niedziela, 17 października 2010

zerżnięte od Hitchcocka (ale nie do końca)...

Jest taka jedna butelka Chopina, która bardzo dużo zmieniła w moim życiu, przewracając je do góry nogami, właściwie bardziej tegoż przewrotu prowodyra odgrywając rolę. Wczorajszo-dzisiejszej nocy spoglądałam na nią, zastanawiając się, czy na lepsze.
I wszystko zależy od perspektywy. W przeciągu dwóch godzin chyba ze trzy razy zmieniałam zdanie.


chwilowo zaś to jest moja ulubiona perspektywa:




I to, które podoba mi się najbardziej:


sobota, 16 października 2010

sobotni, powracający, kolorowy itd...

Jest we mnie taka prawidłowość, która opiera się na powrotach, nagłych, ale i wyczekiwanych, takich, co to pojawiają się znikąd albo przychodzą, objawiając się wcześniej licznymi znakami; bywa i tak, że to ktoś staje się magnesem przyciągającym je do mnie.

No dobra. Dość masła maślanego.

Znów słucham Beatlesów, znów oglądałam ten film, który powstał z interpretacji ich piosenek. Pozytywnie mi. Jasno. Śpiewnie. A na zewnątrz szaruga - mam kontrast ;)
Ale ja tak lubię: słuchać muzyki, którą znam doskonale i wielbię; oglądać filmy, które raz zrobiły wrażenie i ten stan się utrzymuje przy kolejnych seansach; lekturzyć książki, które ciągle mają w sobie to "coś" i listy przeglądać, które czytam namiętnie i regularnie od dobrych kilku lat. Tak mam.
He he.
Sentymentalna Malutka, czyli Cześ pamiętliwy :DDD

Wieczorową porą zbiłam szklankę Aneszki, tuż przed piciem mołdawskiego wina urodzinowego i żeby nie było - do wina poprosiłam o kubek - moje dłonie sieją spustoszenie pośród szkła - żadne się nie uchroni, każde skończy roztrzaskane na drobne kawalątki...

No i jeszcze na koniec: ostatnio pisałam o ładnym zachowaniu Czesia w autobusie, a teraz będzie o tym, co Malutka w snach porabia...

Drodzy Państwo. W snach jestem: z-ło-dziej-ką!!!
Tak, tak.
Wyszperane w sieci :)

I to nie byle jaką złodziejką, bo przecież gdybym napady na banki czyniła, byłoby to pospolite i nudnawe. A z drugiej strony okradanie niewinnych staruszek, wyrywanie im torebek to zbyt perwersyjne, nawet jak na mnie.
[Poprzedniej nocy "byłam" przyśnionym świadkiem przesłuchiwań taty Aneszka, który męczył Jareczka z pracy. Później Michaszko pochwaliły mi się, że chodzi z Katy Perry (kimkolwiek jest owa dama, bo... nie znam, ino nazwisko mi się o uszy obiło, ale tylko obiło)].
A tej nocy, bardzo ambitnie, z uśmiechem rzezimieszka i łobuza kradłam... błyskotki. Ze straganów, z budek jakichś niewielkich, takich jarmarkowych (tęskni mi się za jarmarkami poznańskimi, ale już niedługo). Powiewające szale i chusty wzorzaste, ludzi istne mrowie stanowiły moją ochronę. Z miną zachwyconej sześciolatki pakowałam lśniące szkiełka do kieszeni zdecydowanie za dużej na mnie bluzy, a potem, w bezpiecznym oddaleniu oglądałam jak lśnią w słońcu, jak jego promienie grają z kolorami moich zdobyczy, i powstały teatrzyk barw i świateł najpiękniejszym był teatrzykiem, jaki kiedykolwiek widziałam.
W ogóle kolorowo mi ostatnio w snach i tak onirycznie, w bajkowych odcieniach,w półświetle i w ukryciu - bardzo mi się to podoba, tym bardziej mam nadzieję, że bezsenne noce, zwieńczone koszmarami w wyżebranej godzinie zamkniętych oczu wyczerpały już swój limit. :)



W głowie gra mi tym filmem, już od jakiegoś czasu. Czekam tylko na najbliższą okazję, by znów się w niego zatopić, nim zachwycić, bo urzekł mnie wszystkim, co tylko możliwe... W szczególe i w ogóle - przypomina mi się zawsze wtedy, gdy tłoczą się w mojej głowie myśli zakochane w bajkach i świecie bajkowym...
Światłem, oknami, ogrodem, tańcem, dzieciakami, piękną Gwineth, czarującym Ethanem, tajemniczym Robertem, najwyjątkowszą z najwyjątkowszych Anne, papierem, węglem, farbą, sukienkami, seksem, lśniącą wodą, ciemną nocą, słońcem, miłością i wszystkim innym - warto sobie sobotę skomponować, uwierzcie...
(Szkoda, że ja muszę przełożyć to na jutro - czekam więc grzecznie).

Dobrej soboty Wszystkim :)

piątek, 15 października 2010

z czekoladą :)

a czasem sama siebie wyganiam
rozpędzam się między myślami
nocnie i dziennie wyhamować nie sposób
tylko smak czekolady na ustach unosi się
moją gonitwą powstrzymaną


Dzień jak co dzień. A może nie...
Aneszka urodziny - wszystkiego naj, naj, naj!!! Żeby każdy dzień był lepszy/ słodszy niż będzie nasz brownie...

Stałej dnia podobało się coś, na szczęście, i Cześ kontent :)))) Mrrrrrrr

Wyszperane z sieci :)

czwartek, 14 października 2010

o tym, jak Cześ w mordę dostał, w sprawie słusznej, przynajmniej.

Całkiem niedawno rozmawiałyśmy z Julką jak to jest z tym Poznaniem i Pomorzem.
I Julka stwierdziła, że "Tutaj" to inny świat: więcej "kultury", milej na ulicach, bez przekleństw wszechsłyszalnych, bez obelg i plucia na krawężniki, że "Tutaj" jest spokojniej i generalnie nastroje panują przyjemne. Z wad wysunęła dystans Poznaniaków i rezerwę w rozmowach, mniejszą bezpośredniość i obecność czegoś, co funkcjonuje na zasadzie tabu (w kwestii rozmów o kasie, seksie i polityce).
Ale przede wszystkim Juli podoba się to, że u nas bezpiecznie na ulicach, że nie boi się wieczorami szwędać po mieście, łazęgować między kamienicami.

No i masz babo placek. Też tak myślałam. Do wczoraj.

Zachciało mi się wczoraj wieczorową porą (coś koło 21) przejażdżki autobusem (w celu hedonistycznym zupełnie, ale mniejsza o to). I wszystko ładnie. W autobusie jakieś 7 osób, nie więcej. Droga mijała przyjemnie, od jednego przystanku do drugiego, aż na jednym z kolejnych wsiadła dziewczynka/ małolata, lat około 16, z krzykliwym Picassem na licach niewinnych, spódniczką w stylu mikro-mini i dziarskim pleplaniem w słuchawkę ślicznej połyskliwej komóreczki. I niby wszystko ok, ale jednak nie.
Panna postanowiła zająć miejsce, które zajmowały jakieś torby starszej pani, co to dwie kule miała, a mnie się widziało, że słabina z niej wielka. Dodam, że miejsc wolnych było od groma, a ta się uparła, młoda taka, w celu myślę, udowodnienia, że może...
Babcia powoli tłumaczyła, że przecież jest gdzie usiąść, a jej torby ciężkie i jej ciężko, i czy może mogłaby jednak wybrać sobie inne miejsce, i że bardzo prosi, i w ogóle (aż mi się ścisło w środku, że starsza kobiecina w takiej sytuacji, za przeproszeniem, gówniarę przepraszała). Ale jak to radzą: usssssaaaaaaaaaaaaa. Do czasu.
Jak młoda nieprzyzwoicie kląć zaczęła i babciny rękaw targać nie wytrzymałam ciśnienia, po trzeciej wzmiance: "K***a, że stara jesteś to będziesz miejsce zajmować, to k***a wyp*******j z tym, bo k***a, ja tu usiądę" lekko się wychyliłam apelując spokojnie, że miejsc jest dużo, a awantura nikomu nie potrzebna, czym rozjuszyłam dziewczę do białości.
I nie wiedzieć jak i kiedy poczułam, jak coś z siłą wgniata mi się w usta (ku chwale braku sprawności fizycznej w tym kraju: panna nie miała kompletnie "cela" i o sztukach walki pojęcie jej było raczej mizerne, na moje szczęście). Nie czując bólu zaproponowałam, żeby jeszcze moją głową o szybę tłuc zaczęła, albo nerki mogła mi skopać. Ale z propozycji nie skorzystała, wysiadła prędziutko na najbliższym przystanku i tyle ją wszyscy widzieli.
Starsza pani oczywiście dziękowała, że się za nią wstawiłam, przepraszała, że oberwałam, ale mnie najbardziej bawi fakt, że nikt inny nic nie zrobił: gapiło się 6 osób w szyby, sufit i podłogę aftobusu, a małolata robiła łubudu...

U celu mej przejażdżki zreanimowano mi wargę już lekko zapuchniętą kostką lodu i generalnie prawie nic nie widać, tylko krwiak niewielki - dopiero przy ostrym przyglądaniu się.
Wyszperane w sieci :)

No, ale przynajmniej się sprawdziło, że każdy przynajmniej raz po "mordzie" oberwać musi...

środa, 13 października 2010

komplement

Wyszperane w sieci :)

Z komplementami to jest tak, że zawsze wydają mi się nieprawdziwe i niesłusznie przyznane. Ale ten dzisiejszy budzi we mnie szczere zadowolenie:

Masz w oczach coś północnego, skandynawskiego, szarą surową zadumę i jej tajemnicę, wiesz, taką przyciągającą tajemnicę...

Nie wiedziałam... :))) Ale to było miłe.
Skandynawia jest magiczna. Dla mnie. Z różnych powodów.

wtorek, 12 października 2010

spoetyzowane składanie myśli

wczoraj
młodzi rozsiadali się przy barze wieczorową porą
gwarem i śmiechem zagłuszając łzy
moszczone na kanapie
wilgotne i ciepłe
roztopione w czyimś uśmiechu pobłażliwym a czułym
rozlewane przy stoliku okrągłym
przez światło w szkle w czerwonym żarze ścian i foteli opasłych
i wszyscy widzieli nienatarczywie
tusz rozlany na policzkach tamtej dziewczyny

Wyszperane z sieci :)

No tak. Brakuje mi asertywności, coraz bardziej.
A potem beczę, w knajpie, przez kilka godzin.
Dobrze, że tym razem nie byłam sama.
Dziękuję ;*
I dobrze, że wreszcie mogłam wyszlochać te wszystkie treści, które poskramiałam, odpychałam w każdej sekundzie, gdy do mnie przychodziły podstępnie.

Poza tym - Kubuś zamieszkał 3 pokoje dalej :))) Już był po sąsiedzku pożyczyć pieprz i sól - dobrze, że nie cukier, bo mam na wykończeniu :DDD
Julka stwierdziła, właśnie, że 8 stycznia rodzą się najlepsi ludzie (znaczy się Cześ między nimi) :))) Zrobiła dziś pierwsze duże zakupy i chyba zaczyna się tutaj zadomawiać. Wesoło nam w 418.

Ciocia jest w szpitalu - pewnie będę musiała wrócić do domu wcześniej, pomóc mamie ze wszystkim. Ciekawe co to za grypa, która zdecydowanie grypą nie jest? Zaczynam się martwić.

Postanowienie na za niedługo: nabyć ametyst... I pójść do kina na samotny seans, może na Doriana Graya?...
Odrobina luksusu odrywa dla mnie gwiazdy z nieba, zawieszając je, jak wiśnie na uszach.

Nocnie poddaję się fortepianowi; takiemu graniu, które ni to z palców, ni z duszy wywleka nieokreślony zachwyt, kreśląc na klawiszach piękno i pięknu skradziony szept.
...
Dlaczego zawsze wszystko, co mnie fascynuje najbardziej wydaje mi się wykradzione wieczności, schowanej między ostami na skalistym urwisku?
Poezja przebija w strumieniu światła przygaszonego nijakość moich myśli codziennych. Pogrywa cieniem na ścianach, ociera się o moje stopy, łaskocząc je głodem zaczytania, zasłuchania, zapisania - zalotnie rzęsami trzepocze Leśmian, uwodząc mnie słowem na Łące. Poetyckość jak woal nadchodzącej nocy, jak obietnica nadchodzących snów.



Udanego wieczoru!

poniedziałek, 11 października 2010

refleksyjny poniedziałek


dzień z butelką cierpkiego wina
za mną już chyba dwie lampki, niepostrzeżenie upijające rzeczywistość
najpierw jedna drzazga, później kolejna
za moment będzie następna, jako trzeci kielich wytrawnego trunku
pozakłuwane, pijane myśli zaplątane w pajęczynie niczego

Zastanawia mnie kto komu bardziej przeszkadza, kto komu bardziej nie pasuje.

Marginalizowanie, zapominanie, wypominanie - przyzwyczajam się.


Przede mną stosik książek, na które czekałam od dawna, aż przestałam wierzyć, że będą do mnie należały. I o dziwo nie cieszą mnie najbardziej tomiki wierszy Szymborskiej, Baczyńskiego, Tischnera czy Tetmajera, ale ślicznie zilustrowana przez Zdenka Milera książka przedstawiająca trzy przygody Krecika :) Dzieciństwem pachnie Krecik i zielona gwiazda. Przyjemnie wpijać się w każde kolejne zdanie, każdy akapit - dziecinnieję na starość :))) Miły akcent, kładący się na poniedziałkowe popołudnie, na poniedziałkowość w ogóle.

ilustracja Zdenka Milera,
foto Czesia :)


Powrót z domu spokojny. Było w granicach normy, mimo dialogów uświadamiających :) Wykończyłam psy, pomogłam trochę w domu. Poza tym Tato pozwolił mi wreszcie wybrać się na przejażdżkę powożoną - ostatnio lejce miałam w dłoniach ze 3 lata temu, a naszej Kasztanki nie wolno mi było samej zaprzęgać, aż do soboty... Taki mały Cześ i taka duża Kasztanka :D Układ prawie idealny, brak mi wprawy jednak.

Poza tym uspokoiło się w Czesiu wszystko. Uspokoiło się i dojrzewa.
Do dalszego rozpatrywania.
Pytanie brzmi: dlaczego tylko przy jednej osobie nadal zachowuję się jak kiedyś, swobodnie i bez przymusu, nie musząc się na nic silić?