Oświadczam dzisiaj wszem i wobec:
* Mężczyzna to określenie odnoszące się do człowieka płci męskiej, mającego lat 33 i więcej
* Kobieta to określenie odnoszące się do człowieka płci żeńskiej, mającego lat 21 i więcej
Nie cierpię, nie znoszę frajera Przemka R. Gratuluję mu szczerości i bliskich relacji z wieloma osobami.
Nie rozumiem dlaczego znów docierają do mnie informacje od INNYCH dziewczyn na JEGO temat, że niby jakieś pikniki, grille, wypady na Morasko.
Aha. I nie jestem rozgoryczona - załatwiłam najważniejszą sprawę dnia. Byłam na świetnym wykładzie, z którego zdam relację później - oby dzisiaj :) :) :) Poza tym była Aga, jest Misiek i Ewka :) Bawimy się... Tylko coś moja recenzja się nie wyklarowała jeszcze... A to na jutro zadanie.
"Co by ziścić się miało, dziś, jak liść pięciopalcy prosto w ręce mi spadło - tylko, że tego mało..." A.T.
poniedziałek, 11 maja 2009
Nijakość
Przemawia przeze mnie nijakość. Jestem w akademiku. Skończył się weekend, długi i przyjemny. Było kilka minut rozmowy z Nim. Jest wieczór z Agnieszką i Ewką. A mi tak jakoś nijak. Sama nie wiem, czy to ze względu na słabe formę zdrowotną, czy raczej z przyczyn bardziej wyrafinowanych.
Przyszedł dzisiaj do mojego pokoju mały, zahukany ptaszek. Czasem tak bardzo przypomina mi mnie. A czasem różni się ode mnie wszystkim. I sama nie wiem, czy bardziej mu współczuje, czy bardziej się go boje, czy za bardzo wiem, jak będzie go bolał pierwszy upadek. A może mu po prostu zazdroszczę? Czego? Nie wiem. Ale to we mnie siedzi.
Mój czas się kończy. Pod jakimś względem. Jeszcze nie jestem pewna, czego to dotyczy.
Boli mnie brzuch, boli mnie pęcherz, bolą mnie nogi i boli mnie głowa.
Marudzę.
Jestem nieznośna.
A najgorsze, że ja o tym doskonale wiem, i nic nie poradzę. Jest jak jest.
To co pociesza: Mamma mia i perspektywa dostania kolczyków. Co przeraża - egzamin z angielskiego... ;/
Przyszedł dzisiaj do mojego pokoju mały, zahukany ptaszek. Czasem tak bardzo przypomina mi mnie. A czasem różni się ode mnie wszystkim. I sama nie wiem, czy bardziej mu współczuje, czy bardziej się go boje, czy za bardzo wiem, jak będzie go bolał pierwszy upadek. A może mu po prostu zazdroszczę? Czego? Nie wiem. Ale to we mnie siedzi.
Mój czas się kończy. Pod jakimś względem. Jeszcze nie jestem pewna, czego to dotyczy.
Boli mnie brzuch, boli mnie pęcherz, bolą mnie nogi i boli mnie głowa.
Marudzę.
Jestem nieznośna.
A najgorsze, że ja o tym doskonale wiem, i nic nie poradzę. Jest jak jest.
To co pociesza: Mamma mia i perspektywa dostania kolczyków. Co przeraża - egzamin z angielskiego... ;/
sobota, 9 maja 2009
Noc narodzin...
Życie bywa piękne, szczególnie, gdy akurat się rodzi... Ale...
Powrót do domu był dość uciążliwy. Najpierw korek na mieście (nie miałabym nic przeciw, gdyby nie fakt, że prawie spóźniłam się na pociąg). Następnie cały skład okazał się zatłoczony i ścisk panował jak w puszce śledzi. A całość poprzedzona długą wyprawą po kolczyki dla mamy. Na szczęście już po jakichś 2 godzinach i załamywaniu rąk znalazłam coś, co zadowoliło moje wymagania. Dobrą stroną błądzenia wśród jubilerów była pierwsza w tym roku wata cukrowa, spałaszowana na Starym Rynku, ten smak...
Popołudnie mijało spokojnie. Noc też. Następny dzień także płynął leniwie, ale... koło 21 wszystko się zmieniło... Zaczął się emocjonujący czas oczekiwań. Do 4 nad ranem w wyniku dwóch, następujących równocześnie porodów na świat przyszło 18 różowych prosiaczków :) Widok jest przecudny, ale fenomenalne jest to, że takie prosiaki w momencie przyjścia na świat wymagają podobnie troskliwej opieki i zachowania odpowiednich środków ostrożności, co w przypadku dziecka. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to niczego nie odda - ale ja jestem szczęśliwa. Uczucie radości potęguje fakt, że kilkoma maluchami zajmowałam się zupełnie sama, w czasie, gdy tata robił to samo, ale u sąsiedniej "rodzącej" (hihi - bawię się w akuszerkę zoologiczną :). To jednak nie koniec, a właściwie początek, bo to była noc wcześniaków :D Gdy wszystkie prosiaczki nauczyły się już ssać mleko i zasypiały pod lampą grzewczą podniosła się wrzawa wśród krów... i co tu dużo mówić - świat powitała Klementynka, śliczny cielak z długimi rzęsami o bardzo ładnym pyszczku... Tym razem nie było tak łatwo, jak poprzednio. Bo Mała była mała tylko z nazwy i dlatego jej narodziny były mozolne i długie. (A ja się muszę pochwalić, że pierwszy raz widziałam i pomagałam przy odbieraniu cielaczka). Wspólnie z tatą postanowiliśmy, że po karmieniu idziemy spać - o zgrozo było już po 6 i zmęczenie dawało nam w kość. Żeby jednak podsumować noc i rozpocząć dzień miłym akcentem przez przypadek znaleźliśmy uwite w słomie i sianie 4 kociaki, które choć bezradne i takie tycie, kręciły się przy czarnej kotce. I jak tu nie mieć dobrego humoru? ;) Tak jakoś mi się ta noc skojarzyła z Bożym Narodzeniem...
Wstałam o 9. Grillujemy od rana. Jestem już przejedzona i lekko przypieczona na słońcu. Czekam do wieczora. A w niedzielę wracam do Poznania.
Powrót do domu był dość uciążliwy. Najpierw korek na mieście (nie miałabym nic przeciw, gdyby nie fakt, że prawie spóźniłam się na pociąg). Następnie cały skład okazał się zatłoczony i ścisk panował jak w puszce śledzi. A całość poprzedzona długą wyprawą po kolczyki dla mamy. Na szczęście już po jakichś 2 godzinach i załamywaniu rąk znalazłam coś, co zadowoliło moje wymagania. Dobrą stroną błądzenia wśród jubilerów była pierwsza w tym roku wata cukrowa, spałaszowana na Starym Rynku, ten smak...
Popołudnie mijało spokojnie. Noc też. Następny dzień także płynął leniwie, ale... koło 21 wszystko się zmieniło... Zaczął się emocjonujący czas oczekiwań. Do 4 nad ranem w wyniku dwóch, następujących równocześnie porodów na świat przyszło 18 różowych prosiaczków :) Widok jest przecudny, ale fenomenalne jest to, że takie prosiaki w momencie przyjścia na świat wymagają podobnie troskliwej opieki i zachowania odpowiednich środków ostrożności, co w przypadku dziecka. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to niczego nie odda - ale ja jestem szczęśliwa. Uczucie radości potęguje fakt, że kilkoma maluchami zajmowałam się zupełnie sama, w czasie, gdy tata robił to samo, ale u sąsiedniej "rodzącej" (hihi - bawię się w akuszerkę zoologiczną :). To jednak nie koniec, a właściwie początek, bo to była noc wcześniaków :D Gdy wszystkie prosiaczki nauczyły się już ssać mleko i zasypiały pod lampą grzewczą podniosła się wrzawa wśród krów... i co tu dużo mówić - świat powitała Klementynka, śliczny cielak z długimi rzęsami o bardzo ładnym pyszczku... Tym razem nie było tak łatwo, jak poprzednio. Bo Mała była mała tylko z nazwy i dlatego jej narodziny były mozolne i długie. (A ja się muszę pochwalić, że pierwszy raz widziałam i pomagałam przy odbieraniu cielaczka). Wspólnie z tatą postanowiliśmy, że po karmieniu idziemy spać - o zgrozo było już po 6 i zmęczenie dawało nam w kość. Żeby jednak podsumować noc i rozpocząć dzień miłym akcentem przez przypadek znaleźliśmy uwite w słomie i sianie 4 kociaki, które choć bezradne i takie tycie, kręciły się przy czarnej kotce. I jak tu nie mieć dobrego humoru? ;) Tak jakoś mi się ta noc skojarzyła z Bożym Narodzeniem...
Wstałam o 9. Grillujemy od rana. Jestem już przejedzona i lekko przypieczona na słońcu. Czekam do wieczora. A w niedzielę wracam do Poznania.
środa, 6 maja 2009
Za mało słów, by napisać wszystko, co powinnam...
Dzisiejszy dzień obfitował w wydarzenia, nowości, nowe znajomości, niespodzianki i inne jeszcze sprawy godne opisania. Oby mi sił starczyło i skupienia, by niczego nie pominąć, niczego nie zgubić...
Zacznę od sprawy pierwszej, a przynajmniej najważniejszej dla mnie dzisiaj:
WŁADZE UCZELNI WYŻSZYCH POWINNY SIĘ WSTYDZIĆ!!!
USTAWODAWCY POWINNI SIĘ WSTYDZIĆ!!!
BO NIE SĄDZĘ, BY TYLKO UAM MIAŁ TEN PROBLEM... ALE U NAS JEST - TO PEWNE...
JAK MOŻNA POZWOLIĆ NA TO, BY OSOBY NIESŁYSZĄCE MUSIAŁY CHODZIĆ NA WYKŁADY, Z KTÓRYCH I TAK NIC NIE WYNIOSĄ, BO PRZECIEŻ NIE SŁYSZĄ, CO MÓWIĄ WYKŁADOWCY???!!!!
WSTYD!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
No nie rozumiem... Naprawdę. Nawet nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek mógłby uwierzyć, że to ma jakąś rację bytu... I nawet nie wiem, czy jest mi z tego powodu głupio - że ludzie w pełni sprawni nie próbują pomagać osobom niepełnosprawnym, czy jestem wściekła na całą biurokrację, która tym rządzi, czy jest mi po prostu smutno... A właściwie najbardziej boli to, iż sami wykładowcy w geście dobrej woli powinni dać zaliczenia od razu - bo siedzieć 5 godzin pod rząd na zajęciach, które tylko męczą i marnują jego czas, bo: listy obecności każdy wykładowca robi tak naprawdę dla siebie - nie jest sprawdzany, nikt go nie kontroluje, list nie zdaje paniom w dziekanacie - więc - w czym problem????!!!!!!
Poznałam dzisiaj Tomka :) Od dość dawna zbierałam się, żeby z nim porozmawiać, ale jakoś nie było okazji. No i dzisiaj do niego zagadałam/ zapisałam. Myślę, że od bardzo dawna nic nie sprawiło mi większej przyjemności :) :) :) I mam nadzieję, że ta znajomość się będzie rozwijać. Bo z Tomkiem nie tylko o języku migowym i studiach można gadać.
Spełni się moje marzenie! Na razie pomalutku, kroczkami tycimi, ale jestem na dobrej drodze! Tomek nauczy mnie podstaw migania, a od października będę uczestniczyć w kursie języka migowego TONu (Towarzystwa Osób Niesłyszących)!!!!!! Zawsze był to jeden z moich celów, jedno z dążeń, ale jak to ze mną bywa - odłożony w bliżej nieokreśloną przyszłość.
Teraz wracam już do normalnego planu posta. Poranek. Pobudka nieludzko wczesna - o 7.30. Ale jak to ostatnio bywa - było warto! Fakultet z teatru Piotra Cieplaka. Na dzień dobry przedstawienie: Kubuś P. Takie teatralne wariacje o mieszkańcach Stumilowego Lasu. Niekoniecznie jestem zachwycona, ale przynajmniej zaintrygowana i zadziwiona. Ciekawie było popatrzeć na Edytę Jungowską w roli Prosiaczka i Marię Peszek - Kubusia Puchatka. Reszty obsady prawie nie pamiętam, ale co mi tam :) Jedyne, co mi się bardzo nie podobało, to krzykliwość osiołka - to nie był głupi buc, a taki wyszedł Cieplakowemu aktorowi... I jeszcze odrobina pieprzu: przedstawienie zostało zdjęte, gdyż po jakimś czasie dopatrzono się zachowań obscenicznych (delikatnie rzecz ujmując) :P
Kolejne zajęcia odbywały się dopiero po południu i znów było warto, z jednym małym szczegółem - nie wiem o czym był wykład, gdyż zajęta byłam konwersowaniem z Tomkiem, a po wtóre obok siedziała koleżanka, dając mi do podczytywania najpikantniejsze fragmenty książki o jakże zgrabnym tytule: Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury. Autorka, Catherine Blackledge, ze swobodą pisząc o niuansach kobiecej seksualności uniknęła feministycznej wrzawy, dając czytelnikowi możliwość bacznego przyjrzenia się zagadnieniom z punktu widzenia różnych dziedzin i... czyta się jednym tchem. I każdy kto się przyczepi do zdania: każdy mężczyzna był kiedyś kobietą - jest głąbem i ignorantem hihi. No, ale opowiem dużo więcej za jakieś 2 miesiące, jak pożyczę i przeczytam od deski do deski. ;P
Po wykładzie były ćwiczenia, na których się okazało, że oddając pracę przed terminem, w połowie lutego, niepotrzebnie się gimnastykowałam: praca jest jeszcze niesprawdzona i nie prędko bedzie... Szlag: pewnie dostanę ją przed egzaminem z wieścią: do poprawienia ;/;/;/
I już na koniec: krótko o wieczorze. Nocowała u mnie na waleta Aga i korzystając z okazji zrobiłyśmy sobie babski wieczór wraz z Ewką. I było miliardowe oglądanie tegoż: Mamma Mia. Cudo po prostu, najlepsze z najlepszych. I Ewka powiedziała, że jestem dziewczyną Bonda - hehe, to lekko o Tobie...
Tyle na teraz. Wracam dzisiaj do domu. Idę jeszcze kupić prezent mamie :)
Zacznę od sprawy pierwszej, a przynajmniej najważniejszej dla mnie dzisiaj:
WŁADZE UCZELNI WYŻSZYCH POWINNY SIĘ WSTYDZIĆ!!!
USTAWODAWCY POWINNI SIĘ WSTYDZIĆ!!!
BO NIE SĄDZĘ, BY TYLKO UAM MIAŁ TEN PROBLEM... ALE U NAS JEST - TO PEWNE...
JAK MOŻNA POZWOLIĆ NA TO, BY OSOBY NIESŁYSZĄCE MUSIAŁY CHODZIĆ NA WYKŁADY, Z KTÓRYCH I TAK NIC NIE WYNIOSĄ, BO PRZECIEŻ NIE SŁYSZĄ, CO MÓWIĄ WYKŁADOWCY???!!!!
WSTYD!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
No nie rozumiem... Naprawdę. Nawet nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek mógłby uwierzyć, że to ma jakąś rację bytu... I nawet nie wiem, czy jest mi z tego powodu głupio - że ludzie w pełni sprawni nie próbują pomagać osobom niepełnosprawnym, czy jestem wściekła na całą biurokrację, która tym rządzi, czy jest mi po prostu smutno... A właściwie najbardziej boli to, iż sami wykładowcy w geście dobrej woli powinni dać zaliczenia od razu - bo siedzieć 5 godzin pod rząd na zajęciach, które tylko męczą i marnują jego czas, bo: listy obecności każdy wykładowca robi tak naprawdę dla siebie - nie jest sprawdzany, nikt go nie kontroluje, list nie zdaje paniom w dziekanacie - więc - w czym problem????!!!!!!
Poznałam dzisiaj Tomka :) Od dość dawna zbierałam się, żeby z nim porozmawiać, ale jakoś nie było okazji. No i dzisiaj do niego zagadałam/ zapisałam. Myślę, że od bardzo dawna nic nie sprawiło mi większej przyjemności :) :) :) I mam nadzieję, że ta znajomość się będzie rozwijać. Bo z Tomkiem nie tylko o języku migowym i studiach można gadać.
Spełni się moje marzenie! Na razie pomalutku, kroczkami tycimi, ale jestem na dobrej drodze! Tomek nauczy mnie podstaw migania, a od października będę uczestniczyć w kursie języka migowego TONu (Towarzystwa Osób Niesłyszących)!!!!!! Zawsze był to jeden z moich celów, jedno z dążeń, ale jak to ze mną bywa - odłożony w bliżej nieokreśloną przyszłość.
Teraz wracam już do normalnego planu posta. Poranek. Pobudka nieludzko wczesna - o 7.30. Ale jak to ostatnio bywa - było warto! Fakultet z teatru Piotra Cieplaka. Na dzień dobry przedstawienie: Kubuś P. Takie teatralne wariacje o mieszkańcach Stumilowego Lasu. Niekoniecznie jestem zachwycona, ale przynajmniej zaintrygowana i zadziwiona. Ciekawie było popatrzeć na Edytę Jungowską w roli Prosiaczka i Marię Peszek - Kubusia Puchatka. Reszty obsady prawie nie pamiętam, ale co mi tam :) Jedyne, co mi się bardzo nie podobało, to krzykliwość osiołka - to nie był głupi buc, a taki wyszedł Cieplakowemu aktorowi... I jeszcze odrobina pieprzu: przedstawienie zostało zdjęte, gdyż po jakimś czasie dopatrzono się zachowań obscenicznych (delikatnie rzecz ujmując) :P
Kolejne zajęcia odbywały się dopiero po południu i znów było warto, z jednym małym szczegółem - nie wiem o czym był wykład, gdyż zajęta byłam konwersowaniem z Tomkiem, a po wtóre obok siedziała koleżanka, dając mi do podczytywania najpikantniejsze fragmenty książki o jakże zgrabnym tytule: Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury. Autorka, Catherine Blackledge, ze swobodą pisząc o niuansach kobiecej seksualności uniknęła feministycznej wrzawy, dając czytelnikowi możliwość bacznego przyjrzenia się zagadnieniom z punktu widzenia różnych dziedzin i... czyta się jednym tchem. I każdy kto się przyczepi do zdania: każdy mężczyzna był kiedyś kobietą - jest głąbem i ignorantem hihi. No, ale opowiem dużo więcej za jakieś 2 miesiące, jak pożyczę i przeczytam od deski do deski. ;P
Po wykładzie były ćwiczenia, na których się okazało, że oddając pracę przed terminem, w połowie lutego, niepotrzebnie się gimnastykowałam: praca jest jeszcze niesprawdzona i nie prędko bedzie... Szlag: pewnie dostanę ją przed egzaminem z wieścią: do poprawienia ;/;/;/
I już na koniec: krótko o wieczorze. Nocowała u mnie na waleta Aga i korzystając z okazji zrobiłyśmy sobie babski wieczór wraz z Ewką. I było miliardowe oglądanie tegoż: Mamma Mia. Cudo po prostu, najlepsze z najlepszych. I Ewka powiedziała, że jestem dziewczyną Bonda - hehe, to lekko o Tobie...
Tyle na teraz. Wracam dzisiaj do domu. Idę jeszcze kupić prezent mamie :)
wtorek, 5 maja 2009
Przeminęło z wiatrem...

Pogoda jest parszywa. Myślałam, że Morze i Pomorze zareagowały deszczem i wiatrem silnym na mój odjazd - takie swoiste romantyczne pożegnanie mnie przez naturę... A tu się okazało, że mam zbyt wybujałą fantazję :( Poznań mrozi, ziębi i wcale się to nie podoba - nawet nie mnie samej jako tako - tylko mój organizm odmawia mi posłuszeństwa w geście protestu... Drastycznego protestu, niestety - bitwy z własnym pęcherzem do przyjemnych nie należą, ale ja nie o tym mam pisać :)
Pogodziłam się już z powrotem do normalnego życia, które oznacza czas oddalenia od Niego. Na szczęście tylko oddalenia fizycznego - w kwestii relacji wciąż blisko, ciut bliżej może? ;) Jest dobrze. I poradzimy sobie wyśmienicie z czasem do następnego spotkania. (Aż chciałam napisać widzenia, ale to mi jakoś tak więziennie zabrzmiało). Mam zamiar czas ten wykorzystać maksymalnie, wszak egzaminy już ustawiają się szeregiem w kalendarzu... SESJA ;/;/;/
Kolejna sprawa: należy się tutaj odrobinę dłuższe sprawozdanie z d ł u g i e g o weekendu, gdyż ten, jakby na to nie patrzeć, szczęśliwie rozpoczął się już wtorkowym wieczorem na słupskiej stacji kolejowej, wprost w ramionach Tego Jego :) A trwał prawie sielankowo do poniedziałku południa, dokładnie 11. 58. I było wszystko: piekło, czyściec, niebo - dokładnie w tej kolejności - ma tak jakoś dziwnie mamy, chyba musimy się na nowo do siebie przyzwyczajać.
Środę lub czwartek (nie pamiętam już dokładnie - efekt nadmiaru wrażeń) spędziliśmy w Ustce.
W tym miejscu powinna się znaleźć oda ku czci morza i temu podobnych tworów wodno-piaskowych :) Dawniej byłam zagorzałą wielbicielką tylko i wyłącznie gór, a morze, jak to morze: było, bo było, ale mnie, delikatnie ujmując, doń nie ciągnęło. Teraz jednak jestem zachwycona :) Kolory i odcienie wody, ten piasek, który grzał stopy, czasem je raniąc muszlami wyplutymi na brzeg... Latarnia morska i pot, i molo, które sprawiło, że poczułam się na moment, jakbym znalazła się baaaardzo daleko od brzegu. I chwila była idealna do spacerów plażą: nie było jeszcze turystów wielu, raczej miejscowi tubylce. Jakaż była różnica, gdy wybraliśmy się ponownie, 2 V : początek sezonu, molo i deptak prawie szczelnie zapchane - na szczęście wiaterek sprawił, że plaża czarowała przestrzenią i swobodą. Tylko jedno mnie martwi, trochę nawiązując do Włatców móch : plaża nie jest miejscem dla psów i innych takich czworonogów kochanych!!! Pani Frał mówiła, a ja powtarzam (raczej odtwarzam w pamięci przesłanie, bo cytatu dokładnego nie jestem w stanien podać ;) : małe dzieci, które lubują się w braniu do buzi tego, co się akurat nawinie, narażają się na różne choróbska - nie pozdrawiam mikrobów. I nie ma zmiłuj! I nie ma ale! To rzeczę ja: Cześ nad Czesiów!!! Podsumowanie Ustkowe: zakochana, zafascynowana, mam nadzieję, że szybko nadaży się okazja, by tam powrócić i poczuć powiew morskiej bryzy, tego słonawego powietrza. Ps. w Ustce jadłam najlepsze masełko ziołowe pod słońcem... :) :) :)
Mój Mężczyzna oprowadził mnie też po Słupsku. Tym razem nasze wyprawy stanowiły już bardziej ucztę dla oka - poprzednio starałam się zapamiętywać co, gdzie i jak. Teraz tylko wlepiałam swoje ciekawe oczęta w tło murów, wszechobecną zieleń i kwiaty wyrosłe z 85000 cebulek tulipanów. Aż kręciło mi się w głowie... Do tego zobaczyłam fabrykę pysznych cukierków i jadłam najlepszą pizzę - reklama: najlepsza pizza w Polsce - w Słupsku (sprawdziłam na sobie - poznańskie pizzerie nie dorastają słupskim do pięt).
Czas miedzy jednymi spacerami, a kolejnymi wprawami krajo- i rozrywkoznawczymi wypełniało nam słodkie próżnowanie, pieszczoty i celebrowanie nas samych (należy to pojęcie rozumieć baaardzo szeroko). W każym razie rozczuliły mnie niesamowicie stokrotki i Misie Tuli-tuli. Niesamowite jest jak gładki potrafi być dotyk i jak ciepły bywa oddech na karku...
A potem ruszyłam do domu, poprzedzając to całonocną debacie na temat polszczyzny baroku, Pamiętników Paska i innych takich intrygujących zagadnień humanistyki ogólnie pojętej. Warto było zarwać nockę :)
Ze spraw bierzących: piszę recenzję z Wydania poprawionego, pracuję nad pracą egzaminacyjną o opiece paliatywnej i uczę się się do egzaminu z angielskiego. Za mną: Noc listopadowa - na jutrzejsze/ dzisiejsze ćwiczenia. No i tylko na marginesie: prawda, fałsz, kłamstowo: relacje, powiązania, różnice - erystyka i retoryka i siedziałam zasłuchana wyjątkowo, zaciekawiona i chłonna, tylko nieuniknione wstawki z logiki zaburzały moje skupienie.
No i mam w pokoju bzy. Dużo. Sama zrywałam z krzaka. I pachnie gałązkami fioletowymi (czy jak się tam ten kolor nazywa :) cały korytarz... Wiosennie tu, lekko, przyjemnie.
Dobry dzień. Noc będzie podobna, mam nadzieję. I tego życzę wszystkim :)
poniedziałek, 4 maja 2009
Dalszy ciąg...
I muszę to napisać i kiedyś pewnie to wymarzę, żeby się z tym nie afiszować, ale teraz muszę! :
* bardzo Go kocham, jak umiem i mocniej i głębiej
* i On jest najwspanialszy na świecie, choć czasem potrafi dopiec
* i bez Niego całość jakaś taka jest nijaka
* ciągle mam Go przed oczyma, czuję Jego zapach, miękkie muśniecie Jego dłoni na policzku (mam na sobie Jego cieplutki sweter)...
* bardzo Go kocham, jak umiem i mocniej i głębiej
* i On jest najwspanialszy na świecie, choć czasem potrafi dopiec
* i bez Niego całość jakaś taka jest nijaka
* ciągle mam Go przed oczyma, czuję Jego zapach, miękkie muśniecie Jego dłoni na policzku (mam na sobie Jego cieplutki sweter)...
I jeszcze to dodam:
* chciałabym teraz cofnąć czas i jeszcze raz tego wszystkiego z Nim doświadczyć
* chciałabym Go pocałować i dać się wytarmosić
* chciałabym spacerować plażą uczepiona Jego ramion
* chciałabym żeby On pokazywał mi uroki miasta
Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym! Chciałabym!
I pusty pokój. Szare ściany. Korytarze ciemne. Czasem. Teraz jest tak.
Wszystko co we mnie - jest Jego, zostało z Nim, przy Nim. Każda myśl, kaprys, uśmiech, grymas. Słowa ustawione w szeregach, gotowe do wymarszu - ode mnie do Niego. I marzenia, pieszczoty, nadzieje.
A tutaj? - mizernie i licho. Byle do jutra. Szczęścia niedawne mieszają się z tęsknoty goryczą... Byle do jutra...
Dobranoc Kochanie... Wiem, że pewnie to przeczytasz. I będziesz wiedział, że tylko wypisałam siebie... Przez Ciebie. Dla Ciebie.
Wróciłam
Było cudownie.
Było morze.
Była radość.
Był On...
Są zdjęcia. Ale to kiedyś tam. Teraz chciałam napisać jedynie, że mam najlepszego Chłopaka pod słońcem. Takiego, dla którego jest po co żyć...
Dziękuję, Skarbie. Za wszystko. A najbardziej za to, że jesteś!
Było morze.
Była radość.
Był On...
Są zdjęcia. Ale to kiedyś tam. Teraz chciałam napisać jedynie, że mam najlepszego Chłopaka pod słońcem. Takiego, dla którego jest po co żyć...
Dziękuję, Skarbie. Za wszystko. A najbardziej za to, że jesteś!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
