czwartek, 30 września 2010

zasiedlony!

Oznajmiam wszem i wobec, że dnia dzisiejszego, to jest 30 IX, pokój 418 zyskał nową mieszkankę - pannę Julię.

Panna Julia to dziecię pierwszoroczne, którego głowę zdobią urocze loczki :)
Panna Julia zaczyna hebraistykę i do Poznania przybyła aż ze Słupska (podejrzewam, że ona i ByłyOn przyjechali dzisiaj tym samym pociągiem).
Panna Julia była bardzo przerażona warunkami tutaj, brakiem internetu i zapewne moją malutką osobą też :D

Miniemy się. Ja jutro pomykam do domu, a Julia będzie się od jutra rozgaszczać.
Mam nadzieję, że ładnie nam się ułoży wspólne akademikowanie.

Wczoraj robiłam porządki ze śmieciami z przeszłości, a dzisiaj przyjechał niespodzianie ByłyOn.
I coś jest na rzeczy z tym sprzątaniem - bo żadnego wrażenia na mnie ów powrót Sławkowy nie zrobił.
Były
znaczy Były i już :)

Co jeszcze? Odwiedziła mnie Luiza. Po rozgrzaniu się herbatą cytrynową wybyłyśmy na łazęgę po mieście. Stary Rynek wyglądał dzisiaj tak:


Spokojny, cichy, kołysany zimnym wiatrem, prawie bezludny...

środa, 29 września 2010

porządkowy

Od dziś mieszkam w 418, tak naprawdę.
Pierwszy raz od bardzo dawna.
I czuję się z tym tak, jak musi się czuć ryba w wodzie lub Kazio w swoim domku :DDD


Zrobiłam ostateczny rozrachunek z przeszłością - czytać: pokój błyszczy i lśni, na półkach ład i skład, i generalniej jest tego więcej niż kilka butelek octu, o dziwo.

Dziwna to była archeologia, pośród tysięcy karteluszek i papierów, notatek i listów, jakichś komiksów i kser niezliczonych przewijało się wszystko: początki z ByłymNim, pisane dialogi wykładowe, jakieś zdjęcia, które nie wiedzieć czemu nie znalazły się w portfelu, moje zapiski błahe i inne dowody na to, że żyję z ludźmi, że mam z nimi wspólną historię.
Zostawiłam niewiele: notatki robione z rzadka, częściej kserowane. Jedną karteczkę, którą zrobiłam tuż po poznaniu ByłegoNiego, drobne bibeloty, schowane w małym kartoniku. I wystarczy.
Reszta już spoczywa w pokoju - w kontenerze.

Są takie opowieści, które nie wymagają kontynuacji. Są też początki, których przyjść nawet się nie zauważa...



Miłego wieczoru!

wtorek, 28 września 2010

imigracyjne sprawy

każdy szuka sobie miejsca dla siebie.
każdy mości sobie prędzej czy później jakieś gniazdko.
a we mnie te potrzeby chyba na dobre zagasły.

jedynym czego tak naprawdę chcę jest święty spokój.

Dalszy ciąg bycia tragarzem: Aneszka legalnie zamieszkuje już pokój 215. Niby nam do siebie dalej, ale nadal blisko :)
U mnie w pokoju niezmiennie stoi wolne łóżko - co cieszy i krzepi, bo nie jestem w nastroju towarzyskim.
Już tęsknię za Kaziem, który zamieszka na razie z Aneszką.
Kazik to przecież najwierniejszy mój kompan tego wszystkiego, co się tutaj działo. Był zawsze. I dla mnie był zawsze. A teraz pewnie będę łapać się na tym, że chcę go wyjąć z klatki, a klatki nie ma...
Kazik - mój nielegalny imigrant ze sklepu zoologicznego...



żałobnie na zewnątrz i wewnątrz.

poniedziałek, 27 września 2010

sokoli post

Jako i ta babka w trójkątnej chuście kwiaciastej, cupająca na drągu powalonym, jest dzisiaj Malutka cierpliwa i cierpliwość jest dziś cnotą najwyższą z najwyższych, doskonałą samą w sobie.

Ale po kolei.

W akademiku panuje histeryczna atmosfera wprowadzkowo- wyprowadzkowa. Kierownictwu gotuje się pod cylindrami, studenci kręcą się w kółko obłędne po korytarzach. Stan podniesionej gotowości chyba jednak wszystkim wymknął się spod kontroli, zważywszy, że przyszedł sobie dzisiaj, łaskawie, a do tego we własnej osobie, Kierownikus Niepospolitus (czyli: "gdyby głupota mogła fruwać, unosił by się, jako ta gołębica niewinna" - z pamięci cytuję, więc zapewne przeinaczyłam), żeby mi w pokoiku policzyć krzesełka i stoły, i jeszcze szafy - z dodatkowych sprzętów nie zauważył nic, prócz klatki chomika, ale o tym będzie później... I tak Kierownikus Nipospolitus zwiedził wszystkie pokoje, wszystko skrzętnie odnotował, a w godzinę później biegali pracownicy ze zmiany porannej: portier, sprzątaczki i księgowa, bo się Kierownikusowe notatki zagubiły w pracy natłoku. Do tego kilka osób zaliczyło już wylot za walety nadprogramowe; no tak, bo nikt nie doczytał małego druczku, że we wrześniu tylko do 27 można było mieszkać, a potem słodkie bye bye.
Nagle zrobiło się tutaj więcej bezdomnych, niż bezrobotnych, a proporcja zawsze była odwrotna.

W 418 po spisie powszechnym, uczynionym przez Kierownikusa Niepospolitusa, nastał czas smutku i niepokoju: nastroje wstrząśnięte, bo nawet nie zmieszane.
Nie pociesza fakt posiadania objętych normą (unijną, zapewne) ilości krzeseł, stołów, łóżek i łódek (i jak polskie hale kocham! - bladego pojęcia nie mam, cóż to jest, ta "łódź", a mieszkam z nią, a może w niej lat pięć, tak z grubsza się w czasie obrachowując).
No bo jak ma mnie pocieszać stan pokoju wzorcowy, skoro wg. wyżej scharakteryzowanego Kierownikusa Palantusa, w 418 znajduje się nadprogramowy gryzoń i nadprogramowe gryzonia mieszkanie - załamka, jak moją Rodzicielkę kochaną wielbię!
Po pierwsze: Kierownikus zażyczył sobie usunięcia "ciała obcego" w trybie natychmiastowym, co nie wiem jakim, perswazyjnym cudem, udało mi się odroczyć do końca tygodnia, bo opcja początkowa zagrzmiała tak (drukowane litery użyte zostały w słowach zaakcentowanych tak dosadnie, że aż mi pierwsze siwe włosy na skroniach zasrebrzyły się z wrażenia):
- Pani pokojowa S. proszę TO, TO COŚ wynieść stąd natychmiast do kontenera.
Tu zrodził się we mnie w***w potężny i zagrzmiałam dużo bardziej grzmiąco od przedmówcy:
- Chomik nie wyląduje w żadnym kontenerze, bo jeżeli tak - sprowadzę na pańską głowę całą armię zielonych, opiekę zwierząt i ministra środowiska, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Tu nastąpiła chwila refleksji i milczenia złotego, które uwieńczone zostało zgodą na pobyt Kazika w akademiku na czas limitowany, tj. do 2 X roku bieżącego.
Spoglądam na Kazia, śpi sobie słodko, nieświadomy zamieszania wokół jego małej osóbki, zaplątany między sianem a trocinami, a ja mam istny wyścig myśli, co dalej z nim począć. Na początek spróbuję ukryć go u kogoś innego w pokoju, maksymalnie do 15 października, później mam nadzieję odzyskać spokój i klatkę wraz z jej domownikiem.
Inną kwestią jest to, że czekam na nową współlokatorkę... I lepiej, żeby nie miała alergii (co prawda mam w szafce jakiś specyfik antyalergiczny, ale to raczej nic nie da...). Szafki i półeczki dla dziewczątka opróżnione, zwolniłam przynależne miejsce w lodówce. I czekam, z pozycją gumowego ucha, nasłuchując, czy te kroki na korytarzu nie zbliżają się właśnie do drzwi 418, czy nie ma zatrzymania przed nimi, czy to już pukanie - i póki co - cisza na froncie, na moje małe szczęście.

Żeby nie zrobiło się jednak zbyt dramatycznie były i dzisiaj całkiem miłe chwile. Wysłałam list jeden, dostałam decyzję pewną i jeszcze Sioma jakoś tak pojawił się na korytarzu niespodziewanie. Z Boskim robiliśmy też za Szczygieł-przeprowadzki: wytargaliśmy biurko dla Śliwki z IV na II piętro, a że biurko było kolosem w swojej klasie - zmordowaliśmy się przyjemnie. No i jeszcze wykazałam się miłosierdziem wielkim i cichym - przenosząc czyjeś rzeczy z pokoju dwuosobowego do pokoju jednoosobowego - czemu miłosierdziem? - bo ja po prostu miła dziewczynka jestem, nawet jak ktoś ze mną gra nie do końca fair :)


Tak na koniec: wyobraźcie sobie widną polanę, zaszytą gdzieś w głębi lasu, porośniętą złotą, wysoką trawą, na skraju której (polany, nie trawy :) położony jest staw głęboki, na którym kaczek mnogość. Kolory nasycone intensywnością mienią się w oczach i nie wiecie, gdzie nie spojrzeć, by się nie zachwycić. Skupcie się! Skupcie się, bo... Nagle słyszycie niesamowity dźwięk, takie połączenie gwizdu spadania z zaciętym zgrzytem ataku - wzrokiem podążacie ku górze, próbując wypatrzeć, z której strony zbliża się do Was zagrożenie. I wreszcie widzicie: to sokół, najpiękniejszy, najszlachetniejszy, ponad Waszymi głowami. Jego lot pewnie kieruje się ku ofierze. Stoicie bardzo blisko niej, już prawie czujecie na skórze otarcie jego piór, świst dzwoni w uszach. Ptak uderza w jedną z kaczek, nie raniąc jej, jedynie ogłuszając, ta upada na poszycie. Zastanawiacie się gdzie jesteście i czy to możliwe. Naprzeciw Wam wychodzi mężczyzna ubrany w strój myśliwego, na jego twarzy wymalowane jest zadowolenie, wydaje niezrozumiałą dla Was komendę. Syczący sokół wiruje jeszcze przez moment nad głowami, aż wreszcie ląduje na rękawicy Nieznajomego, dopominając się nagrody w postaci kawałka mięsa, którą otrzymawszy, pochłania powoli, jakby rozkoszując się nią, lub kolejnym zwycięstwem swojego instynktu. Nieznajomy drugą dłonią lekko głaszcze ptaka mówiąc do niego cicho, szeptem jakby, może czule, a Wy ciągle stoicie obok, zahipnotyzowani, zastanawiając się nadal, gdzie tak naprawdę jesteście, co to za miejsce i czego świadkami przed chwilą byliście?
A odpowiedź jest bardzo prosta: znaleźliście się w moim śnie, tym, który przydarzył mi się tej nocy, i którego wspomnienie budzi we mnie nadal dreszcze i fascynację, bo o sokolnictwie wiem tyle, co o fizyce kwantowej, czyli nic, nie mając żadnej styczności z tematyką polowań z ptactwem łownym.
Bo to jeden z tych abstrakcyjnych snów, który w jakiś sposób stanowi odbicie mojego pokręcenia...
Z samego rana trochę się w internecie rozgościłam i poczytałam w tym temacie. Zadziwiające. Polowania, układanie ptaków i same sokoły, choć nie tylko one. Coś mi się zdaje, że chwilowo będę o tym czytać i czytać... :)

fot. Michał Matuszewski - mam pozwoleństwo ;)
Piękny, prawda?

niedziela, 26 września 2010

zakamarkowo

Zakamarkowe skojarzenia i wspomnienia...
Schowane w sonacie, pod skrzypiec i fortepianu pledem miękkim...


Dobrego wieczoru!

sobota, 25 września 2010

polowanie ;)

Otworzyła oczy niepewnie, lekko przecierając je dłonią, zastanawiając się czy to już... Spodziewała się stanu własnego nieciekawego: nocne pokasływania, kichania i wzdychania, znacznie skróciły czas na sen i jego spokój, ale teraz chyba wszystko już dobrze, chyba lepiej - pomyślała. W jej głowie zanuciło spontanicznie jedną z piosenek z Evity, oglądanej wczorajszego wieczoru. Spoglądała w okno, słońce igrało promieniami z szybą wesoło, krakowska kamienica majaczyła w jakimś oddaleniu. Wstała wreszcie leniwie, sobotnio, bez pośpiechu. Spojrzała na niebieskie okulary, niebieską okładkę książki Lema i niebieski pokrowiec niebieskiego aparatu. Zaśmiała się w duchu do siebie, bo przecież skoro dokoła niebiesko, to czas już na wędrówkę myśliwską.

I w jakieś 30 minut później widziało jej się i polowało tylko tak, przez kolejnych kilka godzin też. Możecie popatrzeć ;)))

No, może nie do końca, tak... ;)










I nawet nie potrzebowała słów...

piątek, 24 września 2010

komunikacyjny post... z chaosem w tle

Chyba jestem już dość ostro chora, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza i jedyne o czym myślę, to łóżko, a na nim podusia i kołderka.

Dzień był obłędny. Najpierw egzamin - ha hah - przełożony na przyszłą środę (nie z mojej inicjatywy), później sprzątanie w 418 - przede mną jeszcze masa pracy... Dalej: wyprowadzka Izz do inszego akademika, a teraz: przeprowadzka Aneszki do akademika - zwariować można, jak polskie góry kocham!


Poznań dzisiaj okropny, tłoczny, upalny, ociekający potem w tramwajach i autobusach, a wszystko przez paraliż komunikacyjny - remontują pyrlandzką stolicę na Euro (i kojarzy mi się to ze słowami : "Na początku był chaos"...) - a do tego czasu - koszmar na kółkach, szynach, a nawet nogach. Autobusy pokonują swoje zwyczajowe siedmiominutowe trasy w, bagatela, 50 minut lub dłużej. Nie lepiej z tramwajami. Do tego chyba w trzech miejscach padły światła i nim zjawili się policjanci z gwizdkami i lizakami- armagedon się dział, najdelikatniej rzecz ujmując, a mnie brała zwykła ku***ca... Najchętniej - nie korzystałabym już dzisiaj z żadnego środka transportu, ale się nie da - jakoś muszę z manelami wrócić do DSu. Na samą myśl robi mi się słabo.

Wyszperane w sieci :)
I końca nie widać...

W jednym z tramwajów podsłuchałam, nie-celowo,rozmowę dwóch licealistów:
- Ty wiesz, Maro, ja to jeszcze żadnego dnia w budzie nie opuściłem.
- Co? Mnie nie było jakieś półtora tygodnia.
- Eee, super. Ja nie mam jak - matka prawie za mną łazi do samej bramy.

Potem mijałam na chodniku grupkę małolatów - i jedna z pannic pochwaliła się "umiejętnością" głośnego i wielokrotnego bekania. A mnie - lekko odrzuciło, ale nic to.

W drodze powrotnej od Izz nowego lokum włączyło mi się "marudzenie", że "12" wlecze się jak flaki z olejem, co Boski skwitował tak:
- A wiesz, że połączenia w mózgu decydują się na najprostszą opcję działania. Nie marudź - bo ci się będzie pogłębiać i utrwalać taki system reagowania.
- Boski, toż ja tak pozytywna jestem jak pozytywka, ale mnie nogi bolą, głowa mi pęka i mam już 300 stopni Celsjusza. I wcale nie marudzę! O!

Dalej. Na przystanku w drodze do Aneszki spotkałam chlopaków, którzy grali w "ta jest moja", oczywiście chodziło o przechodzące kobiety/ dziewczyny/ dziewczynki(?), tylko właściwie nie jestem pewna, czy miarą "posiadania" była uroda czy inne licho. Fakt - nie sądziłam, że takie coś jeszcze funkcjonuje. Jak byliśmy mali ze Subkulturą, to czasem graliśmy w: "a ten samochód jest mój", ale żadne z nas nie przekroczyło wtedy 13 lat... A chłopaki z przystanku to już młodzian ekipa studencka, i to wyżej niż z pierwszego roku (zasłyszane informacje o II i III na informatyce).

Teraz? Zastanawiam się, jaki będzie efekt końcowy dyskusji Aneszki z dotychczasowym wynajemcą. Strach się bać.

Mam już też plan na jutro, jeśli tylko zdrówko pozwoli - zabiorę Eden Lema i aparat, i wybędę na Cytadelę, żeby wreszcie poczytać w spokoju i złapać trochę jesieni w obiektyw ;) I podoba mi się ten plan - Boski byłby ze mnie dumny - bo optymistycznie to chyba brzmi i wygląda.

Napisał(a): Cześ nad Czesiów, czyli pozytyw nad pozytywów. Ja.