niedziela, 24 października 2010

wieczorny

zapinam mgły na guziki
smugi nad kominami rozmyte
złapać ulotność
zacisnąć w piąstce i nie wypuścić

Wyszperane w sieci :)

Z domu - do domu. Droga cicha i spokojna. Pociąg ukołysał mnie do bardzo ładnego snu, o szybowcach :)
Jutro seminarium i wcielanie się w Sherlocka, żeby znaleźć C.K. specjalistę w Poznaniu. W międzyczasie skoczę na pocztę.

Chwilowo marzę o grzańcu, ale chyba okiełznam marzenia. Nie chce mi się samotnego wypadu do knajpki. Poczekam na lepszy czas i jakieś towarzystwo.

sobota, 23 października 2010

Po nocy długiej i złej przyszedł dzień, rzec by można z ulgą...

Spostrzeżenie jedno: Subkultura ma rację - nie powinnam zabierać głosu w domu, bo nie mam pojęcia o tym, co tu się dzieje...
Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to bezcelowe. Najprościej i najpełniej będzie stwierdzić, że się wszystko pieprzy, z każdej możliwej strony, na raz.

Wyszperane w sieci.

Dobrze, że jutro w południe wracam do Poznania. Odpocznę i przemyślę wszystko. Na dwie sprawy może dam radę coś zaradzić, reszta musi się dusić w sosie własnym.
Ale z drugiej strony, jak pomyślę, że pozostali z Gromady na luksus ucieczki sobie pozwolić nie mogą - to już mi nie tak lekko.

W celu wyżycia się fizycznego wybyłam a chłopakami na pole. Zapach koszonej trawy o tej porze roku - bezcenny. Powrót w jej stercie - szalenie przyjemny ;) Jak zwykle zajęłam się grabieniem. Subkultura i Radzimir popłakali się przeze mnie ze śmiechu. Ciśnienie opadło. Oby tendencja się utrzymała.

Przynajmniej C.K. już w szpitalu, po całonocnych bojach.


Trzymajcie się ciepło.

czwartek, 21 października 2010

polski...

Mottem dnia jest tekst: "Dobre bo polskie!"...

Filologia polska dziwna jest. Zwłaszcza na V roku.
W szczególe wygląda to tak: Grochola, Dunin, Masłowska, Tokarczuk, Kalicińska, Staszewska, Chmielewska, Pilipiuk, Pilch, Wiśniewski i inni znakomici twórcy rodzimi, których nazwiska robią mi "kuku" mentalne...
Że niby ja, Cześ ładny i niesforny słowami, mam w chłam wchodzić na samym końcu drogi katorżniczej... Brrrrr, wg. kochanego Bohdana S.:



Dałam radę. Wytrzymałam do końca wyliczanki, w pokorze i milczeniu. Do czasu. Na retoryczne:
- Macie państwo jakieś pytania?- padło moje, karygodnie przeczące idei pytania retorycznego zwątpienie, zwerbalizowane nieco nieśmiało:
- A obcej nie uwzględnia szanowny doktor w terminarzu zajęć?
I się doczekałam...:
- Nie. Macie czytać nasze, polskie. Polską literaturę znać. Polskie książki poznawać. A nie tylko obca i obca.
W podsumowaniu niech będzie to: "przysięga warzywom, warzywom, no":



Zaczynam się bać...

Z rzeczy przyjemniejszych, w ramach nocnego seansu - Breakfast at Tiffany's ;) I zagra mi tak:




Dobrego wieczoru!

środa, 20 października 2010

jesienny

Pokój pachnie wanilią.
Kazik śpi, strudzony całonocnym maratonem.
Julka wyszła na zakupy.
Za oknem typowy jesienny deszcz, obijający się o parapety.

Zimno mi. Jak jasna Anielka, tak mi zimno. Trzepie mną na lewo i prawo. Rozgrzewają: koc i herbata pita hektolitrami.

Na zewnątrz świat staje na rzęsach.

Wewnątrz chłopaki robią koncert Niemena.
Ja zaś mam do tego takie oto podejście wygodne:

Wyszperane w sieci :)

...
Rozmawiałam z moją ulubioną Psorką dzisiaj.
Miała dla mnie 2 książki do mgrki, ściągnięte z Oxfordu.
Po krótkiej relacji zdecydowałyśmy, że trzeba na kawę pójść, by się rozmówić porządnie, a nie skrótami.
Psorka opowiadała mi o ostatniej konferencji na której była gdzieś we Francji i zaprosiła na kolejną... do Inglenda :) Obiecała też załatwić te wszystkie uczelniane granty i inne czary mary, żebym z własnej kieszeni nie musiała wykładać.
Konferencja ma być poświęcona rodom arystokratycznym.
Póki co - pomysł mi się podoba baaaardzoooooooo:)))))))))))

Przyjemny ten dzień.

Tyle na teraz :)

wtorek, 19 października 2010

wtorkowy bonus

szpitalne zarażanie gronkowcem to jakiś standard?

pytam, bo mi C.K. z nim w gratisie do domu odesłali, w stanie ogólny złym... ba, nawet nie zdiagnozowali tego co wciąż, nadal i ciągle jest C.K.
ale ma siedzieć w domu, bo co za różnica, czy tam czy tu "przelewa się przez ręce"?
niespokojnie zewsząd...
mama pyta co dalej, co na to dobry internet, co mądrzy ludzie piszą w temacie...?

wziął mnie uczciwy wkurw.

niech mnie ktoś przeniesie do innego wymiaru!!!

wtorkowo

Wtorki do moich dni ulubionych nigdy nie należały. Jakoś tak im źle z kalendarza patrzy... Dzisiaj nie inaczej, za duże obciążenie, jak na jednego Cześka niecierpliwego. Bo ja chcę wszystko mieć na już.

Biegałam uczelniano. Układałam. Kombinowałam.
Zaczynam.
I rezygnuję ze specjalizacji, tak na wstępie nowego roku akademickiego, bo gdy zobaczyłam "rozkład jazdy" na ten semestr, to coś we mnie pękło.

Specjalność krytyczno- literacka jest picem na wodę.
Nie daje żadnych uprawnień, nie wiąże się z konkretnymi perspektywami.
To miała być kusząca alternatywa zaglądania literaturze prosto w twarz, w lawinie katorg językoznawczych, ale się okazało, że jedynie z nazwy brzmi to obiecująco, bo w praktyce: niewypał.
Przez 2 lata napisaliśmy łącznie z 10 recenzji, o innych typach tekstów nie marząc nawet. A zajęć przecież było sporo, beznadziejnych, nieprzydatnych, źle zaplanowanych. (Bronią się w tym wszystkim świetne warsztaty prowadzone przez prof. Cz., który, jako ten ostatni Mohikanin, coś nam przekazał, czegoś nauczył, czymś zainteresował i zainspirował do działania).

Wolę tym samym spokojnie przysiąść nad podręcznikami do matury, pisać magisterkę na luzie, bez presji, że z czymś nie wyrabiam. A robić coś tylko po to, by robić - nie ma sensu...


Przy okazji uczelnianego slalomu spotkałam Asiaka i Tomka. Z kubkami czekolady gorącej i gęstej opowiadaliśmy sobie o wakacjach, o absolutorium, o dumie rodziców ewentualnej, o prawiepopięcioletnim stosunku do naszego kierunku. Było fajnie. Tomek zamierza zaciągnąć mnie do TONu (Towarzystwa Osób Niesłyszących), Asiak namawiała na fakultet z Januszkiem naszym drogim, ja ciągnę oboje na wieczorne zajęcia z edytorstwa. I tak to się kręci. Towarzysko :)

Może wreszcie zacznę częściej z 418 wychodzić, może zacznę się normalnie z ludźmi spotykać? (Bo dość mam tej staruszki zgorzkniałej, która znów się we mnie zadomowiła i jej się zdaje, że tak bezludnie będzie mnie mną samą zanudzać - o jej niedoczekanie).

Wyszperane w sieci :)

A teraz? Biorę się do roboty.

poniedziałek, 18 października 2010

drewniane pisanie ;)

Wizyta w Praktikerze.
Cel: nabyć miękki papier ścierny :)
Cel: osiągnięty.
Dodatkowe komplikacje: brak.
Skutki uboczne: zakochałam się w niebieskich kombinerkach... Mrrr ;)
I mogłabym nie wychodzić z działu z narzędziami... Rany Julek, ile tam fantastycznych zabawek mają. Ta, a ja, jako typowa niewiasta przeglądałam, sprawdzałam, dopasowywałam do dłoni ;)
He he, spec się znalazł - w Czesiu (zasługa Gniazda Rodzinnego i mieszkania w internacie z elektrykami + elektronikami).

I jakoś tak przypomniało mi się, że na warsztacie Rodziciel mój kochany przechowuje dla mnie lipowy kołek, do "postrugania", odpowiednio miękki i duży, żebym miała pole do popisu, a moje osobiste dłuta i scyzoryk nieoceniony wciąż leżą na starym miejscu. Może teraz, będąc w domu, uda mi się nad nim popracować?

W wieku wczesnoszkolnym (i późniejszym też, ale z mniejszą intensywnością, niestety) jedną z najprzyjemniejszych rzeczy do "czynienia" było zamknąć się z Tatą na warsztacie i zasypywać buty ostrużynami jasnymi, pachnącymi, figlarnie opadającymi na ziemię. Rozrywka ta zazwyczaj przypadała na czas zimowego rozleniwienia i długich wieczorów.
Nic tam, że w tym, co mi spod dłut i scyzoryka (albo raczej scyzoryka i dłut) wychodziło więcej było awangardy nierozpoznawalnej, niż wpływu klasyków - Subkultura lubił moje koślawe figurki i bawił się nimi bardzo chętnie, szkrab jeden :)

Wyszperane w sieci :)
O takich cacuszkach w moim wykonaniu mowy być nie może... Trza innych robotę podziwiać!

Aaaaa, i jeszcze spotkałam popołudniu Kolegę Łamigłówkę. Zgadaliśmy się, że pora gdzieś razem wyjść, bo wakacyjnie jakoś się nie złożyło. Fakt: mieliśmy wtedy zupełnie inne rzeczy na głowach. Nadrobimy :)