Odwrotności i bieguny.
Pomiędzy łzą... uśmiech.
Jestem jak posklejana waza, którą ktoś znów zrzucił ze stołu.
Sierpień mnie przerósł, a to jeszcze nie koniec miesiąca.
2012 uważam za rok stracony. Rok porażek, nieopisanego smutku i samotności.
Kocham autobusy zza okna.
Przypominają mi lepsze czasy.
Jego.
I dom, który nigdy nie był idealny, ale w którym cisza nigdy nie była tak dotkliwa.
Kocham nocne marzenia.
Choć przez chwilę potrafię zapomnieć.
Kocham kolczyki z czarnym oczkiem.
I paskudnie złoty pierścionek mamy.
Sprawiają, że trochę bliżej mnie jest miłość, choć zawsze na odległość.
Tęsknię za czasem, gdy faktycznie i fizycznie ktoś przy mnie był.
Nawet jeśli nie było mowy o okazywaniu uczuć ani emocji.
Teraz nawet złudzenia ulegają rozkładowi.
Mam wrażenie, że tego zbitego kolana nie uda się uratować.
I że tak niewiele trzeba, by zniknąć.
Pierwszy raz od tysiącleci chciałabym przynależeć gdziekolwiek.
By nie oszaleć.
I nie połykać łez, do których się nie przyznam.
Mam wrażenie, że ta noc trwa już za długo. Że nie budzę się z koszmaru.
Jutro pojadę do smutnego domu. Osieroconego domu.
I wiem, że nie mam już sił na pancerz i złudzenie silnej dziewczyny.
Wiem, że tym razem to nie ja powinnam podtrzymywać na duchu.
Chciałabym mieć 6 lat i przytulić się do taty.
Tymczasem zobaczę człowieka zmęczonego życiem, w którym zgasło wszystko, co dawał mi gdy byłam mała.
Słowa nie przynoszą ulgi. Już nie. Za dużo tego.
A za mało tego, czego smak ledwo pamiętam.
Niech mi ktoś zabierze mózg, nerki mam uszkodzone. Genetycznie.
I będzie cacy.