę twórczość Conrada.
Wątek nautyczny pozostaje w cieniu innych ważnych motywów, a przecież tak doskonale prowokuje do zastanawiania się nad kondycją ludzką...
(i mógłby z cienia wyjść)...
Zaczynam trochę ubolewać, że tak to się skończy.
Mieliście rację.
Będzie żal.
Muzycznie: prześladuje mnie Queen, Innuendo...
Doskonałe pod każdym względem...
Niepoprawna gramatycznie - a to da się jeszcze przeżyć.
Cisza na froncie pachnie tekstem o samotności. Początek poszedł szybciutko, ale dalej jakoś nie bardzo. A wszystko to wina Larssona, bo mnie ciągnie, żeby skończyć, więc robię przerwy w pisaniu na "kilka" stron czytania...
Tekst wymaga ekspresowej obróbki, korekty i suplementów, ale jakoś nie mogę się zmusić.
Wniosek: książki, które wciągają, to zło dla życia zawodowego :)))
Biorę się też za inne bazgranie - z psychologią na zapleczu. Ciekawe jak mi wyjdzie. Regularna proza z czymś mądrym w tle - już to widzę.
Pod tym względem zachowuję się jak rozkapryszona dziewczynka uganiająca się z siatką po łące, polująca na motyle. Jak jakiegoś złapie - cieszy się nim przez długą chwilę, obserwuje go z pieszczotą i zainteresowaniem.
Z tym moim pisaniem jest podobnie. Jeśli nad nim popracuję, to da się z tego wyżyć, a o to mi chodzi przynajmniej od 5 lat.
"We live, as we dream - alone"
Oczywiście Conrad i Jądro ciemności.
Odkrywanie tej książki za każdym razem, sprowadzanie do pojedynczych zdań i sensów pochłania mnie zupełnie.
A na uczelni nie ma kogoś, kto brałby pod lupę twórczość Conrada.
Wątek nautyczny pozostaje w cieniu innych ważnych motywów, a przecież tak doskonale prowokuje do zastanawiania się nad kondycją ludzką...
(i mógłby z cienia wyjść)...
Zaczynam trochę ubolewać, że tak to się skończy.
Mieliście rację.
Będzie żal.
Muzycznie: prześladuje mnie Queen, Innuendo...
Doskonałe pod każdym względem...
środa, 9 lutego 2011
z ostatniej chwili
Po prostu chciałam się cieszyć...
Poza tym - wiedziałam, że będzie ciężko, nie że aż tak, ale ciężko.
Tymczasem wszystko staje się takie niemożliwe.
Właśnie dlatego, że teraz mam się z czego cieszyć.
Tymczasem cieszyć się samej ze sobą z siebie - jakoś mi nie bardzo.
Brakuje drugiego uśmiechu i brązowych oczu (tych najbardziej).
Pro forma.
Poza tym - wiedziałam, że będzie ciężko, nie że aż tak, ale ciężko.
Tymczasem wszystko staje się takie niemożliwe.
Właśnie dlatego, że teraz mam się z czego cieszyć.
Tymczasem cieszyć się samej ze sobą z siebie - jakoś mi nie bardzo.
Brakuje drugiego uśmiechu i brązowych oczu (tych najbardziej).
Pro forma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



