"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
piątek, 25 grudnia 2009
Na chybcika.
Pozdrowienia i życzenia dla Was wszystkich ode mnie i od mojej... Babci :)
Tak, tak. Popełniam tę gafę i piszę podczas świątecznej wizyty u Dziadków. Ale skoro necik śmiga tutaj jak szalony... to nie potrafię się temu oprzeć. I piszę dla Was i dla siebie.
(Przyznać muszę, że świadomość, iż czyta mnie kilka osób, w tym hmmm, Ci, których czytam z podziwem, dodaje mi skrzydeł i napędza ten mechanizm, że piszę i pisać chcę, tym chętniej, tym skwapliwiej, baczniej nawet. Poczucie przynależności do wirtualnej wspólnoty blogowiczów towarzyszy mi od jakiegoś czasu i wzrasta z każdym komentarzem. Przyznam też, iż nie sądziłam, że tak mnie to wciągnie).
Odwiedziny w T***ówce to jeden z elementów tradycji świątecznej :) Miły i wyczekiwany, bo zawsze brakuje czasu na to, by tu zajrzeć... A dziś atmosfera jest szczególna: przez pierwsze 4 godziny nie było prądu: a to oznacza brak światła i wody (niestety), a skoro dotarliśmy już po 16 to z ciemności w ciemność.
W tym roku Gwiazdor niósł ze sobą w prezentach aromaty, zapachy i wonie cudne... To przeważało... A reszta to słodycze i cytrusy.
Nasza niespodziewajka dla Rodziców udała się przecudnie. Olo/ Aleksander/ Gwiazdor/ Sternmann wczuł się w rolę, a Dorosłe Dzieciaki zaskoczone były do tego stopnia, że słów brak, by oddać ich miny. Wszyscy pękali wręcz ze śmiechu... I czego by nie powiedzieć - to była najweselsza Wigilia ze wszystkich, które pamiętam...
I już kończę. Bo piszę ukradkiem.
Weselcie się resztą Świątecznych Dni i Uroków :)
Ode mnie nadal korzenne uściski lecą w świat i sieć...
środa, 23 grudnia 2009
domowo mi...
Internet póki co grzecznie śmiga, choć laptop w takim miejscu i takiej pozycji ułożony, że wyczynem jest uderzać w klawiaturę lekko zziębniętymi koniuszkmi palców. Parapet, pierwsza szyba otworzona... Wyobraźcie to sobie, a jako podkłada (dla utrzymania poziomu) - stara encyklopedia - tak na dodatek...
Dokoła biel, choć taka jakaś przygaszona i niemrawa. Termometr wskazujący temperaturę na plusie nie wróży nic dobrego na Święta. Śnieg topi się z zadziwiającą szybkością. Od czasu, do czasu z nieba leci gęsty puch, jednak tuż przy ziemi zamienia się w krople deszczu, a nie w śnieżynki tak teraz pożądane.
Dom pachnie makowcem i ciastem drożdżowym. Wczoraj upiekł się piernik. Rybki grzecznie pływają w swoich zalewach. Itd. Dom już praktycznie lśni... O zgrozo, plecy chcą mi odpaść, głowa pęka, a kolana same się uginają. Marzę o krótkiej drzemce. Gdy tymczasem reszta ferajny ogląda tv, podczytuje jakieś powieści o wampirach - reszta, czyli brat i kuzynowie. Słodkie lenistwo, jakie zaserwowali sobie chłopcy wydaje mi się być jawną niesprawiedliwością.
W takich momentach łatwiej mi myśleć o feministkach... ;P
Tak czy siak - Święta już w pełni...
Z rzeczy mniej istotnych - plan gwiazdorzenia, z Gwiazdorem-Aleksandrem dopracowany do ostatniego szczegółu. Będzie schodzenie po drabinie, worek pełen prezentów i dzwonki, którymi dawno temu tata i dziadek obwieszali sanie.A obdarowanymi dziećmi... będą nasi RODZICE, jako, że czasem trzeba ich zaskoczyć. Oby plan wypalił, bo jak będzie klapa, to ja nie chcę patrzeć na zawiedzione miny moich chłopaków... ;*
Szkoda mi śniegu, bo miał być kulig, duuuużymi saniami właśnie, przez las i pola... Taki, który kojarzy mi się z dzieciństwem i jego urokami. Gdy enta ilość nakryć ciała nie przeszkadza w swobodnym balansowaniu ciałem, a to, żeby ominąć kamień jakiś zagubiony, gałąź oderwaną niewdzięcznie. Tak, rodzice na dużych saniach, u boku których radośnie migocze światło małych latarenek, i dzieciarnia z uczepionymi saneczkami, dla większej adrenaliny... Silny powiew wiatru zsuwał na oczy czapki lub bujne czupryny... TO były czasy...
Tęsknię za Nim i za Aneszką. Ale to wiecie, i opisywać tego nie będę.
Miłego kończenia przygotowań Czytacze moi. Całus pachnący przyprawami korzennymi... ;*
Ps. A PKP się spisało, skład był długi i mogłam spokojnie zająć miejsce tak ja, jak i moja walizka ;P
Dokoła biel, choć taka jakaś przygaszona i niemrawa. Termometr wskazujący temperaturę na plusie nie wróży nic dobrego na Święta. Śnieg topi się z zadziwiającą szybkością. Od czasu, do czasu z nieba leci gęsty puch, jednak tuż przy ziemi zamienia się w krople deszczu, a nie w śnieżynki tak teraz pożądane.
Dom pachnie makowcem i ciastem drożdżowym. Wczoraj upiekł się piernik. Rybki grzecznie pływają w swoich zalewach. Itd. Dom już praktycznie lśni... O zgrozo, plecy chcą mi odpaść, głowa pęka, a kolana same się uginają. Marzę o krótkiej drzemce. Gdy tymczasem reszta ferajny ogląda tv, podczytuje jakieś powieści o wampirach - reszta, czyli brat i kuzynowie. Słodkie lenistwo, jakie zaserwowali sobie chłopcy wydaje mi się być jawną niesprawiedliwością.
W takich momentach łatwiej mi myśleć o feministkach... ;P
Tak czy siak - Święta już w pełni...
Z rzeczy mniej istotnych - plan gwiazdorzenia, z Gwiazdorem-Aleksandrem dopracowany do ostatniego szczegółu. Będzie schodzenie po drabinie, worek pełen prezentów i dzwonki, którymi dawno temu tata i dziadek obwieszali sanie.A obdarowanymi dziećmi... będą nasi RODZICE, jako, że czasem trzeba ich zaskoczyć. Oby plan wypalił, bo jak będzie klapa, to ja nie chcę patrzeć na zawiedzione miny moich chłopaków... ;*
Szkoda mi śniegu, bo miał być kulig, duuuużymi saniami właśnie, przez las i pola... Taki, który kojarzy mi się z dzieciństwem i jego urokami. Gdy enta ilość nakryć ciała nie przeszkadza w swobodnym balansowaniu ciałem, a to, żeby ominąć kamień jakiś zagubiony, gałąź oderwaną niewdzięcznie. Tak, rodzice na dużych saniach, u boku których radośnie migocze światło małych latarenek, i dzieciarnia z uczepionymi saneczkami, dla większej adrenaliny... Silny powiew wiatru zsuwał na oczy czapki lub bujne czupryny... TO były czasy...
Tęsknię za Nim i za Aneszką. Ale to wiecie, i opisywać tego nie będę.
Miłego kończenia przygotowań Czytacze moi. Całus pachnący przyprawami korzennymi... ;*
Ps. A PKP się spisało, skład był długi i mogłam spokojnie zająć miejsce tak ja, jak i moja walizka ;P
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Bry!
Minęło południe, a ja się czuję tak, jakby mnie ktoś zbudził bladym świtem. W tym miejscu dodać należy, że poległam już o 23. 20, a ostatecznie zasnęłam "nocnie" przebrana jakieś 24 minuty później.
On poszedł po pączki dla mnie, papierosy dla Niego i bilety na autobus dla nas... (Chyba słyszę Jego kroki na korytarzu).
Akademik opustoszał. Jakoś się tak zrobiło nijak, smutnie, trochę samotnie...
Nie wiem, co myśleć o powrocie do domu dzisiaj. Przeraża mnie wizja jechania pociągiem, stanie w kolejce po bilet itd. Jakoś się odzwyczaiłam. Liczę, że zaskoczy mnie dzisiaj PKP (MPK też by mogło ;)
Miałam dziś niesamowite sny. Takie urywane. Jak zwykle śniło mi się odcinanie kończyn na koślawym krzesełku. Potem były małe, czarne kózki, jakiś prosiaczek zagubiony w stogu siana. W ogóle moje sny były dziś wielkim skupiskiem zapachów: siano, poziomki, mokra trawa i mięta. A teraz, zza okna dobiega mnie woń śniegu.
Zastanawiam się, czemu tak często śnią mi się zwierzaki w początkowym okresie ich życia. W sumie wiem czemu - tata uroczyście oznajmił mi, że jak przyjadę, to czeka mnie asystowanie przy przynajmniej 2 porodach... Prosiaczkowo się robi w głowie mojej.
Adaś i Agnieszka wczoraj pojechali do domu, i pokój stracił sporo z tej świątecznej aury. Ja i On jednak starzy już jesteśmy (choć On baaardzo się z prezentu cieszył).
Tak czy siak. Uwielbiam Adaśka. I czas, kiedy Młody odwiedza siostrę. Niesamowicie pozytywny chłopak....
To tyle na teraz. Pisać będę w miarę możliwości mojego internetu na mojej zabitej dechami wsi. ;P
A tak swoją drogą pięknie musi być w domu teraz, wszystko zasypane śniegiem, las za domem, staw pewnie nadaje się pod jazdę na łyżwach.
Chyba cieszy mnie podróż do domu.
Cześć
On poszedł po pączki dla mnie, papierosy dla Niego i bilety na autobus dla nas... (Chyba słyszę Jego kroki na korytarzu).
Akademik opustoszał. Jakoś się tak zrobiło nijak, smutnie, trochę samotnie...
Nie wiem, co myśleć o powrocie do domu dzisiaj. Przeraża mnie wizja jechania pociągiem, stanie w kolejce po bilet itd. Jakoś się odzwyczaiłam. Liczę, że zaskoczy mnie dzisiaj PKP (MPK też by mogło ;)
Miałam dziś niesamowite sny. Takie urywane. Jak zwykle śniło mi się odcinanie kończyn na koślawym krzesełku. Potem były małe, czarne kózki, jakiś prosiaczek zagubiony w stogu siana. W ogóle moje sny były dziś wielkim skupiskiem zapachów: siano, poziomki, mokra trawa i mięta. A teraz, zza okna dobiega mnie woń śniegu.
Zastanawiam się, czemu tak często śnią mi się zwierzaki w początkowym okresie ich życia. W sumie wiem czemu - tata uroczyście oznajmił mi, że jak przyjadę, to czeka mnie asystowanie przy przynajmniej 2 porodach... Prosiaczkowo się robi w głowie mojej.
Adaś i Agnieszka wczoraj pojechali do domu, i pokój stracił sporo z tej świątecznej aury. Ja i On jednak starzy już jesteśmy (choć On baaardzo się z prezentu cieszył).
Tak czy siak. Uwielbiam Adaśka. I czas, kiedy Młody odwiedza siostrę. Niesamowicie pozytywny chłopak....
To tyle na teraz. Pisać będę w miarę możliwości mojego internetu na mojej zabitej dechami wsi. ;P
A tak swoją drogą pięknie musi być w domu teraz, wszystko zasypane śniegiem, las za domem, staw pewnie nadaje się pod jazdę na łyżwach.
Chyba cieszy mnie podróż do domu.
Cześć
piątek, 18 grudnia 2009
intymnie mi ;)
Taki to leniwy dzień, nie spieszący się usilnie za prezentami, nie goniący znajomymych, których trzeba świątecznie spapapować. Dzień rozpoczęty w południe. Zaczepiony o te chmury wolno sunące po niebie ponad moją "krakowską" kamienicą. Pierwszy szron wymalował nieśmiały wzór u dołu okna. Mroźne powietrze z lekkością wślizguje się do pokoju, przemycając zapach śniegu do mojej małej świątyni.
On sobie poszedł. I ok. Postanowiłam nie rozpaczać nad tym przeraźliwie, tylko wreszcie ucieszyć siebie samą sobą. Słucham Lisy Ekdahl, mam wyłączone światło... Tylko jasność świec rzuca ciepły blask na ściany pokoju 418. Tak jakoś jest magicznie. Wino lekko rozgrzewa moje ciało i duszę. Tak. Dzisiaj jestem leniwie wyrozumiała dla siebie, a właściwie, to chyba bardziej sobie dogadzam, niż odrywam myśli od tych spraw, które zcierają uśmiech z twarzy. Dość ich już było. Czas, by moje prywatne niebo rozpogodziło się. Intymnie mi teraz ze samą sobą ;)
Dym z komina szaleńczo rwie się ku górze. Kolor nieba znów zmienia się w ten niepojęty dla mnie róż. Piękny jest zimowy krajobraz. Śnieg, który pruszy sobie od czasu do czasu, trzeszczy wzrocowo pod butami. Widziałam nawet jednego bałwana, przed budynkiem Urzędu Wojewódzkiego - czy kryje się za tym jakaś aluzja do urzędników?! ;) Nie wnikam. Zapach gorącej kawy, pachnącej cnamonem i imbirem, budzi we mnie zaniedbywane poczucie nicnieróbstwa...
Dokonał się już mój osobisty ceremoniał świąteczny, ten jeden, bez którego nie byłoby Świąt, który stanowi o pełni Bożego Narodzenia - jeden baaardzo długi list poleciał do mojego wyjątkowego wujka. 6 stron a4 zabazgranych moimi wspomnieniami, marzeniami, planami... Opisałam wszystkich, którzy tak bardzo wryli się w moje życie, że bez ich szlifu nie byłabym taka, jaką jestem. Ci, którzy uczą, cieszą i ganią. Przyjaciele... Nie wiem, jaki sens ma pisanie takiego listu, wszak Jozef P. i tak ich nie zna, nie pozna nawet, ale jednak... jest we mnie taka przewrotna potrzeba pisania o sobie, a skoro o sobie to i o nich, tych tyatanach życia, bohaterach przygód...
Wiem, że nadejdzie taki dzień, gdy znów usiądę na gałęzi starej gruszy, tuląc się do pnia. Niebo będzie rozgwieżdżone, a długa lipnicka noc nie będzie skłaniała do snu... On będzie stał na przeciwko. I będzimy rozmawiać, zachłannie, chciwie. Słowa będą jedynie tym jednym malenkim przekaźnikiem myśli i emocji. Resztę dopowiedzą nasze oczy, dłonie gestykulujące żwawo.
Wuj to chyba jedyna osoba w całej naszej rodzinie, która wydaje się być moim pierwowzorem. Osobowościowo to jego przypominam. Popełniam podobne gafy, równie bardzo buntuję się i walczę o prawo do własnego światopoglądu. Do tego oboje mamy pewien hmmm "defekt" fizyczny (kuperek..:).
Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, a było to jakieś 4 lata temu... brakowało nam czasu, by o wszystkim podyskutować, by wymienić się spostrzeżeniami i żartami. Potem były telefony... I rozmowy trwające średniopo 2 godziny.
I ja się cały czas zastanawiam, co można dostrzec w dwunastoletniej dziewczynce, że ona, jako młoda kobieta wciąż z utęsknieniem wspomina wszystkie rozmowy, odkurza w pamięci każdy zapomniany szczegół ze wspólnie spędzanego czasu? Czym jest ta niewidzialna nić łącząca naszą dwójkę...
Wiem, doskonale wiem, z jaką radością i podeksytowaniem wuj rozrywał będzie kopertę. Jak sycił będzie oczy każdym nakreślonym przeze mnie wyrazem. Jak czytać będzie raz pierwszy, drugi, trzeci i kolejne tę całość spisaną tak daleko od niego. I jak poczuje, że jestem blisko, ja i moje zrozumienie pewnych spraw ważkich i delikatnych, tych, o których nikt inny wiedzieć nie powinien.
Jeśli ktoś kiedyś będzie mógł powiedzieć, że naprawdę mnie rozumiał - to tylko on... Przysłowiowy wuj z Hameryki, przysłowiowy i dosłowny ;)
Czekam na Agę i Adasia, którzy pojawią się tu lada moment... Aneszka chce pokazać bratu urok Świąt tutaj, u nas, w akademiku, w wielkim (a przynajmniej większym) mieście. Liczymy, że Adasiowi się spodoba ogrom zaplanowanych atrakcji!
A mi zamarzyły się właśnie własne łyżwy, figurówki... Czy ja się już chwaliłam na blogu, że zaliczyłam pierwszą wizytę na lodowisku? I było tak jak lubię najbardziej: półtorej godziny na gładkiej tafli lodu, pięć tzw. "przysiadów" treningowych, zmarznięty nos i dużo śmiechów... Dźwięk rysowania lodu ostrzem łyżwy... i wzory, które na nim pozostają po niesfornych łyżwiarzach... Coś, dlaczego warto zrobić sobie post, odwyk i inne tego typu zabiegi, służące zgromadzeniu odpowiedniego budżetu łyżwołaknącego...
Odrobina zadumy...
Z kilku kolejnych blogów dowiedziałam się o śmierci Dotty...
Samobójstwo wymaga wielkiej odwagi i pewności tego, że życie dotarło do kresu cierpienia, że nie można już nic więcej unieść na barkach własnego jestestwa...
Samobójstwo nie jest czymś łatwym, nie jest dowodem głupoty i bezradnej klęski.
Nie potępiajmy tych, którzy taką właśnie drogę obrali do wolności i wyzwolenia się spod pęt, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy...
Wyrazy współczucia tym, którzy Dotty znali, którym była Ona bliska...
On sobie poszedł. I ok. Postanowiłam nie rozpaczać nad tym przeraźliwie, tylko wreszcie ucieszyć siebie samą sobą. Słucham Lisy Ekdahl, mam wyłączone światło... Tylko jasność świec rzuca ciepły blask na ściany pokoju 418. Tak jakoś jest magicznie. Wino lekko rozgrzewa moje ciało i duszę. Tak. Dzisiaj jestem leniwie wyrozumiała dla siebie, a właściwie, to chyba bardziej sobie dogadzam, niż odrywam myśli od tych spraw, które zcierają uśmiech z twarzy. Dość ich już było. Czas, by moje prywatne niebo rozpogodziło się. Intymnie mi teraz ze samą sobą ;)
Dym z komina szaleńczo rwie się ku górze. Kolor nieba znów zmienia się w ten niepojęty dla mnie róż. Piękny jest zimowy krajobraz. Śnieg, który pruszy sobie od czasu do czasu, trzeszczy wzrocowo pod butami. Widziałam nawet jednego bałwana, przed budynkiem Urzędu Wojewódzkiego - czy kryje się za tym jakaś aluzja do urzędników?! ;) Nie wnikam. Zapach gorącej kawy, pachnącej cnamonem i imbirem, budzi we mnie zaniedbywane poczucie nicnieróbstwa...
Dokonał się już mój osobisty ceremoniał świąteczny, ten jeden, bez którego nie byłoby Świąt, który stanowi o pełni Bożego Narodzenia - jeden baaardzo długi list poleciał do mojego wyjątkowego wujka. 6 stron a4 zabazgranych moimi wspomnieniami, marzeniami, planami... Opisałam wszystkich, którzy tak bardzo wryli się w moje życie, że bez ich szlifu nie byłabym taka, jaką jestem. Ci, którzy uczą, cieszą i ganią. Przyjaciele... Nie wiem, jaki sens ma pisanie takiego listu, wszak Jozef P. i tak ich nie zna, nie pozna nawet, ale jednak... jest we mnie taka przewrotna potrzeba pisania o sobie, a skoro o sobie to i o nich, tych tyatanach życia, bohaterach przygód...
Wiem, że nadejdzie taki dzień, gdy znów usiądę na gałęzi starej gruszy, tuląc się do pnia. Niebo będzie rozgwieżdżone, a długa lipnicka noc nie będzie skłaniała do snu... On będzie stał na przeciwko. I będzimy rozmawiać, zachłannie, chciwie. Słowa będą jedynie tym jednym malenkim przekaźnikiem myśli i emocji. Resztę dopowiedzą nasze oczy, dłonie gestykulujące żwawo.
Wuj to chyba jedyna osoba w całej naszej rodzinie, która wydaje się być moim pierwowzorem. Osobowościowo to jego przypominam. Popełniam podobne gafy, równie bardzo buntuję się i walczę o prawo do własnego światopoglądu. Do tego oboje mamy pewien hmmm "defekt" fizyczny (kuperek..:).
Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, a było to jakieś 4 lata temu... brakowało nam czasu, by o wszystkim podyskutować, by wymienić się spostrzeżeniami i żartami. Potem były telefony... I rozmowy trwające średniopo 2 godziny.
I ja się cały czas zastanawiam, co można dostrzec w dwunastoletniej dziewczynce, że ona, jako młoda kobieta wciąż z utęsknieniem wspomina wszystkie rozmowy, odkurza w pamięci każdy zapomniany szczegół ze wspólnie spędzanego czasu? Czym jest ta niewidzialna nić łącząca naszą dwójkę...
Wiem, doskonale wiem, z jaką radością i podeksytowaniem wuj rozrywał będzie kopertę. Jak sycił będzie oczy każdym nakreślonym przeze mnie wyrazem. Jak czytać będzie raz pierwszy, drugi, trzeci i kolejne tę całość spisaną tak daleko od niego. I jak poczuje, że jestem blisko, ja i moje zrozumienie pewnych spraw ważkich i delikatnych, tych, o których nikt inny wiedzieć nie powinien.
Jeśli ktoś kiedyś będzie mógł powiedzieć, że naprawdę mnie rozumiał - to tylko on... Przysłowiowy wuj z Hameryki, przysłowiowy i dosłowny ;)
Czekam na Agę i Adasia, którzy pojawią się tu lada moment... Aneszka chce pokazać bratu urok Świąt tutaj, u nas, w akademiku, w wielkim (a przynajmniej większym) mieście. Liczymy, że Adasiowi się spodoba ogrom zaplanowanych atrakcji!
A mi zamarzyły się właśnie własne łyżwy, figurówki... Czy ja się już chwaliłam na blogu, że zaliczyłam pierwszą wizytę na lodowisku? I było tak jak lubię najbardziej: półtorej godziny na gładkiej tafli lodu, pięć tzw. "przysiadów" treningowych, zmarznięty nos i dużo śmiechów... Dźwięk rysowania lodu ostrzem łyżwy... i wzory, które na nim pozostają po niesfornych łyżwiarzach... Coś, dlaczego warto zrobić sobie post, odwyk i inne tego typu zabiegi, służące zgromadzeniu odpowiedniego budżetu łyżwołaknącego...
Odrobina zadumy...
Z kilku kolejnych blogów dowiedziałam się o śmierci Dotty...
Samobójstwo wymaga wielkiej odwagi i pewności tego, że życie dotarło do kresu cierpienia, że nie można już nic więcej unieść na barkach własnego jestestwa...
Samobójstwo nie jest czymś łatwym, nie jest dowodem głupoty i bezradnej klęski.
Nie potępiajmy tych, którzy taką właśnie drogę obrali do wolności i wyzwolenia się spod pęt, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy...
Wyrazy współczucia tym, którzy Dotty znali, którym była Ona bliska...
środa, 16 grudnia 2009
Antropologicznie o kulturze...
Obiecałam Matce Poruszycielce (tej Białogłowie, co mnie do pisania bloga namówiła), że stworzę pięknego, pozytywnego, radosnego posta :) Dostałam w tym celu nawet jakąś dawkę czasu ;)
Obiecuję słowa dotrzymać!
A dzisiaj nie będę się rozpisywać, bo nie mam sił.
Jednak coś ku pokrzepieniu umysłów/ dowcipu/ błazenady zamieszczę:
~Małżeństwo to forma ograniczenia popędu seksualnego do 1 partnera.
~ Taniec zbójnicki powstał w 1910 roku w efekcie pomysłu Szczęsnego Potockiego, jako forma uczczenia 500 rocznicy zwycięskiej bitwy pod osławionym Grunwaldem, a że się spodobało... to mamy tradycję ludową ;)
~ Stroje łowickie, stanowiące jedno z najpiękniejszych polskich dziedzictw narodowych... wywodzą się z Watykanu... A było to tak: władca ziem łowickich wyruszył w pielgrzymkę, by przyklęknąć przed papieżem, ale zamiast spozierać na biskupa Rzymu - gapił się z oczarowaniem na Szwajcarów - papieską straż. Wiadomym było, że nie uzyska zgody na skopiowanie stroju Szwajcarów, zadowolił więc owego Pielgrzyma materiał podobny, w pasy...
To tyle na dzisiaj. Spokojnego wieczoru i kolorowych snów...
Obiecuję słowa dotrzymać!
A dzisiaj nie będę się rozpisywać, bo nie mam sił.
Jednak coś ku pokrzepieniu umysłów/ dowcipu/ błazenady zamieszczę:
~Małżeństwo to forma ograniczenia popędu seksualnego do 1 partnera.
~ Taniec zbójnicki powstał w 1910 roku w efekcie pomysłu Szczęsnego Potockiego, jako forma uczczenia 500 rocznicy zwycięskiej bitwy pod osławionym Grunwaldem, a że się spodobało... to mamy tradycję ludową ;)
~ Stroje łowickie, stanowiące jedno z najpiękniejszych polskich dziedzictw narodowych... wywodzą się z Watykanu... A było to tak: władca ziem łowickich wyruszył w pielgrzymkę, by przyklęknąć przed papieżem, ale zamiast spozierać na biskupa Rzymu - gapił się z oczarowaniem na Szwajcarów - papieską straż. Wiadomym było, że nie uzyska zgody na skopiowanie stroju Szwajcarów, zadowolił więc owego Pielgrzyma materiał podobny, w pasy...
To tyle na dzisiaj. Spokojnego wieczoru i kolorowych snów...
wtorek, 15 grudnia 2009
Zagadka...
Za tym pytaniem czai się mała intryga...
Może ktoś zgadnie, bo ja
jestem między "S" a "W" na "K"?
Jak wykombinujecie o co chodzi, to piszcie... Temu kto zgadnie postawię 5 kolejek ;)
Zakaz odzywania się w tej kwestii ma tylko AGA/ Kalliope.
Może ktoś zgadnie, bo ja
jestem między "S" a "W" na "K"?
Jak wykombinujecie o co chodzi, to piszcie... Temu kto zgadnie postawię 5 kolejek ;)
Zakaz odzywania się w tej kwestii ma tylko AGA/ Kalliope.
*** A. ***
Trzęsą mi się ręce, wszystko wewnątrz mnie drży... z zimna, chłodu...
W pewnym sensie zostałam dziś sama ze sobą.
Nie liczę na zrozumienie, na klarowne objaśnianie mi, co i jak?
Ale na moment zawieszenia się nade mną.
Przykro mi, że to wymaga tyle poświęcenia.
Przykro mi, że Ty też masz po górkę...
Dziś jednak bardzo Cię potrzebuję. I potrzebuję, by choć odrobina Ciebie skierowała się na mnie, nie bezsilnością, agresją, izolacją...
Nie wiem, czy ja zbywam Ciebie półsłówkami, wtedy gdy mnie potrzebujesz... Kiedy masz tylko mnie, tak jak ja dzisiaj Ciebie. Jeśli tak to przepraszam, teraz wiem, jak to boli. A boli bardzo.
Nie chcę zawodów, która ma gorzej. Nie chcę wiecznego użalania się nad nami. To czego chcę - tak inne jest od aury dnia dzisiejszego...
A.
W pewnym sensie zostałam dziś sama ze sobą.
Nie liczę na zrozumienie, na klarowne objaśnianie mi, co i jak?
Ale na moment zawieszenia się nade mną.
Przykro mi, że to wymaga tyle poświęcenia.
Przykro mi, że Ty też masz po górkę...
Dziś jednak bardzo Cię potrzebuję. I potrzebuję, by choć odrobina Ciebie skierowała się na mnie, nie bezsilnością, agresją, izolacją...
Nie wiem, czy ja zbywam Ciebie półsłówkami, wtedy gdy mnie potrzebujesz... Kiedy masz tylko mnie, tak jak ja dzisiaj Ciebie. Jeśli tak to przepraszam, teraz wiem, jak to boli. A boli bardzo.
Nie chcę zawodów, która ma gorzej. Nie chcę wiecznego użalania się nad nami. To czego chcę - tak inne jest od aury dnia dzisiejszego...
A.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




