w tle
tęsknię do szeptu Twoich rzęs
na moim policzku
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
czwartek, 6 stycznia 2011
sen...
Miałam dziwny sen, po którym zostają mieszane uczucia na cały długi dzionek.
Byliśmy razem, chyba nawet po ślubie. Mieszkaliśmy z jego rodzicami i z Aneszką na 2 pokojach - dobrze, że była jeszcze kuchnia. Ciągłe i nieustanne kłótnie każdego z każdym nakładały na obraz gęstą firanę, która zaciemniała i gubiła ostrość kolejnych scen. Robiłyśmy obiad. Właściwie ja robiłam, dla nas, dla niego i dla mnie. Chciałam znów pobyć z nim sama, jak dawniej, żeby wrócił do domu z tęsknotą. I wrócił, w momencie, gdy Aneszka wszczęła kolejną awanturę. Usłyszał w korytarzu, jak mówię, że mi źle, że nic w tym domu ode mnie nie zależy. Wyszedł, usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami. Pobiegłam za nim. Ledwo udało mi się go dogonić. Dopiero teraz jego spojrzenie skrzywdzonego chłopca nabrało wyrazistości - zabolało, tak bardzo, że zaciskałam dłonie w bezsilnym geście. Zapytałam, czy nie moglibyśmy wreszcie żyć sami, wyprowadzić się i przestać unikać siebie nawzajem. Powiedział, że nie możemy, że nas nie stać. "No to bądźmy bezdomni, sami, bez nich". I pomaszerowaliśmy powolnym krokiem donikąd, stąpając po szarym tle.
The end.
Heh.
Na szczęście nie mam dziś czasu na drobiazgowe roztrząsanie snu.
Porządkuję room.
I wychodzę po Soy :D
Hmmm, ciekawe czy się przestraszy?
No jakby nie było, Cześ to Cześ.
Aha. I jeszcze C.K. ma urodziny, muszę zadzwonić z życzeniami.
Nastawienie: bojowe ;)))
Byliśmy razem, chyba nawet po ślubie. Mieszkaliśmy z jego rodzicami i z Aneszką na 2 pokojach - dobrze, że była jeszcze kuchnia. Ciągłe i nieustanne kłótnie każdego z każdym nakładały na obraz gęstą firanę, która zaciemniała i gubiła ostrość kolejnych scen. Robiłyśmy obiad. Właściwie ja robiłam, dla nas, dla niego i dla mnie. Chciałam znów pobyć z nim sama, jak dawniej, żeby wrócił do domu z tęsknotą. I wrócił, w momencie, gdy Aneszka wszczęła kolejną awanturę. Usłyszał w korytarzu, jak mówię, że mi źle, że nic w tym domu ode mnie nie zależy. Wyszedł, usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami. Pobiegłam za nim. Ledwo udało mi się go dogonić. Dopiero teraz jego spojrzenie skrzywdzonego chłopca nabrało wyrazistości - zabolało, tak bardzo, że zaciskałam dłonie w bezsilnym geście. Zapytałam, czy nie moglibyśmy wreszcie żyć sami, wyprowadzić się i przestać unikać siebie nawzajem. Powiedział, że nie możemy, że nas nie stać. "No to bądźmy bezdomni, sami, bez nich". I pomaszerowaliśmy powolnym krokiem donikąd, stąpając po szarym tle.
The end.
Heh.
Na szczęście nie mam dziś czasu na drobiazgowe roztrząsanie snu.
Porządkuję room.
I wychodzę po Soy :D
Hmmm, ciekawe czy się przestraszy?
No jakby nie było, Cześ to Cześ.
Aha. I jeszcze C.K. ma urodziny, muszę zadzwonić z życzeniami.
Nastawienie: bojowe ;)))
środa, 5 stycznia 2011
sportowy mord Czesia na Czesiu, ałłł
"Nikt nie potrafi tak ciebie dopieścić, jak ty sam" - tak kiedyś usłyszałam, przypadkiem zupełnym.
W wersji Cześ powinno być: "Nikt nie potrafi tak mnie załatwić, jak właśnie ja".
Ale w czym rzecz?
Jako iż wyrzuciło mnie ostatnio z rzeczywistości, a najlepszym sposobem na odzyskanie kontaktu ze światem realnym, a nie beczącym, jak syrena warszawska, jest fizyczne wykańczanie się - wyruszyłam na łyżwy, zupełnie spontanicznie, a w gruncie rzeczy po to, żeby Izz spotkać wreszcie, po latach.
Hmm, cóż takiego - proste to i przyjemne, trza ciut nóżkami przebierać, pilnować balansu ciała i szczerzyć kły w niekrytej radości. Tako i było. Najpierw "ruch uliczny" w lewo, później koszmarna zmiana w prawo i ku uldze ostatecznej ponownie trzeba manewrować w lewo. Wszystko cudnie, wokół mrowie dzieciątek młodszych i starszych, towarzystwo zerwane z Emeryten party (czyli ci, którzy mi najbardziej na lodowisku imponują, bo pędzą tak, że aż lód trzeszczy). Śmigacze na hokejówkach przemykali między zakrętami budząc przerażenie i mrożąc krew w żyłach, bo jak "ja" wywinę orła, to zaraz ktoś "wyorli" się na "mnie" itd. Czyli właściwie standard.
Standard, który zakończył się w momencie spalania stópki prawej.
Jadę, jadę, ścieram lód na zakręcie, szpanując, że na jednej nodze też potrafię przejechać spory kawałek. I nagle trach - sykkkk z bólu i przykra świadomość: "trzeba wiedzieć kiedy z lodowiska zjechać", aczkolwiek poniewczasie mi wyszło.
Ledwo dotarłam do zjazdu. Wpełzłam do szatni. I krzywiąc się z bólu zdejmowałam łyżwy. Oki. Lewa stópka ciut obtarta. Ale prawa wygląda jak poparzenie...
Nocy nie dało rady normalnie przespać. Ciągle coś (czyli kołderka lub kocyk) dotykało ranki. Wstałam więc wykończona, ledwie myśląc, co niestety wyczuwalne było podczas pierwszych rozmów - przepraszam ;)
Powoli jednak dochodzę do siebie. Myślenie wróciło na pozytywne tory: kojarzę i reaguję poprawnie :D No i postaram się jakoś zabezpieczyć... Aneszka, wybywając na wykład, zahaczy o aptekę, bo ciągle udawać lata i sezonu japonkowego nie da rady, a na bosaka zimno mi... co pewnie odczuje mój wróg własny odwieczny, którego nazwy zapisywać nie śmiem.
Obawiam się, że kolejny wypad na łyżwy stoi pod znakiem zapytania, skoro nawet chodzenie chwilowo mnie zabija. Najwyżej postoję za bandą i popatrzę na wyczyny dziewczyn :)
Ze spraw inszych, absurdalnych - znacie stronkę: wredny-sąsiad.pl?
O jej istnieniu dowiedziałam się wczoraj od Dżull (która dogorywa w wyrku), bo nasz akademicki prawie sąsiad z piętra dał się tylu ludziom w kość, że poirytowane do granic możliwości dziewczyny, założyły tam jego profil.
Świat głupieje i dziczeje.
Czytając teksty skarg i ostrzeżeń można pękać ze śmiechu, ale prędzej czy później pojawia się myśl, jak patologiczny staje się człowiek. Te niewyszukane, krawężnikowe słownictwo i problemy "z kosmosu" - o czym to świadczy?
Chyba wolę nie wiedzieć...
Muzycznie wpadam dziś w starą moją klasykę, gdzie Kobranocka i Kocham cię, jak Irlandię.
Pewnie dlatego, że wczorajsze łyżwy w rytm tego pomykały...
W wersji Cześ powinno być: "Nikt nie potrafi tak mnie załatwić, jak właśnie ja".
Ale w czym rzecz?
Jako iż wyrzuciło mnie ostatnio z rzeczywistości, a najlepszym sposobem na odzyskanie kontaktu ze światem realnym, a nie beczącym, jak syrena warszawska, jest fizyczne wykańczanie się - wyruszyłam na łyżwy, zupełnie spontanicznie, a w gruncie rzeczy po to, żeby Izz spotkać wreszcie, po latach.
Hmm, cóż takiego - proste to i przyjemne, trza ciut nóżkami przebierać, pilnować balansu ciała i szczerzyć kły w niekrytej radości. Tako i było. Najpierw "ruch uliczny" w lewo, później koszmarna zmiana w prawo i ku uldze ostatecznej ponownie trzeba manewrować w lewo. Wszystko cudnie, wokół mrowie dzieciątek młodszych i starszych, towarzystwo zerwane z Emeryten party (czyli ci, którzy mi najbardziej na lodowisku imponują, bo pędzą tak, że aż lód trzeszczy). Śmigacze na hokejówkach przemykali między zakrętami budząc przerażenie i mrożąc krew w żyłach, bo jak "ja" wywinę orła, to zaraz ktoś "wyorli" się na "mnie" itd. Czyli właściwie standard.
Standard, który zakończył się w momencie spalania stópki prawej.
Jadę, jadę, ścieram lód na zakręcie, szpanując, że na jednej nodze też potrafię przejechać spory kawałek. I nagle trach - sykkkk z bólu i przykra świadomość: "trzeba wiedzieć kiedy z lodowiska zjechać", aczkolwiek poniewczasie mi wyszło.
Ledwo dotarłam do zjazdu. Wpełzłam do szatni. I krzywiąc się z bólu zdejmowałam łyżwy. Oki. Lewa stópka ciut obtarta. Ale prawa wygląda jak poparzenie...
Nocy nie dało rady normalnie przespać. Ciągle coś (czyli kołderka lub kocyk) dotykało ranki. Wstałam więc wykończona, ledwie myśląc, co niestety wyczuwalne było podczas pierwszych rozmów - przepraszam ;)
Powoli jednak dochodzę do siebie. Myślenie wróciło na pozytywne tory: kojarzę i reaguję poprawnie :D No i postaram się jakoś zabezpieczyć... Aneszka, wybywając na wykład, zahaczy o aptekę, bo ciągle udawać lata i sezonu japonkowego nie da rady, a na bosaka zimno mi... co pewnie odczuje mój wróg własny odwieczny, którego nazwy zapisywać nie śmiem.
Obawiam się, że kolejny wypad na łyżwy stoi pod znakiem zapytania, skoro nawet chodzenie chwilowo mnie zabija. Najwyżej postoję za bandą i popatrzę na wyczyny dziewczyn :)
Ze spraw inszych, absurdalnych - znacie stronkę: wredny-sąsiad.pl?
O jej istnieniu dowiedziałam się wczoraj od Dżull (która dogorywa w wyrku), bo nasz akademicki prawie sąsiad z piętra dał się tylu ludziom w kość, że poirytowane do granic możliwości dziewczyny, założyły tam jego profil.
Świat głupieje i dziczeje.
Czytając teksty skarg i ostrzeżeń można pękać ze śmiechu, ale prędzej czy później pojawia się myśl, jak patologiczny staje się człowiek. Te niewyszukane, krawężnikowe słownictwo i problemy "z kosmosu" - o czym to świadczy?
Chyba wolę nie wiedzieć...
Muzycznie wpadam dziś w starą moją klasykę, gdzie Kobranocka i Kocham cię, jak Irlandię.
Pewnie dlatego, że wczorajsze łyżwy w rytm tego pomykały...
wtorek, 4 stycznia 2011
ziołowo pachnący ;)
Wczorajszy wyczyn, iście boskiej natury?
Zaspokojenie hedonistycznej żądzy - uzupełnienie zapasów przyprawowych...
39,88 zł wydałam na przyprawy, a na resztę zakupów ledwie 15,20 zł - i to jest tak jak lubię - ze smakiem i do smaku ;)
Przyjemności z tycia nie będzie, ale z pałaszowania na pewno!
Moje gołębie zlatują się od nowa, zaskoczone tym, że wróciłam, że znów mają stołówkę. Niektóre powroty są takie ładne i lotne.
Poza tym był u mnie Michaszko ponoworocznie. Fajna wizyta, bardzo poranna, kawowo-tostowa, przegadana, informacyjna i miła, po prostu. Hmmm. Okazuje się, że nie tylko ja miałam ciekawy koniec roku i sam jego początek ;)
I jeszcze historia zasłyszana, bo się powstrzymać nie mogę:
Ona lat 21, on 23. Byli ze sobą cztery długie, burzliwe lata. Teraz, po rozstaniu przedświątecznym on jej wystawił rachunek za miłość, rok mieszkania razem i temu podobne zapiekanki na mieście, ba, nawet za bilety ulgowe, czyli durne złotówki raz na ruski rok. Zapłaci za... wakacje, na które on ją zapraszał, gdy jeszcze chodziła do szkoły średniej, za wspólnie kupowane prezenty, za pościele, które kupili razem do mieszkania i każdy inny, możliwy drobiazg. O i jeszcze za to, co podarował jej na urodziny, walentynki, czy zwykłe impulsywne kwiatki od serca... W sumie te cztery lata będą ją kosztowały jakieś 8000zł.
Chłopak skrzętnie notował co?, kiedy?, gdzie?, za ile?...
A potem wywiózł ją samochodem, jeden Niebieski wie gdzie, i zmusił do podpisania wydrukowanego papierka pt. "Spłacę cię".
Dziewczyna rzuca studia.
Póki co, zapieprza w robocie po kilkanaście godzin dziennie, żeby uzbierać na bilet, bo (na całe szczęście) ktoś z rodziny ma sprawdzone miejsce zarobkowe za granicą i pewnie w rok da radę się odkuć, choćby na tyle, by pozbyć się Don Juana Naciągacza i Złodzieja.
Co tam, że musi zrezygnować ze studiów? Przecież może się reaktywować nawet za dwa, może trzy lata.
Życie bywa bardzo żałosne, tak mi z tego wychodzi...
To tyle. Zostawiam Was z Dusty Springfield...
No tak: Wishin' and Hopin' ;)
Zaspokojenie hedonistycznej żądzy - uzupełnienie zapasów przyprawowych...
39,88 zł wydałam na przyprawy, a na resztę zakupów ledwie 15,20 zł - i to jest tak jak lubię - ze smakiem i do smaku ;)
Przyjemności z tycia nie będzie, ale z pałaszowania na pewno!
Moje gołębie zlatują się od nowa, zaskoczone tym, że wróciłam, że znów mają stołówkę. Niektóre powroty są takie ładne i lotne.
Poza tym był u mnie Michaszko ponoworocznie. Fajna wizyta, bardzo poranna, kawowo-tostowa, przegadana, informacyjna i miła, po prostu. Hmmm. Okazuje się, że nie tylko ja miałam ciekawy koniec roku i sam jego początek ;)
I jeszcze historia zasłyszana, bo się powstrzymać nie mogę:
Ona lat 21, on 23. Byli ze sobą cztery długie, burzliwe lata. Teraz, po rozstaniu przedświątecznym on jej wystawił rachunek za miłość, rok mieszkania razem i temu podobne zapiekanki na mieście, ba, nawet za bilety ulgowe, czyli durne złotówki raz na ruski rok. Zapłaci za... wakacje, na które on ją zapraszał, gdy jeszcze chodziła do szkoły średniej, za wspólnie kupowane prezenty, za pościele, które kupili razem do mieszkania i każdy inny, możliwy drobiazg. O i jeszcze za to, co podarował jej na urodziny, walentynki, czy zwykłe impulsywne kwiatki od serca... W sumie te cztery lata będą ją kosztowały jakieś 8000zł.
Chłopak skrzętnie notował co?, kiedy?, gdzie?, za ile?...
A potem wywiózł ją samochodem, jeden Niebieski wie gdzie, i zmusił do podpisania wydrukowanego papierka pt. "Spłacę cię".
Dziewczyna rzuca studia.
Póki co, zapieprza w robocie po kilkanaście godzin dziennie, żeby uzbierać na bilet, bo (na całe szczęście) ktoś z rodziny ma sprawdzone miejsce zarobkowe za granicą i pewnie w rok da radę się odkuć, choćby na tyle, by pozbyć się Don Juana Naciągacza i Złodzieja.
Co tam, że musi zrezygnować ze studiów? Przecież może się reaktywować nawet za dwa, może trzy lata.
Życie bywa bardzo żałosne, tak mi z tego wychodzi...
To tyle. Zostawiam Was z Dusty Springfield...
No tak: Wishin' and Hopin' ;)
poniedziałek, 3 stycznia 2011
poniedziałek :)))
Koniec pleprania o uczuciach na długi czas.
Ile można?
Generalnie już mi się nawet nie chce.
Jest git, gitara i kaloszki.
Wracam do normalności.
Nieprzyskrzyniona końcem świata mogę się na niego gapić dalej.
Plany? Praktycznie wolny tydzień, więc... zaszyć się w bibliotekach i pisać, pisać, pisać.
I doczekać piątku - żeby popatrzeć na Soy jeżdżącą na łyżwach.
I gadać z Aneszką, bo długo się nie widziałyśmy.
I być po mojemu.
Kurna, jak to łatwo obudzić się w poniedziałek i móc, i chcieć. Naprawdę łatwo!
Miłego dnia!!!
Tymczasem: poranny Czesław Śpiewa: Turnus :)
Ile można?
Generalnie już mi się nawet nie chce.
Jest git, gitara i kaloszki.
Wracam do normalności.
Nieprzyskrzyniona końcem świata mogę się na niego gapić dalej.
Plany? Praktycznie wolny tydzień, więc... zaszyć się w bibliotekach i pisać, pisać, pisać.
I doczekać piątku - żeby popatrzeć na Soy jeżdżącą na łyżwach.
I gadać z Aneszką, bo długo się nie widziałyśmy.
I być po mojemu.
Kurna, jak to łatwo obudzić się w poniedziałek i móc, i chcieć. Naprawdę łatwo!
Miłego dnia!!!
Tymczasem: poranny Czesław Śpiewa: Turnus :)
niedziela, 2 stycznia 2011
Ty...
wstałam
i czekam na to, żebyś znów kłamał
obawiam się jednak, że stchórzysz
jak zawsze, gdy zawodziłeś
co mamy na szali?
zastanawiam się
chyba tylko mnie
to stosunkowo niewiele, zważywszy, że jest nas dwoje
mówisz, że się przygotowuję
że układam słowa na okoliczność
nie, to słowa przychodzą
gdy coś przyjść musi
będziesz kłamał
udawał
może nawet uderzysz mnie ciszą
wczorajsza herbata nadal czeka
tylko, że nie ma wczoraj
dzisiaj nie będę ani tytanem ani płaczącą wierzbą
jest niedziela
muszę odpocząć na moment od tego, że chcesz zniknąć
rozpuścić usta w historii
kładąc dłonie na innych
będę tęsknić
łóżkiem, pokojem, ścianami i czarnym brokatowym ptaszkiem
ciągle tęsknię
udając, że tak nie jest
że nie czekam
nie rozdmuchuję Ciebie na wiatr
i tylko jedno: nie przekonasz mnie, że jesteś świnią
nie mnie
inni może na to pójdą
ja nie
zbyt dobrze Cię znam
nawet takiego Cię znam
z tą obojętnością i irytacją
mam dwadzieścia dwa lata i zostaję z niczym
każdy tak kiedyś miał
przekonując się, że to normalne
nie, to nie jest normalne: zgnieść, zdeptać, pogrążyć w ruinie
mam dwadzieścia dwa lata
i nie chcę mieć więcej
a będę miała kolejne puste, suche, nic nie warte lata
od roku udaję
że umiem żyć
że bez Ciebie
pora wrócić na tory takiej ułudy
Twoje szczęście i niezależność contra moja cisza, mój niemy spokój
to nie mogło wyjść
choć przecież wychodziło
a ja po prostu nadal czuję to, co czułam, gdy Cię tylko zobaczyłam
i czekam na to, żebyś znów kłamał
obawiam się jednak, że stchórzysz
jak zawsze, gdy zawodziłeś
co mamy na szali?
zastanawiam się
chyba tylko mnie
to stosunkowo niewiele, zważywszy, że jest nas dwoje
mówisz, że się przygotowuję
że układam słowa na okoliczność
nie, to słowa przychodzą
gdy coś przyjść musi
będziesz kłamał
udawał
może nawet uderzysz mnie ciszą
wczorajsza herbata nadal czeka
tylko, że nie ma wczoraj
dzisiaj nie będę ani tytanem ani płaczącą wierzbą
jest niedziela
muszę odpocząć na moment od tego, że chcesz zniknąć
rozpuścić usta w historii
kładąc dłonie na innych
będę tęsknić
łóżkiem, pokojem, ścianami i czarnym brokatowym ptaszkiem
ciągle tęsknię
udając, że tak nie jest
że nie czekam
nie rozdmuchuję Ciebie na wiatr
i tylko jedno: nie przekonasz mnie, że jesteś świnią
nie mnie
inni może na to pójdą
ja nie
zbyt dobrze Cię znam
nawet takiego Cię znam
z tą obojętnością i irytacją
mam dwadzieścia dwa lata i zostaję z niczym
każdy tak kiedyś miał
przekonując się, że to normalne
nie, to nie jest normalne: zgnieść, zdeptać, pogrążyć w ruinie
mam dwadzieścia dwa lata
i nie chcę mieć więcej
a będę miała kolejne puste, suche, nic nie warte lata
od roku udaję
że umiem żyć
że bez Ciebie
pora wrócić na tory takiej ułudy
Twoje szczęście i niezależność contra moja cisza, mój niemy spokój
to nie mogło wyjść
choć przecież wychodziło
a ja po prostu nadal czuję to, co czułam, gdy Cię tylko zobaczyłam
sobota, 1 stycznia 2011
...
zaczynam jak zwykle - nie tak, jak się powinno
było zbyt mokro i ciemno
spacer godzinny w brei, nie śniegu
tuż po
potem już tylko gorzej
kryształy rozbite na moim czole
i tysiące szkiełek wbijających się w bose stopy
jak fakir?
arabsko-hinduski kuglarz wędrownej pielgrzymki
mówili, że z pustego i Salomon nie naleje - mnie się udawało
łudzić wierzyć próbować mocować
sprowadzona do wczoraj i dzisiaj - mam nic
a z niczego nie można chcieć
ile to będzie trwało?
nim napiszę książeczkę edukacyjną: Świat jest pełen innych dziewcząt
przekroczyłam każdą granicę
wybór nie mój
moja skrajna głupota
zamykam oczy
to jest ten stan, gdy w głowie nie ustaje huk i hałasy
a z ust nie można wydobyć ni słowa
to jest mój stan
stan mojej osoby
od zawsze
chwilowo - nie do zniesienia
wewnętrznie wykrzykuję sama do siebie
jak bardzo to pomylone
są wątki do których w powieściach nie należy wracać
i bohaterowie, których trzeba czasem uśmiercić
lub choćby wycofać
bo potem już tylko It's only fear i Alexi Murdoch
zły
i czas mógłby wreszcie minąć
zaszyty, zacerowany zbyt grubymi nićmi
było zbyt mokro i ciemno
spacer godzinny w brei, nie śniegu
tuż po
potem już tylko gorzej
kryształy rozbite na moim czole
i tysiące szkiełek wbijających się w bose stopy
jak fakir?
arabsko-hinduski kuglarz wędrownej pielgrzymki
mówili, że z pustego i Salomon nie naleje - mnie się udawało
łudzić wierzyć próbować mocować
sprowadzona do wczoraj i dzisiaj - mam nic
a z niczego nie można chcieć
ile to będzie trwało?
nim napiszę książeczkę edukacyjną: Świat jest pełen innych dziewcząt
przekroczyłam każdą granicę
wybór nie mój
moja skrajna głupota
zamykam oczy
to jest ten stan, gdy w głowie nie ustaje huk i hałasy
a z ust nie można wydobyć ni słowa
to jest mój stan
stan mojej osoby
od zawsze
chwilowo - nie do zniesienia
wewnętrznie wykrzykuję sama do siebie
jak bardzo to pomylone
są wątki do których w powieściach nie należy wracać
i bohaterowie, których trzeba czasem uśmiercić
lub choćby wycofać
bo potem już tylko It's only fear i Alexi Murdoch
zły
i czas mógłby wreszcie minąć
zaszyty, zacerowany zbyt grubymi nićmi
Subskrybuj:
Posty (Atom)


