Wieczorową porą - szykuję się do powrotu do domu: masa pakunków mniejszych i większych, kwiatki i Kaziu będą mi jutro ciążyły, a wizja mnie jutrzejszej przywodzi na myśl wielbłąda z masą tobołków... Podobnoż On ma mnie odprowadzić na stację, żebym się sama nie męczyła ;)
Co słychać dobrego i złego?
Po pierwsze - u Dziadków było cudnie i miło. Aneszka chyba zadowolona, choć stanowczo za dużo wspomnień nabiegło do jej głowy. Czasem tak jest, że pozornie zwykły wyjazd okazuje się wielka podróżą w czasie.
Ja też miałam taki moment. Byłyśmy na cmentarzu. U Wojcieszka. Pozwoliłam sobie pobyć z nim samej na krótki moment, żeby nie zaniedbywać Aneszki, lecz tak, by być sam na sam z nim... Wypruwanie z uczuć, mogłabym tak to nazwać, choć nie wprowadziło do mojej duszy takiego smutku, jakiego się spodziewałam i jakiego się bałam. Naprawiam się od środka, leczę z tego wszystkiego...
Wracam do Dziadków. Babcia serwowała moje ukochane frytki ze śmietaną, były kotlety, tona faworków i wielkie apetyty. W piątek Aneszka gotowała swoją zupę, w sobotę ja robiłam mojego popisowego kurczaka z curry w sosie śmietanowym i skromnie pisząc - było pysznie. Dziadek wydaje się sprzyjać mojej propozycji znalezienia towarzysza Psocie, więc szczeniak pojawi się lada moment.
Z innych spraw: było trochę powrotów do mojego dzieciństwa, wyszło kilka afer rodzinnych na światło iście wiosennego dnia. Ot i tyle. Spokojnie, miło, z nutką refleksji leniwych.
Poznań powitany na nowo nic się nie zmienił. Wszystko po staremu. Chyba jedynie Kazik dużo odważniej po swojej kosmicznej klatce biega.
Spotykam znajomych, śmieję się i czas płynie mi bardzo szybko. Wczoraj na przykład było wiśniówkowanie i karmelkowanie z Bobikiem - wódeczki smakowe podbijają moje podniebienie. Takie życie ma mnóstwo uroku.
PODSUMOWUJĄC: jest lepiej niż dobrze; kwitnie moja samodzielność; uczę się egoizmu w wersji soft i szafa gra.
Ze spraw gorszych - mój zakichany uniwerek obniżył mi stypendium - na 220 zł. To mniej więcej połowa z tego, co dostawałam do tej pory. I nikt już nie udaje, że studia dzienne, to tylko studia. Trzeba szukać PRACY!!! Fuckkkkk.
Przepraszam za jakoś tego wpisu, ale oczy mi się zasłaniają ciemnością. A to jedyna okazja - korzystam ;) Bo mi tu blog, odłogiem leżący, dogorywa...
Dobranoc.
Ps. Będą o moich mamach:
Ps. 1. Mam nowe buciorki ;) Takie trochu męskie, w brązie. Chwała zwrotom kasy przy reklamacjach.
Ps.2. Mam kolczyki z najsłynniejszym pocałunkiem - z Przeminęło z wiatrem :) Ku pocieszeniu po stypendium głodowym.
Ps. 3. Mam nowe spodnie - w brązie, bo wszystkie inne już poprzecierałam... Bu.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
środa, 31 marca 2010
po przerwie :)
Jestem, jestem ;) A nie mam kiedy pisać...
Tak czy siak. Dziś wieczorem wymęczę długaśnego posta :)
(teraz piorę, sprzątam i zmykać na zajęcia muszę :)
Ale:
Tak czy siak. Dziś wieczorem wymęczę długaśnego posta :)
(teraz piorę, sprzątam i zmykać na zajęcia muszę :)
Ale:
U MNIE WSZYSTKO GRA!!!
I STWIERDZAM Z NIEKRYTYM ZASKOCZENIEM - DOBRZE MI!!!
I STWIERDZAM Z NIEKRYTYM ZASKOCZENIEM - DOBRZE MI!!!
środa, 24 marca 2010
Decyzyjnie na spokojnie - główka pracuje :)
Dzisiaj troszkę spokojniej, żeby nie popaść w szaleństwo. Wyciszam się, co nie zmienia faktu, że w głowie nadal słonecznie i kolorowo! :) :) :)
Myślę, że Czesław Śpiewa, T.Love i U2 to dobry początek dnia: żeby grało, nuciło, szemrało. Moje muzyczne odskocznie, oderwania. Od kiedy mój laptop nie istnieje (tak tak, umarło mu się na dobre) słucham tego, co u Aneszki na kompie: mamy zbieżne gusta, ale czasem brakuje mi moich staroci...
Leniuchuję, wagaruję w tym tygodniu dość konkretnie, ale po prostu nie wysiedziałabym od rana do nocy na uczelni. Wczoraj skończyłam zajęcia o 20. 30 - dziś pewnie potrwają dłużej, bo wykład okraszony jest zażartą dyskusją :) No to pass - potrzebuję swobody, a nie przykucia do krzesełka :) Post pisze się z łóżka, jeszcze w nocnym stroju Pisząca, kawa na stole, Kaź przy miseczce, Aneszka wybyła na miasto. Harmonia, moi Mili. Harmonia.
A jutro wyjazd do Dziadków kochanych. Stęskniłam się za Nimi już bardzo... Tak dawno nie spędziłam u nich więcej niż jednego dnia... A teraz - od czwartku do niedzieli :) Zabieram Aneszkę. Hi hi, porzucać Poznań dla małej wioseczki - i wyczekiwać tego z wypiekami na twarzy - dość abstrakcyjne, co? Wreszcie, wreszcie, wreszcie :) :) :) Babcia obiecała, że zrobimy faworki, mam nadzieję trochę jej pomóc przy przedświątecznym sprzątaniu, wymyśliłam, że ugotuje mojego kurczaka curry w śmietanie. Z Dziadkiem muszę wynegocjować, by jakiś szczeniak dołączył do staruszki Psoty, bo luka po Uszatym daje się odczuć zbyt intensywnie. Ten wyjazd to perspektywa powrotu do dzieciństwa, bo w T. zawsze jestem małą dziewczynką, beztroską i rozpieszczaną, a ja lubuję się w rozpieszczaniu :) Mam nadzieję, że Aneszka będzie zadowolona i że jej się spodoba. W ogóle niesamowite jest mieć przyjaciółkę, która faktycznie wtapia się we mnie i moje życie (i vice versa) - dobrze nam w takim splątaniu żywotów nieświętych studentek UAMu ;D
(Chciałabym, żebyście teraz zobaczyli, jak pięknie wygląda moja krakowska kamienica w blasku wiosennego słónca - jasna, wyraźnie zarysowana, otoczona takim ciepłem niedefiniowalnym... ).
Dzieje się ostatnio mnóstwo rzeczy w mojej głowie. Ruszam do przodu, dziarsko i z zapałem. Wybrałam trudną trasę, szlak, którego istnienia tylko się domyślam i nie jestem pewna, czy nie okaże się on prowadzić donikąd, może nawet będzie ślepym zaułkiem. Ale wiem, że nie mogę postąpić inaczej - trzeba coś stracić, żeby coś zyskać. To, co poświęcę wydaje się być święte i przeraża mnie świadomość tego. Tylko, że jestem już na takim etapie mojego życia, że nie mogę ciągle liczyć na fart losu, pora na coś samodzielnie zapracować, o coś zawalczyć, a stawka jest ogromna. Przepraszam, że nie piszę jasno o co chodzi, ale jeszcze nie czas na to. Teraz muszę wewnętrznie przygotować się do zmian, które przyjdą.
Przekonałam się ostatnio, że naprawdę jestem coś warta, że są we mnie cząstki: piękna, mądrości i dobra. Chcę je pielęgnować, chcę by takie poczucie we mnie dojrzewało - by Cześ mógł kiedyś dumnie powiedzieć, że jest Czesławem z prawdziwego zdarzenia.
Świat wokół jest niesamowity - spotykam codziennie ludzi, którzy zarażają mnie pasją istnienia: są pogodni i otwarci, a ja przy nich - nagle zyskałam zdolność przeżywania szczęścia, które wcześniej było ledwie wspomnieniem. Moja codzienność opiera się ostatnio na fundamencie takich rozmów, na które wcześniej sobie nie pozwalałam, o których nie śmiałam nawet marzyć.
Wczoraj zrobiłam bilans tego, co mam i co mogę mieć - przyszłość wygląda zdecydowanie lepiej niż przeszłość i teraźniejszość. Trzeba zmian, trzeba odwagi i konsekwencji...
Tyle na teraz... Aneszek wrócił: zakupowo, zakupowo :) Pogaduchy się szykują - poddam się im ochoczo.
A Wam - miłego dnia, cieszcie się cudna pogodą! :)
Aha - a tak jest teraz we mnie w środku; spokojnie, z ciepłym światłem i nutką marzycielstwa - obiecujący widok, nie sądzicie?
wtorek, 23 marca 2010
Przesłanie dnia :)
Hedonizm rządzi - dogadzanie sobie jest formą największej celebracji własnej osoby, a przyjemności z tego płynące tak liczne, że wymienianie byłoby jedynie marnym żartem...
Wniosek z tego taki - żyć pełnią życia, oddychać tlenem w postaci czystej i szczerzyć kły do wszystkich, co nam w drogę wejdą!!!
He he... czyżby dobrego nastroju dzień kolejny? (Czy to się nie robi nudne, co?) ;)
Wniosek z tego taki - żyć pełnią życia, oddychać tlenem w postaci czystej i szczerzyć kły do wszystkich, co nam w drogę wejdą!!!
He he... czyżby dobrego nastroju dzień kolejny? (Czy to się nie robi nudne, co?) ;)
poniedziałek, 22 marca 2010
"Czas jak rzeka, jak rzeka płynie..."
Nie zaglądałam tutaj od czterech dni, ale cóż to były za dni!!! :) :) :)
Wbrew wcześniejszym obawom - uśmiech nie schodzi mi z ust. Mój dobry humor odbija się od wszystkiego, co dokoła mnie... I jakoś tak mi spokojnie, błogo w środku, co przekłada się na RADOŚĆ w postaci czystej! Łatwiej zasnąć, łatwiej wstać z łóżka, łatwiej przebrnąć przez codzienne obowiązki. Jest tylko mały mankament: napływ myśli pędzi w mojej głowie, niczym wyścigówka wyścigowa numer 6 na wyścigach wyścigowych . Stąd krótkość zdań - żeby nie umknął mi ich sens. Zdolność kojarzenia wzrosła o jakieś 150%. ;P
Małe zestawienie tego, co się działo podczas mojej niebytności:
* Impreza u Niego w piątek- wielkie ognisko za domem - pierwsze w zadziwiająco ciepłą noc marcową. Paliło się sheeshę z tytoniem o smaku malagi (prosto ze Sudanu). Całość prezentowała wielkie nicnierobienie studentów i niestudentów: były rozmowy o Cejrowskim, granie na dżidżeridu. Zebrała się cała ferajna - nasza akademicka paczka plus ekipa domowych, a słodki, upojny klimat unoszący się w powietrzu narzucał się wszystkim jakimś lirycznym wyciszeniem, choć gwar i śmiech przebijały się echem między nami. Podkreślić należy, iż wreszcie udało się zebrać wszystkich na Sarmackiej (no, Misiaka nie było - ale akurat wyjechał do domu)...
*Sobotnio... No tutaj to będzie dłuższy opis ;) Wieczór panieński Marleny, który tak pieczołowicie organizowała Aneszka udał się nam wybornie (mam na myśli nas dwie, bo...hmmm, chyba bawiłyśmy się najlepiej - obie w swoim żywiole). Udało mi się wreszcie wlać w siebie alkohol w ilości przekraczającej jeden kufel piwa - pełen sukces ;D A oto my dwie: -Red Aneszka i Black Cześ :

Najpierw zlot w Wesołym Rogerze, później przedefilowanie z winkiem dziadka Władka przez rynek, by zakotwiczyć w Brogansie. Tam (chyba) urwał mi się film (pierwszy raz w życiu), choć po skonsultowaniu z wszystkimi obecnymi udał mi się odtworzyć te kilka godzin i wierzcie mi: działo się, działo... Wniosek z tego taki, że Cześ is the monster zabawowy, tylko musi mieć do tego odpowiednią kompanię/ szampanię. Wieczór udaję za udany; wyglądałam bosko, czułam się bosko i rozrabiałam całkiem, całkiem.
I choć panna młoda była nieco przygaszona i niegramotna w temacie "bawmy się" - reszta korzystała ile wlezie, że tak to kolokwialne ujmę ;) I Izu poznała chłopaka, który wczoraj zaprosił ją na naleśniki (podobno były pyszne). On wytańczył się na całego, choć raczej nie ze mną, ale to szczegół nieistotny zupełnie :) Aneszka wyszalała się przy boku Piotrusia. A ja - miałam przerwę na mały spacer, by "zjeść co nieco" w towarzystwie Młodego ;) Powrót do domu brutalnie przerwał czar wieczoru...
*Dzisiaj to już trochę lżejsze sprawy. Wyspałyśmy się. Poszłam na zajęcia (40 minut wykładu). Po czym udałyśmy się z Aneszką na Maltę, by dokupić jej cosia fioletowego do fryzury, nie znalazłyśmy nic ciekawego w tym temacie. Zamiast tego uposażyłyśmy znów Kazika - ma teraz klatkę z prawdziwego zdarzenia, dwie różne karmy i naszą miłość względem niego ogromną (choć ta to już dużo wcześniej się narodziła)... Oto Kaź i jego nowy dom, z którym przemierzyłyśmy pół Poznania, albo i więcej :)

Kazik jest jeszcze nieco oszołomiony, z trudem zwiedza klatkę, wdrapuje się do tunelu - zaprzyjaźnił się za to z kołowrotkiem, którego skrzypienie mogłoby zabić, ale spotkanie go z oliwką dla dzieci odniosło pożądany skutek.

Wyczerpał mnie nieco wypoczynkowy weekend. Ale mam siły na resztę tygodnia - w czwartek jadę do babci, Aneszka ze mną ;) Byle do czwartku.
A tutaj zajrzę, jak znajdę czas, bo czas, jak rzeka, jak rzeka płynie...
Pa ;)
Wbrew wcześniejszym obawom - uśmiech nie schodzi mi z ust. Mój dobry humor odbija się od wszystkiego, co dokoła mnie... I jakoś tak mi spokojnie, błogo w środku, co przekłada się na RADOŚĆ w postaci czystej! Łatwiej zasnąć, łatwiej wstać z łóżka, łatwiej przebrnąć przez codzienne obowiązki. Jest tylko mały mankament: napływ myśli pędzi w mojej głowie, niczym wyścigówka wyścigowa numer 6 na wyścigach wyścigowych . Stąd krótkość zdań - żeby nie umknął mi ich sens. Zdolność kojarzenia wzrosła o jakieś 150%. ;P
Małe zestawienie tego, co się działo podczas mojej niebytności:
* Impreza u Niego w piątek- wielkie ognisko za domem - pierwsze w zadziwiająco ciepłą noc marcową. Paliło się sheeshę z tytoniem o smaku malagi (prosto ze Sudanu). Całość prezentowała wielkie nicnierobienie studentów i niestudentów: były rozmowy o Cejrowskim, granie na dżidżeridu. Zebrała się cała ferajna - nasza akademicka paczka plus ekipa domowych, a słodki, upojny klimat unoszący się w powietrzu narzucał się wszystkim jakimś lirycznym wyciszeniem, choć gwar i śmiech przebijały się echem między nami. Podkreślić należy, iż wreszcie udało się zebrać wszystkich na Sarmackiej (no, Misiaka nie było - ale akurat wyjechał do domu)...
*Sobotnio... No tutaj to będzie dłuższy opis ;) Wieczór panieński Marleny, który tak pieczołowicie organizowała Aneszka udał się nam wybornie (mam na myśli nas dwie, bo...hmmm, chyba bawiłyśmy się najlepiej - obie w swoim żywiole). Udało mi się wreszcie wlać w siebie alkohol w ilości przekraczającej jeden kufel piwa - pełen sukces ;D A oto my dwie: -Red Aneszka i Black Cześ :
Najpierw zlot w Wesołym Rogerze, później przedefilowanie z winkiem dziadka Władka przez rynek, by zakotwiczyć w Brogansie. Tam (chyba) urwał mi się film (pierwszy raz w życiu), choć po skonsultowaniu z wszystkimi obecnymi udał mi się odtworzyć te kilka godzin i wierzcie mi: działo się, działo... Wniosek z tego taki, że Cześ is the monster zabawowy, tylko musi mieć do tego odpowiednią kompanię/ szampanię. Wieczór udaję za udany; wyglądałam bosko, czułam się bosko i rozrabiałam całkiem, całkiem.
I choć panna młoda była nieco przygaszona i niegramotna w temacie "bawmy się" - reszta korzystała ile wlezie, że tak to kolokwialne ujmę ;) I Izu poznała chłopaka, który wczoraj zaprosił ją na naleśniki (podobno były pyszne). On wytańczył się na całego, choć raczej nie ze mną, ale to szczegół nieistotny zupełnie :) Aneszka wyszalała się przy boku Piotrusia. A ja - miałam przerwę na mały spacer, by "zjeść co nieco" w towarzystwie Młodego ;) Powrót do domu brutalnie przerwał czar wieczoru...
*Dzisiaj to już trochę lżejsze sprawy. Wyspałyśmy się. Poszłam na zajęcia (40 minut wykładu). Po czym udałyśmy się z Aneszką na Maltę, by dokupić jej cosia fioletowego do fryzury, nie znalazłyśmy nic ciekawego w tym temacie. Zamiast tego uposażyłyśmy znów Kazika - ma teraz klatkę z prawdziwego zdarzenia, dwie różne karmy i naszą miłość względem niego ogromną (choć ta to już dużo wcześniej się narodziła)... Oto Kaź i jego nowy dom, z którym przemierzyłyśmy pół Poznania, albo i więcej :)
Kazik jest jeszcze nieco oszołomiony, z trudem zwiedza klatkę, wdrapuje się do tunelu - zaprzyjaźnił się za to z kołowrotkiem, którego skrzypienie mogłoby zabić, ale spotkanie go z oliwką dla dzieci odniosło pożądany skutek.
Wyczerpał mnie nieco wypoczynkowy weekend. Ale mam siły na resztę tygodnia - w czwartek jadę do babci, Aneszka ze mną ;) Byle do czwartku.
A tutaj zajrzę, jak znajdę czas, bo czas, jak rzeka, jak rzeka płynie...
Pa ;)
czwartek, 18 marca 2010
Bonus...
Muzyka w głowie... Dodaję jeszcze TO, bo mnie usidliła ta melodia jakiś czas temu, a może głos mnie usidlił - sama nie wiem. Tak czy siak: pewnie znacie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

