Bycia bezdomną ciąg dalszy...
Sarmacka. Znów tutaj.
A nie w 418...
Męczy mnie ta sytuacja i chyba jakoś podłamuje. Mój pokój już nie jest mój, dom przestał być domem i tyle. Tego się nie da dłużej ignorować i udawać, że jest inaczej. Wchodząc do akademika drażni mnie już patrzenie na zamknięte jeszcze drzwi, w pokoju nie ma już dawnego klimatu, przestrzeń znikła wraz z przybywającymi nowymi elementami wystroju. Moją ostoją jest jedynie łóżko, bajzel na szafce z książkami i parapet; znikły: podłoga, stół, szafki pseudo kuchenne i strefa przydrzwiowa...
Wyprowadzka jest więc chyba nieunikniona.
W związku z tym wszystkim czuję się jak zranione zwierze, takie które z głupoty wlazło we wnyki, a teraz nie może się z nich uwolnić i skomle.
Nie wiem, jak to poskładać, żeby się Michaszko nie obraził.
Podsumowaniem weekendu w domu niech będzie moja odpowiedź na pytanie ByłegoNiego:
- Kiedy pojechałaś do domu?
- W sobotę.
- Aha, czyli wczoraj...
- To wczoraj było, a nie tydzień temu? :DDDDDD
A na Sarmackiej jak zawsze wesoło - mam nadzieję, że chłopaki pozytywnie wpłyną na moje dzisiejsze postrzeganie świata...
Ps. Stała dnia... Stała dnia... Stała dnia... :)))))))))))))))))
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
niedziela, 8 sierpnia 2010
sobota, 7 sierpnia 2010
różności mniejsze i większe
Za oknem ulewa. Krople miarowo biją się ze szkłem. Jest mi cicho i cicho, mimo, że słucham Joni Mitchell.
Jestem już w Gnieździe Rodzinnym. Wreszcie siedzę sobie w moim pokoju, rozdziawiając buzię ze zdziwienia, że internet mimo pogody niesprzyjającej działa. Jovan słodko śpi na kocyku, pochrapując lekko. Harmonia przecudna, że tutaj, że tak właśnie, a przecież ledwie kilka lat wstecz myślałam, że takie rzeczy są niemożliwe.
Kolejne chłopaki w domu mają święto: tym razem Konrad i Konradek obchodzą imieniny... Wuj dostał ode mnie coś słodkiego na bazie kokosów, a brat czekoladowe łakocie.
...
W tej rodzinie z imionami zawsze bywało dziwnie.
No, ale :)
Konradkowi imię wybrałam w porozumieniu z Tatą trzyletnia ja, stwierdzając, że skoro wuj jest taki niesamowity, to brat też będzie :0 Nie wspomnę tylko o tym, jaka mama była wściekła, że zamiast małego Kornelka, przewijała Konradka. :DDDDDDD
Zaczynam myśleć, że bunt organizmu to faktycznie efekt totalnego przeholowania z pracą. Dzisiaj już mi lepiej. Mam zamiar położyć się spać przed 21. Jeśli jutro gorączka będzie się utrzymywała - myknę do lekarza po jakieś antybiotyki, choć to lipa, bo jeszcze we wtorek powinnam iść i oddać krew dla wuja Konrada, bo ma termin operacji już wyznaczony. I znów się zacznie moje łazęgowanie po korytarzach szpitalnych...
A propos oddawania krwi.
Kiedyś już coś tutaj o tym było.
Jestem za.
Oddawałam wcześniej, później miałam ponad rok przerwy... Ale czekaliśmy na ten termin cholerny. Ale ja nie o tym.
Nie sądziłam, że dla moich przyjaciół takim problemem będzie pójść ze mną do szpitala, rozsiąść się na wygodnym foteliku, wyciągnąć rękę wygodnie i posiedzieć przez jakąś chwilę. Mam tylko nadzieję, że nie, bo: "siem bojem" i "nie mogem, bo potem padnem na tydzień cały" im się nie przytrafi, gdy sami będą potrzebowali tego typu pomocy. Pójdę ja, chyba Sławoj i Przem. Trochę mało, jeszcze ze dwie osoby muszę wykombinować, ale chyba da radę. Musi dać.
Kurcze, a dla mnie to takie normalne i naturalne.
Nie rozumiem dlaczego młodzi, zdrowi ludzie podchodzą do tego w sposób na nie...
Zmykam, bo mnie Subkultura męczy, że na internecie chce posiedzieć, a potem nie będzie miał jak.
Aha: rozgrzeszonym niech będzie rozgrzeszone... ;)
Jestem już w Gnieździe Rodzinnym. Wreszcie siedzę sobie w moim pokoju, rozdziawiając buzię ze zdziwienia, że internet mimo pogody niesprzyjającej działa. Jovan słodko śpi na kocyku, pochrapując lekko. Harmonia przecudna, że tutaj, że tak właśnie, a przecież ledwie kilka lat wstecz myślałam, że takie rzeczy są niemożliwe.
Kolejne chłopaki w domu mają święto: tym razem Konrad i Konradek obchodzą imieniny... Wuj dostał ode mnie coś słodkiego na bazie kokosów, a brat czekoladowe łakocie.
...
W tej rodzinie z imionami zawsze bywało dziwnie.
No, ale :)
Konradkowi imię wybrałam w porozumieniu z Tatą trzyletnia ja, stwierdzając, że skoro wuj jest taki niesamowity, to brat też będzie :0 Nie wspomnę tylko o tym, jaka mama była wściekła, że zamiast małego Kornelka, przewijała Konradka. :DDDDDDD
Zaczynam myśleć, że bunt organizmu to faktycznie efekt totalnego przeholowania z pracą. Dzisiaj już mi lepiej. Mam zamiar położyć się spać przed 21. Jeśli jutro gorączka będzie się utrzymywała - myknę do lekarza po jakieś antybiotyki, choć to lipa, bo jeszcze we wtorek powinnam iść i oddać krew dla wuja Konrada, bo ma termin operacji już wyznaczony. I znów się zacznie moje łazęgowanie po korytarzach szpitalnych...
A propos oddawania krwi.
Kiedyś już coś tutaj o tym było.
Jestem za.
Oddawałam wcześniej, później miałam ponad rok przerwy... Ale czekaliśmy na ten termin cholerny. Ale ja nie o tym.
Nie sądziłam, że dla moich przyjaciół takim problemem będzie pójść ze mną do szpitala, rozsiąść się na wygodnym foteliku, wyciągnąć rękę wygodnie i posiedzieć przez jakąś chwilę. Mam tylko nadzieję, że nie, bo: "siem bojem" i "nie mogem, bo potem padnem na tydzień cały" im się nie przytrafi, gdy sami będą potrzebowali tego typu pomocy. Pójdę ja, chyba Sławoj i Przem. Trochę mało, jeszcze ze dwie osoby muszę wykombinować, ale chyba da radę. Musi dać.
Kurcze, a dla mnie to takie normalne i naturalne.
Nie rozumiem dlaczego młodzi, zdrowi ludzie podchodzą do tego w sposób na nie...
Zmykam, bo mnie Subkultura męczy, że na internecie chce posiedzieć, a potem nie będzie miał jak.
Aha: rozgrzeszonym niech będzie rozgrzeszone... ;)
piątek, 6 sierpnia 2010
szarpanymi słowy o dniu poszarpanym
Poszarpanie będzie, wybaczcie, ale nie stać mnie na logiczność dzisiaj i tworzenie ciągów przyczynowo- skutkowych.
Po pierwsze, co wstydem mnie okryje niechlubnym: postanowiłam do perfekcji opanować kwestie motoryzacyjne, żeby nie było, że o samochodzie powiem jedynie jaki ma kolor i jakiej jest marki... Kurdeż, bo się ze mnie na Sarmackiej ostatnio nabijali. Teraz, gdy tylko przechodzę obok parkingu rejestruję co jaki ma kształt i w ogóle. Zejdzie mi jeszcze z 10 lat, to może się douczę :D
Po wtóre dziś robota zakończona o 17.
Mam nową książkę Schmitta: Marzycielka z Ostendy.
Potem zakupy: mam kurtkę marzeń!!!
Miałyśmy z Aneszkiem obejrzeć jakieś filmidło, ale już za późno.
We mnie: potwór migdałowy, co sprowadził gorączkę na całe ciało... Nienawidzę tego, bo nie mam za dużo czasu na chorowanie. Albo inaczej: muszę ozdrowieć w przeciągu trzech dni... Dzwonił też mój nefrolog, wyniki są nie do końca takie, jak powinny, ale nie ma co się łamać, bo bywało gorzej.
Mój organizm ma teraz ze mną przechlapane: robota, nocne wycieczki, wieczne niedojadanie i upartość w tym, by spać chodzić koło pierwszej w nocy (bo jak się siedzi w robocie od 7 do 20, to mi szkoda dnia, by od razu iść spać - wszak jakieś życie prywatne mieć trzeba).
W pracy był dzisiaj Łamigłówka :) Powygłupialiśmy się trochę po dłuższej przerwie, ale dyżury na SORze usprawiedliwiają nieobecność w sezonowej dorobódce.
Na zbiorczym cisza przed burzą. Na szczęście zdążę zwiać nim nastąpi erupcja wulkanu zwanego Lusjuszem.
Chyba tyle na dzisiaj. Jakoś mi w środku nijak, właściwie nawet jest jak, ale wolę się nie przyznawać...
Śpijcie dobrze. Sen to dobra rzecz :D
Po pierwsze, co wstydem mnie okryje niechlubnym: postanowiłam do perfekcji opanować kwestie motoryzacyjne, żeby nie było, że o samochodzie powiem jedynie jaki ma kolor i jakiej jest marki... Kurdeż, bo się ze mnie na Sarmackiej ostatnio nabijali. Teraz, gdy tylko przechodzę obok parkingu rejestruję co jaki ma kształt i w ogóle. Zejdzie mi jeszcze z 10 lat, to może się douczę :D
Po wtóre dziś robota zakończona o 17.
Mam nową książkę Schmitta: Marzycielka z Ostendy.
Potem zakupy: mam kurtkę marzeń!!!
Miałyśmy z Aneszkiem obejrzeć jakieś filmidło, ale już za późno.
We mnie: potwór migdałowy, co sprowadził gorączkę na całe ciało... Nienawidzę tego, bo nie mam za dużo czasu na chorowanie. Albo inaczej: muszę ozdrowieć w przeciągu trzech dni... Dzwonił też mój nefrolog, wyniki są nie do końca takie, jak powinny, ale nie ma co się łamać, bo bywało gorzej.
Mój organizm ma teraz ze mną przechlapane: robota, nocne wycieczki, wieczne niedojadanie i upartość w tym, by spać chodzić koło pierwszej w nocy (bo jak się siedzi w robocie od 7 do 20, to mi szkoda dnia, by od razu iść spać - wszak jakieś życie prywatne mieć trzeba).
W pracy był dzisiaj Łamigłówka :) Powygłupialiśmy się trochę po dłuższej przerwie, ale dyżury na SORze usprawiedliwiają nieobecność w sezonowej dorobódce.
Na zbiorczym cisza przed burzą. Na szczęście zdążę zwiać nim nastąpi erupcja wulkanu zwanego Lusjuszem.
Chyba tyle na dzisiaj. Jakoś mi w środku nijak, właściwie nawet jest jak, ale wolę się nie przyznawać...
Śpijcie dobrze. Sen to dobra rzecz :D
czwartek, 5 sierpnia 2010
śpiący prawie post z opadającymi powiekami
Wieczór w 418.
Kazik śpi.
Michaszko czyta jakieś powieścidło Kinga.
W tle leci Dżem z Pawiem, a w ogóle Wokół sami lunatycy...
Dobrze jest, teoretycznie.
Właściwie to napisałam innego posta, ale był za bardzo, powiedzmy, za bardzo szczegółowy. Stawiam na minimalizm, zwłaszcza w perspektywie pakowania małej torby, brońcie Niebiosa przed walizą, ale i przed opcją: "plecak mi przecież wystarczy"...
We mnie znów nieład artystyczny, twórczy wręcz.
Idę spać, wierząc w kolorowe sny...
Cześ ;*
Kazik śpi.
Michaszko czyta jakieś powieścidło Kinga.
W tle leci Dżem z Pawiem, a w ogóle Wokół sami lunatycy...
Dobrze jest, teoretycznie.
Właściwie to napisałam innego posta, ale był za bardzo, powiedzmy, za bardzo szczegółowy. Stawiam na minimalizm, zwłaszcza w perspektywie pakowania małej torby, brońcie Niebiosa przed walizą, ale i przed opcją: "plecak mi przecież wystarczy"...
We mnie znów nieład artystyczny, twórczy wręcz.
Idę spać, wierząc w kolorowe sny...
Cześ ;*
środa, 4 sierpnia 2010
***
teraz
a może nie teraz?
Byłam w pracy dwie godziny. namówiłam Radzimira do kupna samochodu nie w kolorze śliwki, ku chwale jego świetlanej przyszłości drogowej, lecz na jaśniutkie sreberko... Było fajnie. No i Tata przyjechał z Radzimirem :) Moje chłopaki!
teraz
a może nie teraz?
...
a może nie teraz?
Byłam w pracy dwie godziny. namówiłam Radzimira do kupna samochodu nie w kolorze śliwki, ku chwale jego świetlanej przyszłości drogowej, lecz na jaśniutkie sreberko... Było fajnie. No i Tata przyjechał z Radzimirem :) Moje chłopaki!
teraz
a może nie teraz?
...
wtorek, 3 sierpnia 2010
ciii
nie mam czasu na pisanie
nie mam czasu na życie spoza placu
w robocie nerwówka
i w akademiku
ciągle zaszywam się na Sarmackiej
teraz też
tu mi spokojniej i cieplej
trzeba mi za niedługiego czasu, oj trzeba...
niech będzie: już
dziwne jest życie Czesia
nie mam czasu na życie spoza placu
w robocie nerwówka
i w akademiku
ciągle zaszywam się na Sarmackiej
teraz też
tu mi spokojniej i cieplej
trzeba mi za niedługiego czasu, oj trzeba...
niech będzie: już
dziwne jest życie Czesia
niedziela, 1 sierpnia 2010
wRoCŁaw!!!!!!!!!
Jak to wyszło z urodzinami?
Ewakuacja...
...
Z przyczyn ciut pokręconych, jak cała ja, zmyłyśmy się z Aneszkiem z urodzin Michała. Radząc sobie z chwilową "niedyspozycją" włóczyłyśmy się po nocnym Poznaniu...
Moje smutki rozwiał wiatr hulający przyjemnie po ulicach, niosąc wytchnienie rozgorączkowanej zabawą braci.
O 1 w nocy stanęłyśmy na dworcu PKP, a o 2.25 siedziałyśmy w pociągu do... Wrocławia :))))))))) Już od jakiegoś czasu chodziło nam to po głowie, no i się zrealizowało.
Większej ilości szczegółów nie będzie, bo hmmm - coś niecoś zostawić muszę sobie...
A Wrocław? Powitany o 5 wczesnym rankiem zaczarował nas... Piękny, barwny, tętniący zabawą, gdy ranek już lizał nasze policzki łagodnym blaskiem wschodzącego słońca. Całości towarzyszył niesamowity widok: księżyc wiszący wysoko ponad ratuszem...
Mijali nas ludzie, zaczepiali, dowcipkowali. Prawie grałyśmy w piłkę w strefie kibica, prawie zwiedzałyśmy miasto z tubylcami. Prawie - bo chciałyśmy być we dwie z Wrocławiem w pełnej krasie architektonicznej :)
Miałyśmy czas, błądziłyśmy uliczkami i syciłyśmy się nocno- poranną wyprawą.
Wreszcie był czas dla nas. We dwie pogadałyśmy, pobyłyśmy ze sobą.
U mnie tyle, więcej pewnie będzie u Aneszki, jak znajdzie czas... ;P
Ciekawe jak Woodstockowi? Wrócili już czy nie? - oto jest pytanie.
Buśki ;*
Ewakuacja...
...
Z przyczyn ciut pokręconych, jak cała ja, zmyłyśmy się z Aneszkiem z urodzin Michała. Radząc sobie z chwilową "niedyspozycją" włóczyłyśmy się po nocnym Poznaniu...
Moje smutki rozwiał wiatr hulający przyjemnie po ulicach, niosąc wytchnienie rozgorączkowanej zabawą braci.
O 1 w nocy stanęłyśmy na dworcu PKP, a o 2.25 siedziałyśmy w pociągu do... Wrocławia :))))))))) Już od jakiegoś czasu chodziło nam to po głowie, no i się zrealizowało.
Większej ilości szczegółów nie będzie, bo hmmm - coś niecoś zostawić muszę sobie...
A Wrocław? Powitany o 5 wczesnym rankiem zaczarował nas... Piękny, barwny, tętniący zabawą, gdy ranek już lizał nasze policzki łagodnym blaskiem wschodzącego słońca. Całości towarzyszył niesamowity widok: księżyc wiszący wysoko ponad ratuszem...
Mijali nas ludzie, zaczepiali, dowcipkowali. Prawie grałyśmy w piłkę w strefie kibica, prawie zwiedzałyśmy miasto z tubylcami. Prawie - bo chciałyśmy być we dwie z Wrocławiem w pełnej krasie architektonicznej :)
Miałyśmy czas, błądziłyśmy uliczkami i syciłyśmy się nocno- poranną wyprawą.
Wreszcie był czas dla nas. We dwie pogadałyśmy, pobyłyśmy ze sobą.
U mnie tyle, więcej pewnie będzie u Aneszki, jak znajdzie czas... ;P
Ciekawe jak Woodstockowi? Wrócili już czy nie? - oto jest pytanie.
Buśki ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)


