Ten blog jest opowieścią opartą na prawdziwych perypetiach z życia pewnej Malutkiej.
Jest historią jej samej i najbliższych jej osób.
Spisany niczym pakt.
Pakt.
O miłości. O przyjaźni. O uczeniu się siebie i siebie nawzajem. O tym, że tak niewiele wiemy o życiu. O potrzebach. O przyszłości.
O przeszłości, która pulsuje w skroniach, teraz boleśnie, później mam nadzieję - spokojniej, wspomnieniowo, ciepło.
Wczoraj wraz z ByłymNim doszliśmy do wniosków, że Malutka skrzętnie odnotowywała wszystkie fazy naszego związku, zawarła w postach refleksje słodko- gorzkie, tysiące planów i marzeń...
Gdy się rozstajemy po ponad dwóch latach bycia razem - przychodzi moment, gdy pęka ostatnia zapora i łzy powodzią spływają po policzkach, koszuli.
Wczoraj pękła we mnie ostatnia zapora. Już nie muszę udawać, jak świetnie sobie z tym radzę. To ja nas skończyłam, to ja powiedziałam: "żegnaj". To ja wyparłam się dalszego ciągnięcia tego związku.
Ale to i tak cholernie boli. Może boleć. Właściwie musi. Taka jest kolej rzeczy.
Rozłożył mnie nic nieznaczący drobiazg. Nagle zamarło wszystko. Grunt usunął mi się spod nóg. Przez kilka godzin usilnie wciskałam sobie serce do piersi, bo coś z zewnątrz wyrywało je i rozrywało.
Mam takie głupie wrażenie, że nie ma już nic z nas. Nie chcę, by coś jeszcze było. Jak w klatce.
Potrzebuję czasu.
Poza tym - dobrze. Nawet wstałam na wykład. Zjadłyśmy z Izz obiadek.
Ona wraca w środę ze szpitala ;) ;) ;)
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
wtorek, 25 maja 2010
poniedziałek, 24 maja 2010
zdekonspirowanie Czesia
Przesłuchanie.
Pod lampą najciemniej.
Albo najjaśniej :D
Mam w głowie sieczkę.
Jako, że wybrałam ostatnio opcję życia zakręconego, niczym ruski słoik - blog ucichł.
Do bloga znów dotarli ludzie, którzy nie powinni. Znają moje personalia, ideały, marzenia i kilka innych istotnych szczegółów. I pytam grzecznie: po co to komu?!
Ano po to, żeby moi rodziciele kochani poznali życie córci na wskroś. I chwała IM (tym, którzy tutaj dotarli) za to, bo zawsze dużo sprawniej oddawałam myśli pisząc, niż mówiąc. Taka to mała przysługa, która zdecydowanie bardziej włączy rodziców do mojego poznańskiego życia studenckiego ;) ;) ;) W końcu latorośl dużą jest dziewczynką, a duże dziewczynki nie zawsze radzą sobie z wielkimi nadziejami, planami, obowiązkami - więc doczytajcie o moich sukcesach i wpadkach tutejszych, o tym, co dodawało skrzydeł i co je podcinało, o grzejnikach i soplach lodu. Taka jestem. Taką mnie życie ukształtowało, taka Wam wyrosłam, taką mnie powinniście znać. Taka Was kocham ;* ;* ;*
Wszelkie zaskoczenia - wynikają z mojej wrodzonej skrytości ducha, ale to akurat doskonale znacie. Wszelkie zaskoczenia - niczego nie zmieniają, fundament jest ten sam.
Dziękuję IM za wiarę w potęgę słowa, za docenienie mego kunsztu blogowego i znalezienie sposobu na zbliżenie Poznania z Gniazdem Rodzinnym. Za to, że chciało się wam/IM szperać po stronach itd - a przecież wystarczyło zapytać. I patrzy niestrudzenie to twór upubliczniony przeze mnie i powszechnie dostępny. To jedna z jego podstawowych cech.
Rozrabianie zazwyczaj wiąże się z przyjemnym urozmaicaniem sobie czasu, żeby coś się działo, żeby zlikwidować nudę. I nie trzeba pod to podkładać żadnych ideologii, każdy przecież zna jego smak, choćby w wymiarze bardzo minimalnym.
Moje rozrabianie.
Jest takie, jakie jest. Bo ja tak chcę. Bo ja tak postanowiłam. Bo ja taka jestem.
Bo to lubię.
Koniec spowiedzi na dzisiaj.
Bo za oknem już nie pada, bo krakowska kamienica wygląda najpiękniej na tle błękitnego nieba, bo właśnie podchodzi do lądowania samolot Lufthansy, bo Michasiek po trzech tygodniach nieobecności w akademiku wypił ze mną herbatę (tzn. ja piłam kakao, a Michasiek herbatkę z cytrynką), bo Kazik rozpędził się w kołowrotku obłędnie nieco (na samą myśl kręci mi się w głowie), bo zaraz ma do mnie przyjść mój ByłyOn z winkiem czerwonym, bo lubię czasem coś napisać bez sensu i znaczenie, co nie odbije się żadnym echem w świecie wielkim, ciekawym i zaskakującym. Bo nic nie działa tak stymulująco jak Raz Dwa Trzy ;)
Dobrej nocy :)
niedziela, 23 maja 2010
weekendowo...
Miało być dużo słów - nie będzie (w wyniku pewnych komplikacji losowych).
Będą za to zdjęcia. Takie, które weekend w domu podsumowują najtrafniej. Bo tak właśnie było:
Przywitał mnie stały skład: Jovan, leniwie się tutaj przeciągający i Żaba dziarsko pozująca przez całe 5 sekund, później już mi się jej nie udało złapać w bezruchu:
Odbyłam długi spacer po okolicy, śladami, które też uwieczniłam, nieco nieporadnie, ale no... hmmm, warunki były niesprzyjające (butki mi przeciekały, a powódź dokoła, do tego trzy tony ubrań na sobie), poza tym - nawet Jovan wymiękł i wrócił do domu, a wcześniej chodził za mną krok w krok, jak cień maleńki... Ślady prowadziły mnie do czasu... znalezienia odpowiednio zielonej drogi ;) ;) ;)

Na spacerze przyglądałam się otoczeniu domu - pod lupę/oko/aparat poszedł lasek olszynowy, nasz stawek, trochę łąk i pól, i jeden ugór, na którym skrywałam się jako mała dziewczynka przed caluśkim światem...




Po spacerze postanowiłam zajrzeć do pewnych uroczych maluchów i przez przypadek spędziłam z nimi kilka godzin;) Tak jakoś czas mijał szybko w kampanii mruczącej, w złocie słomy... I jak nie Cześ, skoro Cześ? ;)







Weekend należy więc zaliczyć zdecydowanie do udanych: sielsko, anielsko i z motywem przewodnim: tu duzie oko, tu duzie oko. Nacieszyłam się wiosną, zapachem bzu i jabłoni, wymęczyły mnie psiny, a i kociaki do najgrzeczniejszych nie należą. Poza tym - zrobiłam 4 zastrzyki pewnej czarnuli i to jest pierwszy duży zwierz, którego kłułam, a który nie okazał się być prosiakiem ani psem - rozwój umiejętności dostrzegam (pod stałym nadzorem taty oczywiście). No i chyba tyle z wieści mniejszych i większych :) :) ;)
Poza tym - za oknem leje, a ja muszę na wykład biec... Hmmmm... Mokra Malutka = zadowolona Malutka (o ile nie przemarznę) ;)
Całusy
Miłego popołudnia ;)
Będą za to zdjęcia. Takie, które weekend w domu podsumowują najtrafniej. Bo tak właśnie było:
Weekend należy więc zaliczyć zdecydowanie do udanych: sielsko, anielsko i z motywem przewodnim: tu duzie oko, tu duzie oko. Nacieszyłam się wiosną, zapachem bzu i jabłoni, wymęczyły mnie psiny, a i kociaki do najgrzeczniejszych nie należą. Poza tym - zrobiłam 4 zastrzyki pewnej czarnuli i to jest pierwszy duży zwierz, którego kłułam, a który nie okazał się być prosiakiem ani psem - rozwój umiejętności dostrzegam (pod stałym nadzorem taty oczywiście). No i chyba tyle z wieści mniejszych i większych :) :) ;)
Poza tym - za oknem leje, a ja muszę na wykład biec... Hmmmm... Mokra Malutka = zadowolona Malutka (o ile nie przemarznę) ;)
Całusy
Miłego popołudnia ;)
czwartek, 20 maja 2010
marginalnie ;)
A gra mi HURT z nieśmiertelnym kawałkiem: Załoga G, ale nie tylko :)
To tak na marginesie.
To tak na marginesie.
Szybka piłka
Ze mną jest ostatnio tak:
można mnie zasmucić, zdenerwować czy też inny niepokój i burze wprowadzić do mojej głowy, ale taki stan utrzyma się nie dłużej niż pół godziny ;)
Potem wraca ten sam roześmiany Czesiek ;D
Życie jest piękne. ;)
Pozytyw nad pozytywów - Malutka
Ps. A w Poznaniu nie pada od wczoraj :) Piękne niebo, piękne obłoki, jakby słońca odrobina...
wtorek, 18 maja 2010
Melankolia
Jako, że na zewnętrznym leje jak z cebra - posmutniało mi chyba we łbie na niebiesko, wodno, deszczowo.
Martwię się o Nią i o Izz, i jeszcze paru ludzi, którzy myśli grzeją, a jakoś im się knoci w życiu.
Z Nią rozmawiałam dziś przez telefon chwilkę. Wychodzi na weekend na przepustkę, a ja wtedy będę w domku. Czyli się miniemy, w najlepszym wypadku - ja dojadę na stację, a Ona pojedzie. Ehhh... Już chciałoby się powrotu do starego systemu, ale jeszcze chyba nie da rady. Trza czekać na efekty leczenia. ;*
Izz. Prawie się rozkleiła jak przy praniu mała wpadka wyszła - jej, Aneszkowa i moja (już nie)biała część garderoby ma teraz kolory w takich odcieniach: kanarkowy, dojrzała i niedojrzała cytryna ;)
(Mnie to raczej ubawiło, ale wiadomym jest, że ja mam pstro w głowie, a żółty ostatnio całkiem do mnie pasuje).
Izz ;*
Poza tym...
I jeszcze...
I do tego...
I już na koniec...
Ehhh. Wielokropnie jakoś się porobiło.
Noż melankolia typowa.
Wieczorową porą, przy kubku kakao.
Śpiewa mi Grechuta słodko.
Kazik robi szum typowy jego nocnej aktywności.
A ja sobie myślę, że rano trzeba wstać, pójść na wszystkie zajęcia i jeszcze pozałatwiać na mieście kilka spraw.
A przecież wolałabym siedzieć w ciepłym 418, nie zaś błąkać się po burych urzędach i wydziale, w deszcz, z dylematem: z parasolem czy bez (do dzisiaj nie używałam wynalazku takowego wcale, ale jutro już się chyba ugnę...).
Od Pauliny dostałam prezent dzisiaj na wieczornym wykładzie: Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, Sherry Argov. To sobie poczytam o tym, jak powinna postępować kobieta idealna... Dobrze, że jest we mnie Cześ, to mi na głowę nie padnie zbyt poważnie :D :D :D :D :D
Marzy mi się Lipnica. Marzą mi się moje pagórki w górach. I stara drewniana chata. Coś w tej mojej krwi z gór płynie i rwie mnie do stron tamtejszych, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeby wielkiej skoku ze stodoły dwa metry w dół, w bujną trawę, co upadek zamortyzuje. Może w wakacje się uda ;) Pora pogadać o planach wakacyjnych z dziadkiem.
Zmykam już. Jeszcze prysznic. I lulu. Bo jutro od 8 rana ciężkie boje na uczelni i nie tylko ;P
Ps. Spadek nastroju incydentalny. W skali od 1 do 10 - czuję się dzisiaj na 8 :) ;) :)
Alem zmęczona straśnie.
Martwię się o Nią i o Izz, i jeszcze paru ludzi, którzy myśli grzeją, a jakoś im się knoci w życiu.
Z Nią rozmawiałam dziś przez telefon chwilkę. Wychodzi na weekend na przepustkę, a ja wtedy będę w domku. Czyli się miniemy, w najlepszym wypadku - ja dojadę na stację, a Ona pojedzie. Ehhh... Już chciałoby się powrotu do starego systemu, ale jeszcze chyba nie da rady. Trza czekać na efekty leczenia. ;*
Izz. Prawie się rozkleiła jak przy praniu mała wpadka wyszła - jej, Aneszkowa i moja (już nie)biała część garderoby ma teraz kolory w takich odcieniach: kanarkowy, dojrzała i niedojrzała cytryna ;)
(Mnie to raczej ubawiło, ale wiadomym jest, że ja mam pstro w głowie, a żółty ostatnio całkiem do mnie pasuje).
Izz ;*
Poza tym...
I jeszcze...
I do tego...
I już na koniec...
Ehhh. Wielokropnie jakoś się porobiło.
Noż melankolia typowa.
Wieczorową porą, przy kubku kakao.
Śpiewa mi Grechuta słodko.
Kazik robi szum typowy jego nocnej aktywności.
A ja sobie myślę, że rano trzeba wstać, pójść na wszystkie zajęcia i jeszcze pozałatwiać na mieście kilka spraw.
A przecież wolałabym siedzieć w ciepłym 418, nie zaś błąkać się po burych urzędach i wydziale, w deszcz, z dylematem: z parasolem czy bez (do dzisiaj nie używałam wynalazku takowego wcale, ale jutro już się chyba ugnę...).
Od Pauliny dostałam prezent dzisiaj na wieczornym wykładzie: Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, Sherry Argov. To sobie poczytam o tym, jak powinna postępować kobieta idealna... Dobrze, że jest we mnie Cześ, to mi na głowę nie padnie zbyt poważnie :D :D :D :D :D
Marzy mi się Lipnica. Marzą mi się moje pagórki w górach. I stara drewniana chata. Coś w tej mojej krwi z gór płynie i rwie mnie do stron tamtejszych, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeby wielkiej skoku ze stodoły dwa metry w dół, w bujną trawę, co upadek zamortyzuje. Może w wakacje się uda ;) Pora pogadać o planach wakacyjnych z dziadkiem.
Zmykam już. Jeszcze prysznic. I lulu. Bo jutro od 8 rana ciężkie boje na uczelni i nie tylko ;P
Ps. Spadek nastroju incydentalny. W skali od 1 do 10 - czuję się dzisiaj na 8 :) ;) :)
Alem zmęczona straśnie.
poniedziałek, 17 maja 2010
Kasztanowe...
Maj.
Słoneczny.
Kolorowy.
Ni-hu-hu.
Poznański maj deszczem stoi, kropi, leży, siąpi.
Zalało nam ze 20 (słownie: dwadzieścia) metrów chodnika przed akademikiem, że nie da rady suchą stopą pokonać odcinka w wersji: go out czy go back. Dzisiaj chyba ze trzy razy zmieniałam skarpetki i buty, aż w końcu ostały się tylko jezuski, a na to za wcześnie jakby(?)...
Załatwiłam jednak kilka spraw niecierpiących zwłoki:
* lekarz rodzinny powiedział, co z moją nóżką: przede mną jakoweś masaże, bo mięśnie mi szwankują nieco i chwała Panom, że tylko to ;)
* mam wreszcie dobry modem do neta: do tej pory używałam Aneszki, a ona miała mój - od dziś wreszcie na własnym, he he, a wszystko za jedyne 100 groszy ;P
* doczytałam tę książkę, która odłogiem leżała od czasu długiego
* i jeszcze na pranie zapisałam się jako pierwsza, kolejeczkę otwierając skromną swoją osóbką, zajmując terminy upragnione: jutrzejszy i niedzielny wieczór.
Poza tym - uganiałam się w deszczu, zupełnie przemoknięta, mogąc każdą kałużę poznać w sposób najlepszy - w rozprysku "dokumentnym" (:D). Postanowiłam, że czas poznać uroki błotka i polazłam środkiem parku, pośród wszech rozrzuconego kwiecia kasztanowców, dumnie kwitnieniem maturzystów wspierających.
Opustoszały od ludków park wyglądał niesamowicie: rosłe w zieleni kasztany rysowały swoje sylwetki wysoko, wysoko, kwiecie zasypało ścieżyny i trawniki, tylko huśtawki lekko kołysał wiatr - widok jak z bajki... Taki, który dech zapiera i daje power na cały boży dzień (fakt, że było już dość późne popołudnie niczego nie zmienia).
Uwielbiam zapach deszczu i ziemi, która chłonie wilgoć - a te, w połączeniu z zapachem kasztanowym przyrządziły mieszankę, że najlepszym jej określeniem będzie : aromatyczna wirtuozeria. Aromaterapia, że mucha nie siada. Dawno temu, gdy miałam zbolałą duszę, podziałałoby kojąco. Na radośnie usposobioną Malutką podziałało bardziej motywująco lub też dowodowo: że jest się z czego i do czego szczerzyć wesoło.
Izz dokształca mnie w kwestii umuzycznienia klasycznego: Ravel i Mozart, no i Bizet. Opery to jednak nie mój żywioł, przykro. Sama muzyka - jest cudna, ale śpiew...
Na wykładzie z dramatu wytrzymałam godzinę i 7 minut. Po tekście: "Absurdalnym jest postrzeganie absurdystów absurdu poprzez absurd w rozumieniu szerokim, nie zaś absurd w rozumieniu wąskim, bo tutaj absurdystyczne spojrzenie przechyla się na szalę absurdystów absurdu lat 60, nie zaś preabsurdystów lat 20." - spasowałam.
Cytat jest wierny. Zanotowałam skrzętnie, pragnąc zrozumieć o co pani doktor chodziło, z myślą, że może w domu, może w moim 418, może jakimś cudem... Jednak cudu nie będzie. Bladam, gdy to czytam po raz wtóry.
Dzwoniła mamusia. W domu mam się stawić w weekend. Bez szemrania i protestowania. No i git, gitara i kaloszki.
Z wieści maminych wiem, że mamy nowego, maleńkiego cielaczka ;) Się wie - już sobie załatwiłam karmienia małej podczas pobytu w domu.
Już widzę te chudziutkie, chwiejące się nóżki. Ten pyszczek czarny i język drapiący...I oczy - wielkie, miłe, przyjazne, z takim czymś, czego określić nie umiem, z czymś, co mój zachwyt budzi. Hmmm, taki smyk to najsłodszy maluch, jaki pod słońcem się zjawia... :) :) :)
Poza tym: stwierdzam, że muszę zwiać choć na kilka dni z Poznania. Pomyśleć i się zastanowić nad tym kwestiami życia i życia.
Coraz częściej słyszę pytania: co dalej, co po studiach? I nie wiem, sama nie wiem.
Jak się wybierało kierunek studiów hobbystycznie (rodziciele chytrze/ przezornie planowali mi przyszłość na nauczycielskim wikcie - a ja psikus - specjalizacja wybitnie niepedagogiczna), to się ma potem taki młyn we łbie, jak ja teraz.
Bo niby możliwości jest od cholery, od wydawnictw począwszy, na zwykłych firmach wypośrodkowując, a na kasie w Biedronce czy innym Realu skończywszy, ale jednak... wybrać coś trzeba. Nawet nie tyle wybrać, co się gdzieś dostać...
(Obawiam się, że w przyszłym roku moje I patrzy niestrudzenie przemieni się w I szuka pracy nieustannie... I dużo będzie stresów, frustracji i zwątpień).
Aha, dowiedziałam się, że mam nową ksywkę, z wizyty w laboratorium u Izz. Doktor, znaczy się opiekun Izz magisterki, był obecny przy moim krzątaniu się między odczynnikami a sprzętem szklanym itd. I sobie wymyślił: "Pasterówkę", bo docelowo miałam jedną pasterówkę dostać, ale coś nie wyszło, pewnie z roztargnienia, bo Izz za posterem się musiała uganiać, do tego zapomniała zmienić format tegoż i był burdel na kółkach, że tak to zgrabnie ujmę ;) Tak czy siak - pasterówki nie mam, więc czeka mnie kolejna wyprawa do Collegium Chemicum ;) ;) ;) I fajnie, bo tam dużo ciekawych i wybuchowych zabawek. I może w końcu jakieś doświadczenie pozwolą mi zrobić, a nie tylko chloroform wdychać? ;)
Jakoś tak mi poszarpało posta... Hmmm... Bo tyle myśli jednocześnie się kłębi we mnie, że sama już nie nadążam z ich rejestrowaniem.
Malutka ;) ;P :D
Dodatkowo: mam w głowie mnóstwo konspiracyjnych pomysłów, co z tą stolicą i z Krakowem.
Słoneczny.
Kolorowy.
Ni-hu-hu.
Poznański maj deszczem stoi, kropi, leży, siąpi.
Zalało nam ze 20 (słownie: dwadzieścia) metrów chodnika przed akademikiem, że nie da rady suchą stopą pokonać odcinka w wersji: go out czy go back. Dzisiaj chyba ze trzy razy zmieniałam skarpetki i buty, aż w końcu ostały się tylko jezuski, a na to za wcześnie jakby(?)...
Załatwiłam jednak kilka spraw niecierpiących zwłoki:
* lekarz rodzinny powiedział, co z moją nóżką: przede mną jakoweś masaże, bo mięśnie mi szwankują nieco i chwała Panom, że tylko to ;)
* mam wreszcie dobry modem do neta: do tej pory używałam Aneszki, a ona miała mój - od dziś wreszcie na własnym, he he, a wszystko za jedyne 100 groszy ;P
* doczytałam tę książkę, która odłogiem leżała od czasu długiego
* i jeszcze na pranie zapisałam się jako pierwsza, kolejeczkę otwierając skromną swoją osóbką, zajmując terminy upragnione: jutrzejszy i niedzielny wieczór.
Poza tym - uganiałam się w deszczu, zupełnie przemoknięta, mogąc każdą kałużę poznać w sposób najlepszy - w rozprysku "dokumentnym" (:D). Postanowiłam, że czas poznać uroki błotka i polazłam środkiem parku, pośród wszech rozrzuconego kwiecia kasztanowców, dumnie kwitnieniem maturzystów wspierających.
Opustoszały od ludków park wyglądał niesamowicie: rosłe w zieleni kasztany rysowały swoje sylwetki wysoko, wysoko, kwiecie zasypało ścieżyny i trawniki, tylko huśtawki lekko kołysał wiatr - widok jak z bajki... Taki, który dech zapiera i daje power na cały boży dzień (fakt, że było już dość późne popołudnie niczego nie zmienia).
Uwielbiam zapach deszczu i ziemi, która chłonie wilgoć - a te, w połączeniu z zapachem kasztanowym przyrządziły mieszankę, że najlepszym jej określeniem będzie : aromatyczna wirtuozeria. Aromaterapia, że mucha nie siada. Dawno temu, gdy miałam zbolałą duszę, podziałałoby kojąco. Na radośnie usposobioną Malutką podziałało bardziej motywująco lub też dowodowo: że jest się z czego i do czego szczerzyć wesoło.
Izz dokształca mnie w kwestii umuzycznienia klasycznego: Ravel i Mozart, no i Bizet. Opery to jednak nie mój żywioł, przykro. Sama muzyka - jest cudna, ale śpiew...
Na wykładzie z dramatu wytrzymałam godzinę i 7 minut. Po tekście: "Absurdalnym jest postrzeganie absurdystów absurdu poprzez absurd w rozumieniu szerokim, nie zaś absurd w rozumieniu wąskim, bo tutaj absurdystyczne spojrzenie przechyla się na szalę absurdystów absurdu lat 60, nie zaś preabsurdystów lat 20." - spasowałam.
Cytat jest wierny. Zanotowałam skrzętnie, pragnąc zrozumieć o co pani doktor chodziło, z myślą, że może w domu, może w moim 418, może jakimś cudem... Jednak cudu nie będzie. Bladam, gdy to czytam po raz wtóry.
Dzwoniła mamusia. W domu mam się stawić w weekend. Bez szemrania i protestowania. No i git, gitara i kaloszki.
Z wieści maminych wiem, że mamy nowego, maleńkiego cielaczka ;) Się wie - już sobie załatwiłam karmienia małej podczas pobytu w domu.
Już widzę te chudziutkie, chwiejące się nóżki. Ten pyszczek czarny i język drapiący...I oczy - wielkie, miłe, przyjazne, z takim czymś, czego określić nie umiem, z czymś, co mój zachwyt budzi. Hmmm, taki smyk to najsłodszy maluch, jaki pod słońcem się zjawia... :) :) :)
Poza tym: stwierdzam, że muszę zwiać choć na kilka dni z Poznania. Pomyśleć i się zastanowić nad tym kwestiami życia i życia.
Coraz częściej słyszę pytania: co dalej, co po studiach? I nie wiem, sama nie wiem.
Jak się wybierało kierunek studiów hobbystycznie (rodziciele chytrze/ przezornie planowali mi przyszłość na nauczycielskim wikcie - a ja psikus - specjalizacja wybitnie niepedagogiczna), to się ma potem taki młyn we łbie, jak ja teraz.
Bo niby możliwości jest od cholery, od wydawnictw począwszy, na zwykłych firmach wypośrodkowując, a na kasie w Biedronce czy innym Realu skończywszy, ale jednak... wybrać coś trzeba. Nawet nie tyle wybrać, co się gdzieś dostać...
(Obawiam się, że w przyszłym roku moje I patrzy niestrudzenie przemieni się w I szuka pracy nieustannie... I dużo będzie stresów, frustracji i zwątpień).
Aha, dowiedziałam się, że mam nową ksywkę, z wizyty w laboratorium u Izz. Doktor, znaczy się opiekun Izz magisterki, był obecny przy moim krzątaniu się między odczynnikami a sprzętem szklanym itd. I sobie wymyślił: "Pasterówkę", bo docelowo miałam jedną pasterówkę dostać, ale coś nie wyszło, pewnie z roztargnienia, bo Izz za posterem się musiała uganiać, do tego zapomniała zmienić format tegoż i był burdel na kółkach, że tak to zgrabnie ujmę ;) Tak czy siak - pasterówki nie mam, więc czeka mnie kolejna wyprawa do Collegium Chemicum ;) ;) ;) I fajnie, bo tam dużo ciekawych i wybuchowych zabawek. I może w końcu jakieś doświadczenie pozwolą mi zrobić, a nie tylko chloroform wdychać? ;)
Jakoś tak mi poszarpało posta... Hmmm... Bo tyle myśli jednocześnie się kłębi we mnie, że sama już nie nadążam z ich rejestrowaniem.
Malutka ;) ;P :D
Dodatkowo: mam w głowie mnóstwo konspiracyjnych pomysłów, co z tą stolicą i z Krakowem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
