wtorek, 12 października 2010

spoetyzowane składanie myśli

wczoraj
młodzi rozsiadali się przy barze wieczorową porą
gwarem i śmiechem zagłuszając łzy
moszczone na kanapie
wilgotne i ciepłe
roztopione w czyimś uśmiechu pobłażliwym a czułym
rozlewane przy stoliku okrągłym
przez światło w szkle w czerwonym żarze ścian i foteli opasłych
i wszyscy widzieli nienatarczywie
tusz rozlany na policzkach tamtej dziewczyny

Wyszperane z sieci :)

No tak. Brakuje mi asertywności, coraz bardziej.
A potem beczę, w knajpie, przez kilka godzin.
Dobrze, że tym razem nie byłam sama.
Dziękuję ;*
I dobrze, że wreszcie mogłam wyszlochać te wszystkie treści, które poskramiałam, odpychałam w każdej sekundzie, gdy do mnie przychodziły podstępnie.

Poza tym - Kubuś zamieszkał 3 pokoje dalej :))) Już był po sąsiedzku pożyczyć pieprz i sól - dobrze, że nie cukier, bo mam na wykończeniu :DDD
Julka stwierdziła, właśnie, że 8 stycznia rodzą się najlepsi ludzie (znaczy się Cześ między nimi) :))) Zrobiła dziś pierwsze duże zakupy i chyba zaczyna się tutaj zadomawiać. Wesoło nam w 418.

Ciocia jest w szpitalu - pewnie będę musiała wrócić do domu wcześniej, pomóc mamie ze wszystkim. Ciekawe co to za grypa, która zdecydowanie grypą nie jest? Zaczynam się martwić.

Postanowienie na za niedługo: nabyć ametyst... I pójść do kina na samotny seans, może na Doriana Graya?...
Odrobina luksusu odrywa dla mnie gwiazdy z nieba, zawieszając je, jak wiśnie na uszach.

Nocnie poddaję się fortepianowi; takiemu graniu, które ni to z palców, ni z duszy wywleka nieokreślony zachwyt, kreśląc na klawiszach piękno i pięknu skradziony szept.
...
Dlaczego zawsze wszystko, co mnie fascynuje najbardziej wydaje mi się wykradzione wieczności, schowanej między ostami na skalistym urwisku?
Poezja przebija w strumieniu światła przygaszonego nijakość moich myśli codziennych. Pogrywa cieniem na ścianach, ociera się o moje stopy, łaskocząc je głodem zaczytania, zasłuchania, zapisania - zalotnie rzęsami trzepocze Leśmian, uwodząc mnie słowem na Łące. Poetyckość jak woal nadchodzącej nocy, jak obietnica nadchodzących snów.



Udanego wieczoru!

poniedziałek, 11 października 2010

refleksyjny poniedziałek


dzień z butelką cierpkiego wina
za mną już chyba dwie lampki, niepostrzeżenie upijające rzeczywistość
najpierw jedna drzazga, później kolejna
za moment będzie następna, jako trzeci kielich wytrawnego trunku
pozakłuwane, pijane myśli zaplątane w pajęczynie niczego

Zastanawia mnie kto komu bardziej przeszkadza, kto komu bardziej nie pasuje.

Marginalizowanie, zapominanie, wypominanie - przyzwyczajam się.


Przede mną stosik książek, na które czekałam od dawna, aż przestałam wierzyć, że będą do mnie należały. I o dziwo nie cieszą mnie najbardziej tomiki wierszy Szymborskiej, Baczyńskiego, Tischnera czy Tetmajera, ale ślicznie zilustrowana przez Zdenka Milera książka przedstawiająca trzy przygody Krecika :) Dzieciństwem pachnie Krecik i zielona gwiazda. Przyjemnie wpijać się w każde kolejne zdanie, każdy akapit - dziecinnieję na starość :))) Miły akcent, kładący się na poniedziałkowe popołudnie, na poniedziałkowość w ogóle.

ilustracja Zdenka Milera,
foto Czesia :)


Powrót z domu spokojny. Było w granicach normy, mimo dialogów uświadamiających :) Wykończyłam psy, pomogłam trochę w domu. Poza tym Tato pozwolił mi wreszcie wybrać się na przejażdżkę powożoną - ostatnio lejce miałam w dłoniach ze 3 lata temu, a naszej Kasztanki nie wolno mi było samej zaprzęgać, aż do soboty... Taki mały Cześ i taka duża Kasztanka :D Układ prawie idealny, brak mi wprawy jednak.

Poza tym uspokoiło się w Czesiu wszystko. Uspokoiło się i dojrzewa.
Do dalszego rozpatrywania.
Pytanie brzmi: dlaczego tylko przy jednej osobie nadal zachowuję się jak kiedyś, swobodnie i bez przymusu, nie musząc się na nic silić?

sobota, 9 października 2010

po polsku

Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że muszę uciekać przed wszystkim, co siedzi w tej mentalności: bo szaro, bo źle, bo spory, bo przemoc, bo agresja, gwałty i mordy.
I nikt nawet nie próbuje doszukiwać się choćby drobnych pozytywów.

Na dole trwa dyskusja o tym, jak bardzo nie mam pojęcia o życiu, o tym, że jeszcze mi ten "naiwny" idealizm wywietrzeje z głowy, że jak większość dziewcząt spotkam chłopca pięknego, który w 3 dni po ślubie będzie mnie tłukł, łamał mi żebra, a ja będę słodko szeptać, że go kocham, że będę mieszkała na garnuszku u rodziców lub teściów, albo w innej popapranej komunie, że nie będzie starczało na chleb z wypłaty czy zasiłku, że nie będę mieć psów ani kóz za domem, bo mi się odechce, tylko dzieci kolejne będzie trzeba państwu oddawać na wychowanie, że, że, że, że, że...

A na moje pytanie: to po cholerę żyć i dążyć do czegoś? (bo przecież rozsądniej od razu palnąć sobie w łeb) pada odpowiedź: "Bo każdy musi ponieść swój krzyż".

Że też franciszkańska wizja Boga i boskości stworzenia wszelkiego się nie przebiła... Może byłoby wtedy milej, przyjemniej, jaśniej i radośniej?

(Fakt, że w okolicy jest kilku "udaczników", także myślenia nie zmienia... Historie przykładowe: Karola, który chciał zostać lekarzem, a teraz jest uznanym chirurgiem; dwudziestoczteroletniego Damiana jeżdżącego wymarzonym samochodem, budującego piękny drewniany dom; Zośki, co to dzieci w szkole chciała uczyć, a dziś jest dyrektorką liceum dobrego; Anki, która marzyła o podróżowaniu i w tej chwili uczestniczy w wyprawie na któryś z ośmiotysięczników - nic nie znaczą. Tak, jakby nikt o nich nie słyszał).

Zaczynam zazdrościć Amerykanom, że oni swoim dzieciom od początku dopingują, że motywują je i tak dalej, zamiast jak u nas - podcinać skrzydła jeszcze przed lotem. I nawet, gdy kryzys, gdy narzekania i tak twierdzą, że są najlepsi, że zrobią, osiągną - o slumsach mówi się rzadko, odwrotnie niż u nas, jakby cała Polska slumsami stała, nad którymi pieczę Ojciec Radiowiec dzierży modląc się i modląc, o mniejsze cierpienie, o mniejszą biedę, o mniejsze bezrobocie, za ostatnie babcine talary.
Matka Rosja nawet lepsza, bo wiara w ludzie prostym w kraj i w moc w kraju tkwiącą - u nas już nikt w nic nie wierzy, no, może poza emigracją, bo o życiu na obczyźnie myśli się z nadzieją, że łatwiej, sprawniej, zamożniej, kompetentniej, pogodniej, rozsądniej.

Plan i zamiar - niczym są, nie istnieją, bo przecież się nie da.To może lepiej przywrócić spartański sposób wychowywania, przyzwyczajać od małego do trudów, niewygód i wysiłku, do katorgi, do szamotania się - które w starciu z rzeczywistością nie wypali się niepowodzeniami, twardo stąpając po rozżarzonej, zarzuconej kłodami ziemi, a nie karmić dzieci bajkami o bohaterach i innych książętach czy królewnach - wszak nie ma nic gorszego niż powiedzieć dziecku, że to były kłamstwa i steki bzdur, a szkoła i studia to ściema na kółkach - i tak skończy na kasie w Żuczku lub z miotłą będzie po krawężnikach tańczyć...

piątek, 8 października 2010

do domuuuuuu :)))

Jadę do domu, spontanicznie i na wariackich papierach. Bo tak.

Jovan się ucieszy :)

Słonecznie dzisiaj, za oknem słonecznie. Jeszcze nigdzie nie wychodziłam, ale przez szybę czuję, liźnięcia słońca na policzkach. No tak, to przecież "dobry dzień".

No, żeby było jeszcze lepiej:

czwartek, 7 października 2010

i tak to było wczoraj

Jakoś mi tak zielono ostatnio. Zielono w różnych odcieniach :) No, jest mi też granatowo, ale to to akurat bez zmian. Zielony wkrada się do mojej szafy, do zamrażalnika, do spojrzenia i bardzo, ale to bardzo ładnie z nim dokoła.

Wczorajszy babski wieczór przerodził się w regularną imprezę "staruszków" w 418, nic się w tym względzie nie zmieniło, jedynie panna Julia miała okazję podejrzeć, jak bawi się stary skład IV piętra. Na szczęście Jurek zadbał o jej dobre samopoczucie między stworami prehistorycznymi DS-u. 4 buteleczki winka nadały wieczorowi dobrego tonu, ale też nie przytłoczyły go.
Cudem wielkim wysiedziałam całkiem spokojnie. Owszem momentami miałam ochotę zwiewać, gdzie pieprz rośnie, ale potem pomyślałam, że w sumie nie jest źle. Delikatnie z boku patrzyłam na tańce i hulańce, na ich roześmiane twarze, wreszcie i na ich podglądactwo.
He he, straty niewielkie: 4 puste bardzo butelki i podłoga do generalnego odgruzowania (wszystko już ogarnięte). Dodatkowy bonus: pewna dama chyba ma absztyfikanta - ależ to był widok, te zaloty, aż Czesiek oczy przecierał ze zdziwienia, że to tak może uroczo wyglądać z jej krzesełka nieco oddalonego :DDD

Wczoraj były "połowinki" , a od dziś "studniówka" - uczczenie dzisiejszych urodzin Człowieka otwiera ciąg alkoholowego studiowania na najbliższe miesiące na pewno, z eventów najistotniejszych: przed nami urodziny Kuby, Aneszki, Suszka, imieniny Kasiek i coś jeszcze pewnie się trafi, czyli Kałasznikowa czas zacząć.

...
Z panną Julią układa mi się pomyślnie, na razie. Rozmawiamy, docieramy się i nie ma włoskiego małżeństwa ani zakonu milczków we wnętrzu 418. Jest sympatycznie. Najczęściej poruszany temat: różnice między Pomorzanami a Poznaniakami. Wygląda na to, że są ogromne ;) Kiedyś pewnie skrobnę o tym coś więcej.


No to tak na koniec, w ramach żartu:


środa, 6 października 2010

Boże Narodzenie

bo kiedy mija wczoraj, a nastaje dzisiaj...
taki szczególny dotyk
palce zatopione w glinie
i twór
przestwór

Babskie popołudnie, zapewne i wieczór - popełniam gafę, pisząc posta. Tylko, że lubię, muszę, chcę - tak mam.

A dzień? Nasz. :))))))
Mój, bardziej w mojej głowie, niż na języku, ale co tam. Ważne, że lśni tu i ówdzie. Hmmm, lubię ten stan...


Była My Bluberry Nights, gra Love acttually, jak za starych dobrych czasów...

Ps. Baby właśnie zaczynają obchody Bożego Narodzenia... I pachnie winem, cynamonem i prezentami spod choinki... Tak jakoś jesieni mówimy: paaaaaaaaaaaaaaa - nic dziwnego zresztą! Aha - a Aneszce marzy się już śnieg.

wtorek, 5 października 2010

chmurna ;))))

nietypowość powinna być dobra...

Ile się w tym pokoju pomieściło historii? Ściany przesiąkły zapachem mijających dni. Dziś, jak ażurowy obrazek, spływa do mnie mnogość prawd, półprawd i kłamstw najzwyklejszych... To co przemilczane, co ukrywane tańczy przed moimi oczyma.

Wczoraj panna Julia pytała mnie o 418, o to jaki jest ten pokój, co przyciąga, jaki niesie bagaż. Nie powiedziałam. Po co?
Zawsze i wszędzie: to nie ściany, a ludzie tworzą swoje małe dramaciki i całkiem pokaźnych rozmiarów komedie.

Jednego jestem pewna: widok z tego okna jest moim lustrem.



Dobrze jest się wreszcie uśmiechem sprawiedliwym uśmiechnąć do siebie samej. Dziecinnie. Złośnica została poskromiona jednym krótkim przytuleniem, a przytulał sen z nim w nim.
Tak pięknie chmurna. Z kozackim obłędem.