sobota, 9 października 2010

po polsku

Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że muszę uciekać przed wszystkim, co siedzi w tej mentalności: bo szaro, bo źle, bo spory, bo przemoc, bo agresja, gwałty i mordy.
I nikt nawet nie próbuje doszukiwać się choćby drobnych pozytywów.

Na dole trwa dyskusja o tym, jak bardzo nie mam pojęcia o życiu, o tym, że jeszcze mi ten "naiwny" idealizm wywietrzeje z głowy, że jak większość dziewcząt spotkam chłopca pięknego, który w 3 dni po ślubie będzie mnie tłukł, łamał mi żebra, a ja będę słodko szeptać, że go kocham, że będę mieszkała na garnuszku u rodziców lub teściów, albo w innej popapranej komunie, że nie będzie starczało na chleb z wypłaty czy zasiłku, że nie będę mieć psów ani kóz za domem, bo mi się odechce, tylko dzieci kolejne będzie trzeba państwu oddawać na wychowanie, że, że, że, że, że...

A na moje pytanie: to po cholerę żyć i dążyć do czegoś? (bo przecież rozsądniej od razu palnąć sobie w łeb) pada odpowiedź: "Bo każdy musi ponieść swój krzyż".

Że też franciszkańska wizja Boga i boskości stworzenia wszelkiego się nie przebiła... Może byłoby wtedy milej, przyjemniej, jaśniej i radośniej?

(Fakt, że w okolicy jest kilku "udaczników", także myślenia nie zmienia... Historie przykładowe: Karola, który chciał zostać lekarzem, a teraz jest uznanym chirurgiem; dwudziestoczteroletniego Damiana jeżdżącego wymarzonym samochodem, budującego piękny drewniany dom; Zośki, co to dzieci w szkole chciała uczyć, a dziś jest dyrektorką liceum dobrego; Anki, która marzyła o podróżowaniu i w tej chwili uczestniczy w wyprawie na któryś z ośmiotysięczników - nic nie znaczą. Tak, jakby nikt o nich nie słyszał).

Zaczynam zazdrościć Amerykanom, że oni swoim dzieciom od początku dopingują, że motywują je i tak dalej, zamiast jak u nas - podcinać skrzydła jeszcze przed lotem. I nawet, gdy kryzys, gdy narzekania i tak twierdzą, że są najlepsi, że zrobią, osiągną - o slumsach mówi się rzadko, odwrotnie niż u nas, jakby cała Polska slumsami stała, nad którymi pieczę Ojciec Radiowiec dzierży modląc się i modląc, o mniejsze cierpienie, o mniejszą biedę, o mniejsze bezrobocie, za ostatnie babcine talary.
Matka Rosja nawet lepsza, bo wiara w ludzie prostym w kraj i w moc w kraju tkwiącą - u nas już nikt w nic nie wierzy, no, może poza emigracją, bo o życiu na obczyźnie myśli się z nadzieją, że łatwiej, sprawniej, zamożniej, kompetentniej, pogodniej, rozsądniej.

Plan i zamiar - niczym są, nie istnieją, bo przecież się nie da.To może lepiej przywrócić spartański sposób wychowywania, przyzwyczajać od małego do trudów, niewygód i wysiłku, do katorgi, do szamotania się - które w starciu z rzeczywistością nie wypali się niepowodzeniami, twardo stąpając po rozżarzonej, zarzuconej kłodami ziemi, a nie karmić dzieci bajkami o bohaterach i innych książętach czy królewnach - wszak nie ma nic gorszego niż powiedzieć dziecku, że to były kłamstwa i steki bzdur, a szkoła i studia to ściema na kółkach - i tak skończy na kasie w Żuczku lub z miotłą będzie po krawężnikach tańczyć...

piątek, 8 października 2010

do domuuuuuu :)))

Jadę do domu, spontanicznie i na wariackich papierach. Bo tak.

Jovan się ucieszy :)

Słonecznie dzisiaj, za oknem słonecznie. Jeszcze nigdzie nie wychodziłam, ale przez szybę czuję, liźnięcia słońca na policzkach. No tak, to przecież "dobry dzień".

No, żeby było jeszcze lepiej:

czwartek, 7 października 2010

i tak to było wczoraj

Jakoś mi tak zielono ostatnio. Zielono w różnych odcieniach :) No, jest mi też granatowo, ale to to akurat bez zmian. Zielony wkrada się do mojej szafy, do zamrażalnika, do spojrzenia i bardzo, ale to bardzo ładnie z nim dokoła.

Wczorajszy babski wieczór przerodził się w regularną imprezę "staruszków" w 418, nic się w tym względzie nie zmieniło, jedynie panna Julia miała okazję podejrzeć, jak bawi się stary skład IV piętra. Na szczęście Jurek zadbał o jej dobre samopoczucie między stworami prehistorycznymi DS-u. 4 buteleczki winka nadały wieczorowi dobrego tonu, ale też nie przytłoczyły go.
Cudem wielkim wysiedziałam całkiem spokojnie. Owszem momentami miałam ochotę zwiewać, gdzie pieprz rośnie, ale potem pomyślałam, że w sumie nie jest źle. Delikatnie z boku patrzyłam na tańce i hulańce, na ich roześmiane twarze, wreszcie i na ich podglądactwo.
He he, straty niewielkie: 4 puste bardzo butelki i podłoga do generalnego odgruzowania (wszystko już ogarnięte). Dodatkowy bonus: pewna dama chyba ma absztyfikanta - ależ to był widok, te zaloty, aż Czesiek oczy przecierał ze zdziwienia, że to tak może uroczo wyglądać z jej krzesełka nieco oddalonego :DDD

Wczoraj były "połowinki" , a od dziś "studniówka" - uczczenie dzisiejszych urodzin Człowieka otwiera ciąg alkoholowego studiowania na najbliższe miesiące na pewno, z eventów najistotniejszych: przed nami urodziny Kuby, Aneszki, Suszka, imieniny Kasiek i coś jeszcze pewnie się trafi, czyli Kałasznikowa czas zacząć.

...
Z panną Julią układa mi się pomyślnie, na razie. Rozmawiamy, docieramy się i nie ma włoskiego małżeństwa ani zakonu milczków we wnętrzu 418. Jest sympatycznie. Najczęściej poruszany temat: różnice między Pomorzanami a Poznaniakami. Wygląda na to, że są ogromne ;) Kiedyś pewnie skrobnę o tym coś więcej.


No to tak na koniec, w ramach żartu:


środa, 6 października 2010

Boże Narodzenie

bo kiedy mija wczoraj, a nastaje dzisiaj...
taki szczególny dotyk
palce zatopione w glinie
i twór
przestwór

Babskie popołudnie, zapewne i wieczór - popełniam gafę, pisząc posta. Tylko, że lubię, muszę, chcę - tak mam.

A dzień? Nasz. :))))))
Mój, bardziej w mojej głowie, niż na języku, ale co tam. Ważne, że lśni tu i ówdzie. Hmmm, lubię ten stan...


Była My Bluberry Nights, gra Love acttually, jak za starych dobrych czasów...

Ps. Baby właśnie zaczynają obchody Bożego Narodzenia... I pachnie winem, cynamonem i prezentami spod choinki... Tak jakoś jesieni mówimy: paaaaaaaaaaaaaaa - nic dziwnego zresztą! Aha - a Aneszce marzy się już śnieg.

wtorek, 5 października 2010

chmurna ;))))

nietypowość powinna być dobra...

Ile się w tym pokoju pomieściło historii? Ściany przesiąkły zapachem mijających dni. Dziś, jak ażurowy obrazek, spływa do mnie mnogość prawd, półprawd i kłamstw najzwyklejszych... To co przemilczane, co ukrywane tańczy przed moimi oczyma.

Wczoraj panna Julia pytała mnie o 418, o to jaki jest ten pokój, co przyciąga, jaki niesie bagaż. Nie powiedziałam. Po co?
Zawsze i wszędzie: to nie ściany, a ludzie tworzą swoje małe dramaciki i całkiem pokaźnych rozmiarów komedie.

Jednego jestem pewna: widok z tego okna jest moim lustrem.



Dobrze jest się wreszcie uśmiechem sprawiedliwym uśmiechnąć do siebie samej. Dziecinnie. Złośnica została poskromiona jednym krótkim przytuleniem, a przytulał sen z nim w nim.
Tak pięknie chmurna. Z kozackim obłędem.

poniedziałek, 4 października 2010

...

głupio mi z własnej głupoty
pogrążam dzień bezsensownie

potrzebuję potężnego, zamaszystego kopniaka, żeby mi się w mózgu poprzestawiało

w szczególe: "jest w tobie za dużo..."
nożesz
nie ma we mnie nic, nic, nic, nic, nic, do jasnej cholery, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic, nic!

wszystko sobie umarło, a w postaci duchów przejrzystych wypasa się na zielonych pastwiskach Nieba i Okolic

basta.

niedziela, 3 października 2010

o niczym piszę

Czasem próbuję słowami układać siebie.
Marzę. O wszystkim, co niemożliwe.

W domu było zwyczajnie, bez afer i ekscesów. Coraz częściej tak jest, coraz częściej godzą się z moją nieobecnością, poza C.K. nikt już nie kwestionuje moich przyjazdów co drugi weekend.
No i poza dzisiejszym pytaniem Rodzicielki, które mnie z rytmu wybiło:
- Dziecko, kiedy ty te swoje rzeczy zwozić do domu zaczniesz? Gdzie to się wszystko ulokuje?
Odpowiedź była prosta:
- Mamo, ja nic tu nie będę przywozić, bo nie wracam do domu. Znasz plan NaPoObronie.

Tylko Jovan nie rozumie, że wyjeżdżam, że już koniec zabawy, że nie będzie więcej aportowania, dokarmiania pod stołem, gdy nikt nie widzi i przemycania go do pokoju nocą, żeby mógł pilnować moich snów. I tak przez czas dwóch tygodni czeka na 2 noce i niespełna 3 dni - wtedy radośnie macha ogonem i szczekaniem dopomina się pieszczot i łakoci...


Z rzeczy innych: Julia przypada mi do gustu, właśnie :) Ma śliczną buźkę, czego wcześniej nie zdążyłam dostrzec. I taki sam ręcznik, jak ByłyOn - tak w ramach żartu :DDD

Starry Night over the Rhone, Vincent van Gogh

A ja? Czasem przypominam sobie to dzieło van Gogha i zamieram na moment w nocnym zachwycie. I właściwie nic piękniejszego, na teraz.
O spaczona ty moja wrażliwości na sztukę...