I w jakieś 30 minut później widziało jej się i polowało tylko tak, przez kolejnych kilka godzin też. Możecie popatrzeć ;)))
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
sobota, 25 września 2010
polowanie ;)
Otworzyła oczy niepewnie, lekko przecierając je dłonią, zastanawiając się czy to już... Spodziewała się stanu własnego nieciekawego: nocne pokasływania, kichania i wzdychania, znacznie skróciły czas na sen i jego spokój, ale teraz chyba wszystko już dobrze, chyba lepiej - pomyślała. W jej głowie zanuciło spontanicznie jedną z piosenek z Evity, oglądanej wczorajszego wieczoru. Spoglądała w okno, słońce igrało promieniami z szybą wesoło, krakowska kamienica majaczyła w jakimś oddaleniu. Wstała wreszcie leniwie, sobotnio, bez pośpiechu. Spojrzała na niebieskie okulary, niebieską okładkę książki Lema i niebieski pokrowiec niebieskiego aparatu. Zaśmiała się w duchu do siebie, bo przecież skoro dokoła niebiesko, to czas już na wędrówkę myśliwską.
I w jakieś 30 minut później widziało jej się i polowało tylko tak, przez kolejnych kilka godzin też. Możecie popatrzeć ;)))














I nawet nie potrzebowała słów...
I w jakieś 30 minut później widziało jej się i polowało tylko tak, przez kolejnych kilka godzin też. Możecie popatrzeć ;)))
piątek, 24 września 2010
komunikacyjny post... z chaosem w tle
Chyba jestem już dość ostro chora, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza i jedyne o czym myślę, to łóżko, a na nim podusia i kołderka.
Dzień był obłędny. Najpierw egzamin - ha hah - przełożony na przyszłą środę (nie z mojej inicjatywy), później sprzątanie w 418 - przede mną jeszcze masa pracy... Dalej: wyprowadzka Izz do inszego akademika, a teraz: przeprowadzka Aneszki do akademika - zwariować można, jak polskie góry kocham!
Poznań dzisiaj okropny, tłoczny, upalny, ociekający potem w tramwajach i autobusach, a wszystko przez paraliż komunikacyjny - remontują pyrlandzką stolicę na Euro (i kojarzy mi się to ze słowami : "Na początku był chaos"...) - a do tego czasu - koszmar na kółkach, szynach, a nawet nogach. Autobusy pokonują swoje zwyczajowe siedmiominutowe trasy w, bagatela, 50 minut lub dłużej. Nie lepiej z tramwajami. Do tego chyba w trzech miejscach padły światła i nim zjawili się policjanci z gwizdkami i lizakami- armagedon się dział, najdelikatniej rzecz ujmując, a mnie brała zwykła ku***ca... Najchętniej - nie korzystałabym już dzisiaj z żadnego środka transportu, ale się nie da - jakoś muszę z manelami wrócić do DSu. Na samą myśl robi mi się słabo.
W jednym z tramwajów podsłuchałam, nie-celowo,rozmowę dwóch licealistów:
- Ty wiesz, Maro, ja to jeszcze żadnego dnia w budzie nie opuściłem.
- Co? Mnie nie było jakieś półtora tygodnia.
- Eee, super. Ja nie mam jak - matka prawie za mną łazi do samej bramy.
Potem mijałam na chodniku grupkę małolatów - i jedna z pannic pochwaliła się "umiejętnością" głośnego i wielokrotnego bekania. A mnie - lekko odrzuciło, ale nic to.
W drodze powrotnej od Izz nowego lokum włączyło mi się "marudzenie", że "12" wlecze się jak flaki z olejem, co Boski skwitował tak:
- A wiesz, że połączenia w mózgu decydują się na najprostszą opcję działania. Nie marudź - bo ci się będzie pogłębiać i utrwalać taki system reagowania.
- Boski, toż ja tak pozytywna jestem jak pozytywka, ale mnie nogi bolą, głowa mi pęka i mam już 300 stopni Celsjusza. I wcale nie marudzę! O!
Dalej. Na przystanku w drodze do Aneszki spotkałam chlopaków, którzy grali w "ta jest moja", oczywiście chodziło o przechodzące kobiety/ dziewczyny/ dziewczynki(?), tylko właściwie nie jestem pewna, czy miarą "posiadania" była uroda czy inne licho. Fakt - nie sądziłam, że takie coś jeszcze funkcjonuje. Jak byliśmy mali ze Subkulturą, to czasem graliśmy w: "a ten samochód jest mój", ale żadne z nas nie przekroczyło wtedy 13 lat... A chłopaki z przystanku to już młodzian ekipa studencka, i to wyżej niż z pierwszego roku (zasłyszane informacje o II i III na informatyce).
Teraz? Zastanawiam się, jaki będzie efekt końcowy dyskusji Aneszki z dotychczasowym wynajemcą. Strach się bać.
Mam już też plan na jutro, jeśli tylko zdrówko pozwoli - zabiorę Eden Lema i aparat, i wybędę na Cytadelę, żeby wreszcie poczytać w spokoju i złapać trochę jesieni w obiektyw ;) I podoba mi się ten plan - Boski byłby ze mnie dumny - bo optymistycznie to chyba brzmi i wygląda.
Napisał(a): Cześ nad Czesiów, czyli pozytyw nad pozytywów. Ja.
Dzień był obłędny. Najpierw egzamin - ha hah - przełożony na przyszłą środę (nie z mojej inicjatywy), później sprzątanie w 418 - przede mną jeszcze masa pracy... Dalej: wyprowadzka Izz do inszego akademika, a teraz: przeprowadzka Aneszki do akademika - zwariować można, jak polskie góry kocham!
Poznań dzisiaj okropny, tłoczny, upalny, ociekający potem w tramwajach i autobusach, a wszystko przez paraliż komunikacyjny - remontują pyrlandzką stolicę na Euro (i kojarzy mi się to ze słowami : "Na początku był chaos"...) - a do tego czasu - koszmar na kółkach, szynach, a nawet nogach. Autobusy pokonują swoje zwyczajowe siedmiominutowe trasy w, bagatela, 50 minut lub dłużej. Nie lepiej z tramwajami. Do tego chyba w trzech miejscach padły światła i nim zjawili się policjanci z gwizdkami i lizakami- armagedon się dział, najdelikatniej rzecz ujmując, a mnie brała zwykła ku***ca... Najchętniej - nie korzystałabym już dzisiaj z żadnego środka transportu, ale się nie da - jakoś muszę z manelami wrócić do DSu. Na samą myśl robi mi się słabo.
W jednym z tramwajów podsłuchałam, nie-celowo,rozmowę dwóch licealistów:
- Ty wiesz, Maro, ja to jeszcze żadnego dnia w budzie nie opuściłem.
- Co? Mnie nie było jakieś półtora tygodnia.
- Eee, super. Ja nie mam jak - matka prawie za mną łazi do samej bramy.
Potem mijałam na chodniku grupkę małolatów - i jedna z pannic pochwaliła się "umiejętnością" głośnego i wielokrotnego bekania. A mnie - lekko odrzuciło, ale nic to.
W drodze powrotnej od Izz nowego lokum włączyło mi się "marudzenie", że "12" wlecze się jak flaki z olejem, co Boski skwitował tak:
- A wiesz, że połączenia w mózgu decydują się na najprostszą opcję działania. Nie marudź - bo ci się będzie pogłębiać i utrwalać taki system reagowania.
- Boski, toż ja tak pozytywna jestem jak pozytywka, ale mnie nogi bolą, głowa mi pęka i mam już 300 stopni Celsjusza. I wcale nie marudzę! O!
Dalej. Na przystanku w drodze do Aneszki spotkałam chlopaków, którzy grali w "ta jest moja", oczywiście chodziło o przechodzące kobiety/ dziewczyny/ dziewczynki(?), tylko właściwie nie jestem pewna, czy miarą "posiadania" była uroda czy inne licho. Fakt - nie sądziłam, że takie coś jeszcze funkcjonuje. Jak byliśmy mali ze Subkulturą, to czasem graliśmy w: "a ten samochód jest mój", ale żadne z nas nie przekroczyło wtedy 13 lat... A chłopaki z przystanku to już młodzian ekipa studencka, i to wyżej niż z pierwszego roku (zasłyszane informacje o II i III na informatyce).
Teraz? Zastanawiam się, jaki będzie efekt końcowy dyskusji Aneszki z dotychczasowym wynajemcą. Strach się bać.
Mam już też plan na jutro, jeśli tylko zdrówko pozwoli - zabiorę Eden Lema i aparat, i wybędę na Cytadelę, żeby wreszcie poczytać w spokoju i złapać trochę jesieni w obiektyw ;) I podoba mi się ten plan - Boski byłby ze mnie dumny - bo optymistycznie to chyba brzmi i wygląda.
Napisał(a): Cześ nad Czesiów, czyli pozytyw nad pozytywów. Ja.
czwartek, 23 września 2010
ciszej...
Szczególnie mi dzisiaj...
Została cisza. Już 5 lat ciszy. A będzie już tylko ciszej i ciszej...
Dziadek. Najbardziej wyjątkowy Jegomość, z jakim miałam do czynienia, z nienaganną aparycją, z charakterystycznym szykownym kapeluszem i laseczką u nogi.
...
Odwiedził mnie Olo. I pomyliło mu się troszeczkę: Boskiego bez koszulki uznał, w wyniku nie wiem czego, za wpół roznegliżowaną dziewczynę NAWET bez stanika. A potem Ali szczerzył się radośnie, podczas gdy ja usiłowałam zaczerpnąć powietrza, pękając ze śmiechu, po wysłuchaniu "zgorszonego spostrzeżenia" :DDD
Przy okazji - Ali weźmie się za ten mój angielski, wreszcie.
No a jutro "ustnik".
Została cisza. Już 5 lat ciszy. A będzie już tylko ciszej i ciszej...
Dziadek. Najbardziej wyjątkowy Jegomość, z jakim miałam do czynienia, z nienaganną aparycją, z charakterystycznym szykownym kapeluszem i laseczką u nogi.
...
Odwiedził mnie Olo. I pomyliło mu się troszeczkę: Boskiego bez koszulki uznał, w wyniku nie wiem czego, za wpół roznegliżowaną dziewczynę NAWET bez stanika. A potem Ali szczerzył się radośnie, podczas gdy ja usiłowałam zaczerpnąć powietrza, pękając ze śmiechu, po wysłuchaniu "zgorszonego spostrzeżenia" :DDD
Przy okazji - Ali weźmie się za ten mój angielski, wreszcie.
No a jutro "ustnik".
środa, 22 września 2010
nowe-stare 418
418.
Pięknie tu czasami... Gdy ze ścian spływa wrażenie przytulności i ciepła. Gdy świeczki radosnymi ognikami rozświetlają mrok wieczornej pory. Dokoła unosi się upajający zapach wanilii.
Znów wszystko ma swoje miejsce. Dopiero jestem na etapie urządzania/ sprzątania. Ale nagle, nie wiedzieć jak, kiedy i dlaczego poczułam, że to znów mój pokój.
Ugotowałam pierwszy obiad od mniej więcej 2 miesięcy, w ramach deseru zjadłam owoc granatu i teraz... tylko myśli kołyszę przy blasku świec, przy melodiach słów pozbawionych...
Nastawienie: szczęśliwej kobiety.



I jeszcze jedna maleńka wstawka: bardzo mnie ucieszył przyjazd Ewy :) Pojawiła się tutaj akurat teraz, gdy potrzebowałam jej obecności... Ewka to taka nasza dobra "wiedźma". I dzięki niej chce się wierzyć w czary.
I odzyskuje się niemożliwe, nierealnie i to, co poza zasięgiem...
Dziękuję!
Pomogło.
Ps. Bezsłowną muzykę zamieniam na Janis Joplin... Mrrrrr...
Ps. 2. Stan totalnego kOchAnIA siEBiE
Pięknie tu czasami... Gdy ze ścian spływa wrażenie przytulności i ciepła. Gdy świeczki radosnymi ognikami rozświetlają mrok wieczornej pory. Dokoła unosi się upajający zapach wanilii.
Znów wszystko ma swoje miejsce. Dopiero jestem na etapie urządzania/ sprzątania. Ale nagle, nie wiedzieć jak, kiedy i dlaczego poczułam, że to znów mój pokój.
Ugotowałam pierwszy obiad od mniej więcej 2 miesięcy, w ramach deseru zjadłam owoc granatu i teraz... tylko myśli kołyszę przy blasku świec, przy melodiach słów pozbawionych...
Nastawienie: szczęśliwej kobiety.
I jeszcze jedna maleńka wstawka: bardzo mnie ucieszył przyjazd Ewy :) Pojawiła się tutaj akurat teraz, gdy potrzebowałam jej obecności... Ewka to taka nasza dobra "wiedźma". I dzięki niej chce się wierzyć w czary.
I odzyskuje się niemożliwe, nierealnie i to, co poza zasięgiem...
Dziękuję!
Pomogło.
Ps. Bezsłowną muzykę zamieniam na Janis Joplin... Mrrrrr...
Ps. 2. Stan totalnego kOchAnIA siEBiE
brak pomysłu na tytuł
koszmarnie było
nawet gorzej
słowa nadal mnie bolą
pół wieczoru spędzonego na wypytywaniu mnie o ByłegoNiego, komentowaniu ByłegoNiego poczynań i zachowań, ale i obserwacji tego, jak temat na mnie wpływa - pastwieniem było najzwyklejszym, bo jak niby ma wpływać???
rany głębokie!
ten chłopak był przez lata prawie 3 najważniejszą osobą w moim życiu - i nie zmienię tego. a to, co robi teraz - już mnie nie dotyczy.
na szczęście przez pół nocy opowiadano dowcipy, więc dochodziłam jakoś do siebie ;)
a gdy przyszedł Jeremiasz - ciut mnie odciążył. tzn. odciążył moje myśli. później bezczelnie odłączyliśmy się od powracającego tłumu. poszliśmy na piwo, pogadaliśmy o tym i owym. wreszcie nie było o ByłymNim, o układach, relacjach itd. temat osiadł na bólu wątroby Jeremiasza, realnym niestety...
wnioski:
* traktowanie mnie na zasadzie "Cześ to dziecko specjalnej troski" prędzej czy później doprowadzi do wybuchu furii u Malutkiej;
* znów trzeba będzie użyć sposobu "bzzzz";
* chyba można spalić za sobą te mosty, po których i tak już nie chce się chodzić;
* czasem mam wrażenie, że te przypadkowe cięte riposty wcale nie są przypadkowe i cedzenie ich przez zęby daje perwersyjną przyjemność z dobijania leżącego.
A dzisiaj: przeprowadzka, Ewka ma mi pomóc, może Izz też przyjdzie. Aneszka musi odespać :)
Ps. Nie trzeba się martwić, gorycz wieczoru tylko buduje we mnie przekonanie, że mam tam w głowie co nieco ładnego i składnego - a to budzi samozadowolenie :))))))
nawet gorzej
słowa nadal mnie bolą
pół wieczoru spędzonego na wypytywaniu mnie o ByłegoNiego, komentowaniu ByłegoNiego poczynań i zachowań, ale i obserwacji tego, jak temat na mnie wpływa - pastwieniem było najzwyklejszym, bo jak niby ma wpływać???
rany głębokie!
ten chłopak był przez lata prawie 3 najważniejszą osobą w moim życiu - i nie zmienię tego. a to, co robi teraz - już mnie nie dotyczy.
na szczęście przez pół nocy opowiadano dowcipy, więc dochodziłam jakoś do siebie ;)
a gdy przyszedł Jeremiasz - ciut mnie odciążył. tzn. odciążył moje myśli. później bezczelnie odłączyliśmy się od powracającego tłumu. poszliśmy na piwo, pogadaliśmy o tym i owym. wreszcie nie było o ByłymNim, o układach, relacjach itd. temat osiadł na bólu wątroby Jeremiasza, realnym niestety...
wnioski:
* traktowanie mnie na zasadzie "Cześ to dziecko specjalnej troski" prędzej czy później doprowadzi do wybuchu furii u Malutkiej;
* znów trzeba będzie użyć sposobu "bzzzz";
* chyba można spalić za sobą te mosty, po których i tak już nie chce się chodzić;
* czasem mam wrażenie, że te przypadkowe cięte riposty wcale nie są przypadkowe i cedzenie ich przez zęby daje perwersyjną przyjemność z dobijania leżącego.
A dzisiaj: przeprowadzka, Ewka ma mi pomóc, może Izz też przyjdzie. Aneszka musi odespać :)
Ps. Nie trzeba się martwić, gorycz wieczoru tylko buduje we mnie przekonanie, że mam tam w głowie co nieco ładnego i składnego - a to budzi samozadowolenie :))))))
wtorek, 21 września 2010
Ballada o Pancernych
Nuci się to w głowie mojej od rana wczesnego (proroczo?), który sprowokowała wieść o konieczności przeprowadzki dzisiejszej. Obłędne tempo postawiło na nogi, ubrało, wygoniło na miasto, załatwiło wszystko, co należało i teraz jak na szpilkach czekam na klucz do nowego, oby, domu, znaczy się pokoju :)
A jak Pancerni, to Kubuś!!!
I Kubuś powrócił dzisiaj z wygnania, to znaczy właściwie z wakacji do naszego akademika, w którym mu miejsca wredne urzędasy nie przyznały, z jednym warunkiem na prawie i masą zaraźliwej dobrej energii!!!
Stoiwszy sobie na korytarzu z Izz, okazjonalnie wobec palonej przez nią fajki filozoficznej, zatytułowanej :"Jak z tą przeprowadzką poukładać normalne życie i Czesia egzamin, i przeprowadzkę Izz do innego akademika", najpierw posłyszałam, potem zobaczyłam. Było: "Cześć dziewczynki! O Czesiek, skróciłaś włosy, ładnieee." Kubuś wyprzytulał obie, pogadał, streścił co i jak, a ja podskórnie czuję, że się jakaś wódeczka powitalna kroi.
Stęskniłam się za jego melodyjnym głosem, wiecznie roześmianym spojrzeniem (no chyba, że w pobliżu jest Ola) i śmiechem, który mógłby trwać i trwać...
Nie muszę więc chyba tłumaczyć, że fajny ten dzień, co? ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
