niedziela, 16 października 2011

jesień...

Zaglądam tu z namaszczeniem.
Przydarza mi się skomplikowanie snów.
I marzenia wędrują bardzo daleko.




Pisząc tu - wyciągam esencję dni. Najtrudniejsze. 
Dlatego tak rzadko.


Codzienność wrobiłam w dziennik ekstrawaganckiego adresu blogowego. 


Kiedy mi źle. Kiedy się martwię o Nich. Kiedy sobie myślę, że bez Nich. Kiedy płyną łzy, a o łzy jest tak nietrudno, wystarczy strącić jedną kroplę rosy... Kiedy pochłaniam entą gruszkę z sadu dziadka. Kiedy myślę, że niedługo będę musiała uśpić Jovana. Kiedy zastanawiam się, co począć z Kaziem. Kiedy to niby błahostki, ale już poważne problemy. 


Powstrzymuję słowa. Tutaj wyważam, co głośne, i co ciche, co ryzykowne, co bezpieczne, co banalne, a co nietuzinkowe.

I nagle nie mam nic do powiedzenia.
Do następnego razu...




Jakoś mi tak miło i aksamitnie jesień skleja myśli, rozmarza i przeplata refleksami zadumnymi. Najlepszy czas w roku: umysł może żonglować między poezją a prozą słowem, jak piłką.



3 komentarze:

J. pisze...

to ja Ci ślę uśmiech :)

Tu, a nie tam :))

Porcelanowa pisze...

Mi od zimna myśli przymarzają do siebie w głowie. Ciągle wszędzie zimno. Jesień.

Ważysz słowa... czasem trudniej wybrać te najważniejsze niż powiedzieć wszystko.

Pozdrawiam ciepło ;)

Malutka... pisze...

J. - jesteś niesamowita!

Porcelanowa, ale jesień jakoś wypiękniała, nie sądzisz? Złoto liści, słońce przeskakujące z ramion na nos :)

Tylko czym jest to najważniejsze? Coraz bardziej nie wiem...

Odpozdrawiam ładnie ;)