"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
środa, 7 grudnia 2011
Blog
Odrzeć człowieka z jego historii, a później rozebrać do nagich słów, bez kontekstów, bez tła, bez dygresji, bez objaśnień, to jak patrzeć na mapę, na której nie ma ani oznaczeń, ani skali. Można błądzić wzrokiem wokół nowego mieszkania, kolorów sof i ilości książek na półkach, jak błądzi się wzrokiem po konturach terytoriów, i nie dostrzec niczego. Można oceniać fryzurę, strój, jak szacuje się odległość od punktu A do punktu B. I znów pudło.
I brakuje człowieka, któremu czasem drżą dłonie, czasem drży głos. Zadowolonego lub przybitego.
Przeglądam listy blogowe. Zaglądam do ludków bliższych memu czytaniu i tych ciut dalszych. U jednych dobrze, a u innych gorzej. Brnę dalej, układając wszystko podług słów pisanych. Poznaję światy wykreowane. Stworzone. Czyjeś.
I nie umyka mojej uwadze, iż miejsca Malutkiej w sieci są takie same. Do szpiku kości zatopione w słowach, ociekające banalnymi ozdobnikami. Jakieś ochy, achy, grrr, wrrr. Codzienność to zlepek słów, słowa to lustro, ale czy same słowa wyrażają głębię, dostarczają niezbędnych informacji, przekazują prawdę?
Ile w tym mnie?
Ile mnie można dostrzec, poznać?
Przypominam sobie początki blogowo-pozablogowe.
Najpierw M. namówiła mnie do pisania, w innym miejscu, bardzo odległym od dziś czasie.
Od początku dostęp mieli A. i S.
Potem zaczęłam poznawać A. i M.
Pojawiła się S. Pojawił się N.
Odrobinę K.
Kilka okruszków C. i S.
Teraz to miejsce, w wielkim wyciszeniu i zapomnieniu.
I skrobię tu od czasu do czasu, najczęściej o tym, że mi nieszczególnie. I jak to ja - nie potrzebuję przyczyny, by było nieszczególnie. Ale potrzebuję skrobania. Mniejszych i większych ku skrobaniu wskazań. Nawet jeśli trafisz tu, bo w google wpisałeś/łaś: "wódki jej", "jak to było z pyrką", "seks akademiki" czy wreszcie "tandeta,kicz,święta".
Bardzo się cieszę, że nie zamknęłam I patrzy w niesprzyjającym mu czasie, bo zbyt wiele siebie przepadłoby i tego, co czułam siadając do pisania; bo wiem, smęcę tu emocjonalnie, czasem zapominając, że mam jakiś rozum, szczyptę inteligencji, ale bez tej mojej emocjonalności byłabym kimś innym i nie chodzi o to, czy lepszym, czy gorszym, ale innym...
Ten moment, gdy palce błądzą po klawiaturze, czasem o czymś zupełnie innym niż zamierzałam, już sam w sobie sentymentalny, opowiada mnie moimi własnymi słowami, zaskakująco dziwnie przypominając rozsypane piegi, kolor oczu nieokreślony, manierę zakładania wszelkich szalików i czapek.
Czasem mam wrażenie, że blog to niekończące się wypracowanie na temat: stwórz charakterystykę dowolnie wybranej przez siebie postaci.
Bo większość blogerów to postaci literackie, bardziej lub mniej odzwierciedlające realnych ludzi.
No i Czesław.
Już zimowy. Miłoszowy. Nowiuśki...
(Już wiem, co chcę znaleźć pod choinką :DDD)
piątek, 25 listopada 2011
Cały dzień między ludźmi. W gwarze i śmiechu. W lekkim pokrzykiwaniu.
Aż do słowa, które padło niespodziewanie....
Musiałam wcześniej wyjść z pracy.
Dłużej nie udałoby mi się przyklejać uśmiech nr 5 do twarzy.
Rozplanowuję wieczór. Chcę być sama. I będę. Mając pełne ręce roboty.
Dziwny ten czas.
I siebie w nim nie poznaję.
czwartek, 24 listopada 2011
Trudna noc za mną. Okres snów koszmarnych zaczyna się z impetem. I budzę się, budzę, zbyt często, zlana potem, niespokojna. I wiem, że destrukcja płynie gdzieś z podświadomości.
W pracy udaję, że mi ok, ale z mizernym skutkiem.
Nic mi się nie chce. Nie mam na nic sił.
Ciało poddaje się. Boli mnie dosłownie wszystko.
Wystarczył jeden telefon, żebym się rozsypała.
Chciałabym się schować. Zniknąć. Rozpuścić.
Nie myśleć już o niczym. Nie zastanawiać się. Nie rozwiązywać problemów.
Może powrót do domu na chwilę coś zmieni. Może odpocznę. Może skupię uwagę, na zewnątrz.
Wewnątrz ustaliłam datę, do której nie zapłaczę, bo:
wtorek, 22 listopada 2011
do Ciebie
Dlaczego życie musi być wielowymiarowe?
W tym najważniejszym zabijasz mnie z premedytacją, za każdym razem szarpiąc resztki tego, co kiedyś było sercem. Za każdym razem udowadniając mi, że Ty beze mnie i owszem, ale ja bez Ciebie to już nie.
Jeśli można w jakiś sposób odciąć ten sznur - zrób to, tak, żeby bolało jak najmniej.
Mój świat znika gdzieś pod zamkniętymi powiekami. Łzy, niczym ulewa rozbijają się na policzkach, przenikają pomarańcz bluzki, spływają w niewiadomą po szyi. Dłonią drżą niepewne, drżą razem ze mną, drżą jak ja - znów ustawiona po drugiej stronie smutku, zlana ze smutkiem, w smutku obmyta.
Zostawiasz mnie i znikasz. Do tej pory wracałeś.
Teraz Ci wierzę - nie wrócisz.
Spotkamy się jeszcze raz. Nie obiecuję, że powstrzymam płacz. Wiesz, że mi się to nie uda.
Mimo to przyjedź. Zrób wszystko, żeby przyjechać.
I kochaj mnie ten ostatni raz. I tul. I całuj. I nie udawaj, że coś jest poza. I pozwól mi jeszcze raz czuć Twoją bliskość, dotykać Twoich ust moimi wargami. Zanurzać dłonie w Twoich włosach. Słuchać bicia naszych serc.
Przyjedź i mnie kochaj, miłością fałszywą, jeśli w Tobie jej już nie ma.
Podaruj mi ostatni dzień. Ostatnią noc.
Nim zapadnie zmrok w moim sercu, w mojej głowie.
Sam wiesz, że mój świat kończy się na Tobie, bo zawsze dawałeś mi skrawek nadziei, że jeszcze wrócisz.
Rozdarłeś ten skrawek na strzępy.
I może wszyscy, włącznie z Tobą mają rację - NAS już nie ma.
Tylko, że do mnie to nie przemawia.
Ciebie nie ma już dla mnie.
Ale ja nadal będę Cię kochać. Bo inaczej nie umiem.
W tym najważniejszym zabijasz mnie z premedytacją, za każdym razem szarpiąc resztki tego, co kiedyś było sercem. Za każdym razem udowadniając mi, że Ty beze mnie i owszem, ale ja bez Ciebie to już nie.
Jeśli można w jakiś sposób odciąć ten sznur - zrób to, tak, żeby bolało jak najmniej.
Mój świat znika gdzieś pod zamkniętymi powiekami. Łzy, niczym ulewa rozbijają się na policzkach, przenikają pomarańcz bluzki, spływają w niewiadomą po szyi. Dłonią drżą niepewne, drżą razem ze mną, drżą jak ja - znów ustawiona po drugiej stronie smutku, zlana ze smutkiem, w smutku obmyta.
Zostawiasz mnie i znikasz. Do tej pory wracałeś.
Teraz Ci wierzę - nie wrócisz.
Spotkamy się jeszcze raz. Nie obiecuję, że powstrzymam płacz. Wiesz, że mi się to nie uda.
Mimo to przyjedź. Zrób wszystko, żeby przyjechać.
I kochaj mnie ten ostatni raz. I tul. I całuj. I nie udawaj, że coś jest poza. I pozwól mi jeszcze raz czuć Twoją bliskość, dotykać Twoich ust moimi wargami. Zanurzać dłonie w Twoich włosach. Słuchać bicia naszych serc.
Przyjedź i mnie kochaj, miłością fałszywą, jeśli w Tobie jej już nie ma.
Podaruj mi ostatni dzień. Ostatnią noc.
Nim zapadnie zmrok w moim sercu, w mojej głowie.
Sam wiesz, że mój świat kończy się na Tobie, bo zawsze dawałeś mi skrawek nadziei, że jeszcze wrócisz.
Rozdarłeś ten skrawek na strzępy.
I może wszyscy, włącznie z Tobą mają rację - NAS już nie ma.
Tylko, że do mnie to nie przemawia.
Ciebie nie ma już dla mnie.
Ale ja nadal będę Cię kochać. Bo inaczej nie umiem.
sobota, 19 listopada 2011
no więc
Malutka z magistrem, gromadką przyjaciół, Rodzicielką łkającą do telefonu i ślicznym bukietem róż czuje się dokładnie tak, jak czuła się magistrem nie będąc.
Jedyna różnica jest taka, że nie ma już przede mną żadnego stresu uczelnianego.
Ale i tu bez fajerwerków :)))
Właściwie Malutkiej jest przykro, bo liczyła, że ten jeden raz sobie o niej przypomni. Zadzwoni. Napisze. Cokolwiek. Tymczasem nic.
Ciężko jest się odkochać. Nawet jeśli kocha się tylko wspomnienie chłopaka, który pięć lat temu był kimś zupełnie innym, kimś komu oddała całą siebie.
Ciężko pogodzić się z tym, że on sam już siebie nie poznaje, że zapomniał kim jest.
I że na własne życzenie rozwala sobie życie.
wtorek, 15 listopada 2011
ciii
chciałabym jeszcze raz uwierzyć
jeszcze raz poczuć
jeszcze raz potrafić
i chciałabym rozciągnąć w czasie swoimi palcami warkocze
tak
i nie inaczej
sama samiutka samiusieńka
pośród ludzi którzy już za mną tęsknią.
niedziela, 16 października 2011
jesień...
Zaglądam tu z namaszczeniem.
Przydarza mi się skomplikowanie snów.
I marzenia wędrują bardzo daleko.
Pisząc tu - wyciągam esencję dni. Najtrudniejsze.
Dlatego tak rzadko.
Codzienność wrobiłam w dziennik ekstrawaganckiego adresu blogowego.
Kiedy mi źle. Kiedy się martwię o Nich. Kiedy sobie myślę, że bez Nich. Kiedy płyną łzy, a o łzy jest tak nietrudno, wystarczy strącić jedną kroplę rosy... Kiedy pochłaniam entą gruszkę z sadu dziadka. Kiedy myślę, że niedługo będę musiała uśpić Jovana. Kiedy zastanawiam się, co począć z Kaziem. Kiedy to niby błahostki, ale już poważne problemy.
Powstrzymuję słowa. Tutaj wyważam, co głośne, i co ciche, co ryzykowne, co bezpieczne, co banalne, a co nietuzinkowe.
I nagle nie mam nic do powiedzenia.
Do następnego razu...
Jakoś mi tak miło i aksamitnie jesień skleja myśli, rozmarza i przeplata refleksami zadumnymi. Najlepszy czas w roku: umysł może żonglować między poezją a prozą słowem, jak piłką.
Przydarza mi się skomplikowanie snów.
I marzenia wędrują bardzo daleko.
Pisząc tu - wyciągam esencję dni. Najtrudniejsze.
Dlatego tak rzadko.
Codzienność wrobiłam w dziennik ekstrawaganckiego adresu blogowego.
Kiedy mi źle. Kiedy się martwię o Nich. Kiedy sobie myślę, że bez Nich. Kiedy płyną łzy, a o łzy jest tak nietrudno, wystarczy strącić jedną kroplę rosy... Kiedy pochłaniam entą gruszkę z sadu dziadka. Kiedy myślę, że niedługo będę musiała uśpić Jovana. Kiedy zastanawiam się, co począć z Kaziem. Kiedy to niby błahostki, ale już poważne problemy.
Powstrzymuję słowa. Tutaj wyważam, co głośne, i co ciche, co ryzykowne, co bezpieczne, co banalne, a co nietuzinkowe.
I nagle nie mam nic do powiedzenia.
Do następnego razu...
Jakoś mi tak miło i aksamitnie jesień skleja myśli, rozmarza i przeplata refleksami zadumnymi. Najlepszy czas w roku: umysł może żonglować między poezją a prozą słowem, jak piłką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)