sobota, 27 listopada 2010

nocą, do Ciebie

ciemna mętna noc rozsypana po śniegu
naiwnie poszukuję gwiazd na niebie
zastanawiając się ile z nich musi spaść by spełniło się jedno czyjeś życzenie
nieegoistycznie chciałabym dziś całej ręki

Ciężkie myśli, jak artyleria. Nie umiem się dostosować.
Zaczynam rozmyślać, co straciłam i ile przegapiłam.
Spod kontroli wymyka się czas.
W piwnicy chyba znów za dużo wody.

Obiecałam Ci, że będę pisała dłuższe posty, ale myśląc o Tobie mam w głowie tylko strzępki zdań. Powinnam przeprosić.
Przez moment znów uwierzyłam w fatamorganę Twojej obietnicy. W fatamorganę niedawnej prośby, z której też się cieszyłeś.
Banalnie - przestaję wierzyć w Twoje słowa.

Dawno temu skorupa była twardsza. Dawno temu...

Tylko dlaczego znów myśląc o Tobie muszę walczyć ze łzami, które niepokornie spływają na zielony T-shirt?

Dobrze, że piec kaflowy może otulić mnie swoim ciepłem.

Nie lubię takich nocy.
P.

piątek, 26 listopada 2010

...

droga do domu
stacja
pociąg
Jolka na siedzeniu obok

dziwnie mi z ludźmi

brakuje mi tamtego dotyku...

wszystko wiruje dokoła mnie
tylko śnieg spada na moje włosy
zimno
przeprosiłam nawet czapkę

kto wie, może dziś znów spotka mnie tamto spojrzenie?

czwartek, 25 listopada 2010

piraci, rum, herbata

Przeglądam niebo w szybach.
Skłócone ptaki uderzają skrzydłami o ogołocone kikuty drzew.
Jesienny chłód, jesienne chmury, jesienna chandra.
Czas w zmąconej deszczówce nie posuwa się do przodu.
Wskazówki na tarczy nieubłaganie tkwią pomiędzy 17. 25 a 17. 27.
Tymczasem bursztynowy kolor herbaty domaga się mocnego rumu.
Jakby stałość i powtarzalność spijane były prosto z zielonego kubka.
Dlatego obejrzę morską historyjkę o piratach, beczkach, i głośnych armatach...

Wyszperane w sieci :)

Miałam dziś ćwiczenia z literatury najnowszej. Porażka. Późna twórczość Miłosza omawiana tak, jakbyśmy nadal chodzili do podstawówki. Żal pięciu lat studiowania. Grupa nie była skłonna do współpracy, gdy przy trzecim wierszu padły takie same pytania: "jaki jest nastrój utworu? kto jest podmiotem lirycznym? co mówi nam podmiot liryczny?".
Skończyliśmy wcześniej, przekonawszy pana prowadzącego naszym wymownym milczeniem.
Niech już będzie koniec. Czerwiec. Obrona. I wolność.
Czapki z głów!
Tak ma cała grupa dziekańska.


Poza tym - zasypiam na stojąco. I padam na twarz. I myślę o tym, że zasnę nad Larssonem.

nocny

z chęci mordu i braku środków na rozładowywanie agresji - chłonę szaleństwo u Larssona
wreszcie ruszyłam tę cegiełkę

dopchnięta do białej ściany pożrę literki, zawinę je sobie na koniuszkach palców i będę z nich strzelać do wszystkich mątw, jakie mi się napatoczą w czasie najbliższym, a później pójdę spać, bo spać człowiek też musi

ps. o żesz, jak ta nienormalna tęsknota człowieka potrafi przycisnąć do poduszki! wpadam w podziw! i bezsenność też.

środa, 24 listopada 2010

obrona

Byłam dzisiaj na wydziale historii, zupełnym przypadkiem (zły wpływ Jolki), na obronie pracy doktorskiej Karola K.; chłopaka, o którym zapewne jeszcze nie raz usłyszę .
Karol zajmował się w swojej dysertacji wątkiem islamskim na ziemiach jugosłowiańskich.

Moje wnioski: obrona to piekło.
Recenzenci wytknęli każde potknięcie, a jedynym atutem było ogólnikowe: "wnikliwa analiza z nowatorskim spojrzeniem na kwestie skostniałe".

Po polsku - pojechać po człowieku ile wlezie, a później poklepać po plecach gestem zrozumienia.

Taka obrona to żaden prestiż, mimo, że praca wyglądała bardzo dumnie z licznymi wywiadami, materiałami wygrzebanymi spod ziemi itp.

Z tego, co usłyszałam gdzieś w tle korytarzowych ścian ta właśnie rozprawa jest jednym z największych osiągnięć wydziału.

Wyszperane w sieci ;)
Wyglądało dużo delikatniej, ale brutalność - ta sama...

Z kwestii mniejszych: pierwsza konsultacja za mną. Nihil novi.

wtorek, 23 listopada 2010

grrrrrrrrrr

Było to tak: skazana na starcie z dziekanaterią poszłam ze wsparciem, spersonalizowanym w Aneszce. Okazało się, że okopy z biurek nie były dziekanatkom przydatne - wychyliłam się ponad nie.
Efekt: mam indeks, ale panie będą musiały mi ten indeks poprawiać, znów, od nowa licząc punkty i punkciki. Bitwy nie było. Przełożona na przyszłe "kiedyś tam", tak wyszło.

Teraz nieco posmutniało we łbie moim pustym spraw zwykłych bądź mądrzejszych, a przeładowanym bzdurnymi głupotami. Wystarczył drobiazg, żeby obraz zmętniał, malowany tuszem kreślarskim na brystolu rozmiarów podłogi 418; oki, to nieważne.
W prostym równaniu wyszło, że to czego naprawdę chcę, ciągle jest nieosiągalne, a wszystkie wypróbowywane dotąd zamienne niechybnie zabiją mnie na śmierć słomianym zapałem. Jeżeli X i Y nie otrzymają, w czasie najbliższym, konkretnych wartości, to za znakiem = postawię szubienicę albo gilotynę (w zależności od nastroju - ale stawiam na gilotynę).

Wyszperane w sieci.

gburowate moje ja
ma ochotę dać komuś w mordę
rozwiązania siłowe...
ale co mi to da?
przeprosiny?
słowo "przepraszam" nic nie znaczy
puste w całej swojej rozdmuchanej semantyce
dostałam po łapkach to powinnam grzecznie pójść sobie dalej
a ja ciągle drążę i drążę
robię nawet podkopy łyżką metalową
(żeby było dramatyczniej)
mam jakieś skrzywienie w mózgu
lub coś na ten deseń

Czasem mi się wydaje, że potrzebuję tłumacza, z ludziowego na moje, żebym pojęła te wszystkie poskręcane na trzy spusty absurdy, które zawrzeć można w zbitce "a w dziurze to mam".
Przyjmując, że w "dziurze", rozmiarów pokaźnych, ma się wszystko i wszystkich, przydałoby się machnąć tę, no, lewatywę, do jasnej Anielki, bo mnie szlag trafi szybciej niż przewiduje wróżdżka Janinka (a zapowiedziała ponoć 50 kilka wiosen).

Tyle. Spadam, żeby mnie linczowali na żywca, a nie przez hologram urojony w czyjejś powalonej rzeczywistości. (Jak dzisiaj nikogo nie zamorduję - będzie święto lasu i rewolucja seksualna!)
Cześć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

dobry wieczór dobrego popołudnia dobrego dnia :)

Mam powody do mruczenia, jak kotek drapany za uszkiem... To sobie mruczę: mrrr :)
Los przewrotny jest, figlarz z niego i kuglarz.
Rankiem stłukł mi tyłek na kwaśne jabłko, a po południu nawiał tyle wiatru w żagle, że da się opłynąć świat dokoła :)
Ale... od czego by tu zacząć?

Chronologicznie, chronologicznie będzie dobrze :)

Moja promotorka, czytać dalej: Kobieta W Dechę zapisała mnie na wykład dzisiaj, a myślałam, że za późno i że nie da rady. Tymczasem bez żadnych tłumaczeń i błagalnego wejrzenia listę otwarłam swoim nazwiskiem :)
Na auli mojej ulubionej, która z gry świateł słynie, a przynajmniej mi zawsze z półcieniami letniego słońca zachodzącego kojarzyć się będzie, zajęłam miejsce obok Tomka, no i cały wykład przegadaliśmy pisemnie :) Tomek, który od urodzenia nie słyszy, miał dziś najfajniejszy wykład w życiu (podobno), bo Kobieta w Dechę słynie z licznych humorystycznych dygresji i ja mu je wszystkie zapisywałam, więc mógł pośmiać się ze wszystkimi, niewyłączony z tego, co mówi wykładowczyni. Poza tym poruszyliśmy mnóstwo dziwnych tematów, narysowaliśmy komiks i jakoś tak skończy się to w przyszłym tygodniu kawą/ grzańcem/ winkiem gdzieś na mieście :)

W przerwie między wykładem a seminarium postawiłam kawę Michaszce, bośmy dawno nie rozmawiali, od czasu jego wyprowadzki nastała cisza między naszymi piętrami. Była więc okazja do ocieplenia zmrożonych stosunków... Może i to się jeszcze jakoś poskleja? Dobrej myśli jestem :)

Później było już moje seminarium z Kobietą W Dechę, ale zajęcia poprowadziła jedna z seminarzystek, Ewela :) Zdjęcia, zdjęcia i obrazy Rembrandta - zestawione, zainspirowane, skompilowane - podczytajcie co nieco o Pejzażach z portretami, bo to całkiem fajna sprawa :)

Wyszperane w sieci :)
Dorota Segda wystylizowana na:

Kąpiącą się w rzece,
Wyszperane w sieci :)

Mała refleksja - czemu dopiero seminarium może być fantastyczne na tym kierunku (choć ja wiem, inni sobie aż tak nie chwalą)? Promotorka ma tysiące zainteresowań, pozwala nam pokombinować na własną rękę i przede wszystkim jest sympatyczną, przebojową babką. Dziś na zajęcia przyszła w stonowanym stroju, ale żeby nie było za grzecznie, związała włosy porażająco różową frotką :)
Przyszłe zajęcia prowadzę... ja :) Będzie o blogach :)
I jeszcze nabazgrzę artykuł o tym jakiś, a później... nie, nie będę zapeszać :))))

Mam też wieści od Asiaka, że się uczy grzecznie, bo w środę ma komis, a w czwartek na jej urodzinach mamy zamiar opić sukces sokiem grapefruitowym... Będzie niegroźnie dla mojego zdziczenia międzyludzkiego.

A teraz, zupełnym już wieczorem zadryndał Grzesiek, że ma dla mnie małą pisaninę, więc - żyć nie umierać.

W środku mnie radośnie, endorfiny łatają ściany i sufit kolorowymi skrawkami, blask lampy igra z szybą o jakiś blask, o lepsze, i ładnie mi. W dodatku słucham tego (mizernie w kwestii tłumaczenia tekstu, ale poza tym - pasuje dzisiaj jak ulał):