czwartek, 15 kwietnia 2010

Skrótem szybkim, by zdążyć przed brakiem internetu...

A dzisiaj w Czesiu cały dzień leci jedno tylko... Obłędnie, jakby zatrzymać muzyki nie szło, jakby...



Mimo przejść z Bratem moim młodszym, które się jutro wyprawą po Młodego Gniewnego skończą -żeby przypadkiem drogi do domu nie zapomniał - jest coś takiego w słońcu dzisiaj, że uśmiech się z niepokojem miesza.
Swoją drogą, kto powiedział, że najgorszym etapem w życiu małolata jest gimnazjum - albo to tylko Subkultura tak późno w okres Sturm und Drang wdepnął...

Poza tym dziś stomatolog... Strach się bać. Ciężki czas dla Czesia, ale uszy do góry - jak zwykle wyjdę z tego cało i z rezonem ;)

Miłego popołudnia i weekendu, bo pewnie dopiero w niedzielę uda mi się coś więcej wyklikać :)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Na szybko... ;)

Z zajęć dzisiejszych:


* słowo dnia: HIPOKAMP

* zdanie dnia: " CZŁOWIEK WYJĄTKOWY JEST".



Podsumowanie: jak na wykład do humanistów przychodzi, dajmy na to, biolog, to od razu myśli, że edukacja z tej dziedziny zakończona została na etapie przedszkola... Szkoda, bo wykład mógł być ciekawy, a poziom ledwo licealny, to przynajmniej dla mnie za mało.

Wniosek: WIĘCEJ WIARY WE WSZECHSTRONNOŚĆ HUMANISTÓW!!! A będzie nam się lepiej współpracowało ;) Tak na przyszłość ;)


Pozytyw jak zawsze - Cześ nad Czesiów ;)

Miała być na koniec piosenka, co w Czesiu się nuci, ale mi youtube nawala. No więc - jak zadziała to będzie na pewno ;)

Dobrej nocy!

piątek, 9 kwietnia 2010

***

Dzisiaj będzie nerwowo... Muszę powiedzieć, co powiedzieć powinnam, zrobić, co zrobić należy. Już czas. Już postanowiłam.

Przerażająca jest myśl, że to już, że wszystko przenieść należy do sfery wspomnień cudownych... Chciałabym, żeby było jak wtedy, gdy to On podjął decyzję. Boję się.

Ale jestem pewna. Jestem silna i gotowa, by przez to przejść.

To nie znaczy, że miłość umarła... To znaczy, że miłość się zmienia, choć jej ślad zawsze przemawiać będzie tą siłą gniotącą.

Tak, kocham Go. Zawsze będę... I dziękuję, że moje życie odmienił, że mnie kochać nauczył, że stał się częścią mnie, która kazała trwać i próbować... I że dał te dwa i pół roku, gdy jeden Jego szept wyrywał mnie z odmętów rozpaczy. Dziękuję, Kochany...




...


:* :* :* :* :* :* :*

...

czwartek, 8 kwietnia 2010

Ciut więcej nowin i nowinek :)

No jak to jest? Jak? Do koła mnie tylko śmiech, śpiew i ptasi świergot - pięknie mnie wiosna w tym roku przywitała i mam nadzieję, że to dopiero początek, tak bardzo chcę jeszcze i więcej, bo przecież żyję, bo mój oddech głęboki jest wielkim spijaniem szaleństwa z powietrza, bo mój głos wykrzesany gdzieś z głębin jest nawoływaniem do szczęśliwych gwiazd, pierzastych obłoków...

Nie było mnie przez chwil kilka. Ale byłam. Dopiero nadrabiam blogowe zaległości - piszę, słuchając nagrania Crewmastera :) Brawoooo!!!!!!!!!!! I wiecie co? - jest dobrze. Wirtualny świat to dodatkowy powiew energii i pasji. Brak laptopa... tylko potęguje moją ciekawość, co tam u kogo :)

Wracam do Świąt, bo były najlepszymi ze wszystkich do tej pory... Dziwnie, kiedy w domu panuje taki spokój, harmonia i jest ciepło mimo wszystko, a ja wiem, że sporo tego mimo wszystko. Było tak lekko, tak krucho i tak dobrze... Może dlatego, że w niedzielę wielkanocną, zaraz po śniadaniu obfitym rozjechała się cała gromada na cztery strony świata, a w domu został mój tatuś kochany, Alejandro (kuzyn), ja i cała świta czworonogów, no + Kazik :) Jak na rodzinę ponad 9 osobową - zrobiło się pusto, tyle przestrzeni w naszym wielkim domu jeszcze chyba nie miałam. Wielki spokój, wielkie wyciszenie.

Błądziłam rozmarzona między łąkami a polami, zaplątywałam stopy w trawach soczystej zieleni, siadywałam nad stawem, bo posłuchać żabich harców... Psy krążyły dokoła mnie, podskakiwały, aportowały, z wdziękiem machały ogonami swoimi. Mój żywioł. Niebo tak jasne, słońce tak ciepłe - i ja, która przyjmowałam wszystko, co wpadało do moich dłoni, ust, oczu. Szemrały drzewa, pierwsze stokrotki i jakoweś niebieskie kwiaty, w ogródku: żonkile, bratki, trochę krokusów i takie rośliny, których nazwać nie potrafię. Biegałam boso po ścieżkach ogrodu, chcąc poczuć chłód ziemi. A potem przyleciał na gniazdo pan bocian, dzień czy dwa później, pani bocianowa :)

Wyszukane w sieci :)


Przyroda odżywa :* Sielanka, mówię Wam :)

Wieczorem zasiadałam przy winku z tatą i Alejandrem i gadaliśmy sobie niespiesznie: o nauce, studiach, życiu, o tym, że brat mój musi dostać samochód, żeby praktyki zrobić. Tata chyba też wypoczął od ciągłego gwaru i rozgardiaszu. Alejandro - gdy nie krążył swoim nowiuśkim motocyklem po okolicy - rzeźbił swoje ciało w stworzonym przez siebie maleńkim Shaolinie. Ja zaś raźnie towarzyszyłam raz jednemu, raz drugiemu.
Było też takie popołudnie, gdy tata wyciągnął ze swojego barku 11 flaszek trunków różnych, różnorakich, które czekały na swoją premierę. Tata to facet z gatunku niepijących, więc się nazbierało tego sporo, a ja... no cóż - degustacja mój konik :) Piliśmy sobie po kieliszeczku, po dwa. Aż nas ululało słodko i cicho. Czeskie alkohole to zdecydowanie fajna sprawa. Choć korzenne cuś było bleee.

Gdy powróciła reszta domowników - wcześniejszy byt-nie-byt rozpłynął się w powietrzu. Było więcej kaw, więcej nawoływań, żeby gdzieś pójść, coś przynieść. Ale cieszę się: mama i Subkultura (brat mój słodki, zwany gdzieniegdzie Młodym) pobyli u dziadków, co korzystnie wpłynęło tak na mamę i Subkulturę, jak i babcię i dziadka.
Nabrałam chyba więcej szacunku do całości. Wcześniej bywało różnie, były kłótnie gorączkowych przygotowań, a w tym roku - spełnienie marzeń, do których nikt (poza mną) nie przyznawał się głośno. W gromadzie raźniej i cieplej. Czasem jednak trzeba odrobinę przerzedzić ten tłum nieokrzesany, gdy każdy ma inny pomysł na święta i świętowanie.

W tym roku było IDEALNIE :)

Do Poznania wróciłam we wtorek z Aneszką i Piotrusiem. Przyjechali po mnie. Potem był spacer z Badym, psem Piotrka, który już na wstępie podbił moje psolubne serducho, a na Cytadeli tylko mnie w tym utwierdzam. Wieczorem wyszliśmy do Warki na mecz :) Oczywiście Barca wygrała, oczywiście Messi pokazał, co potrafi.
Następnego dnia spotkałam się z kumplem, by ranne godziny nabrały nowej jakości. Trochę pogadaliśmy, trochę powygłupialiśmy się. Słońce, wpadające do wnętrza, spadało na nas jasnym rozkołysaniem. Muzyka nam towarzysząca lekko wypełniała myśli radością.

Podoba mi się to, co tu i teraz. Liczę, że będzie tego więcej. Że Cześ, który już z miesiąc umie się cieszyć życiem, bez roszczeń i rozpatrywania tego, co złe i bolesne, będzie kwitł, jak kwitną stokrotki przed akademikiem :)

Mam masę planów, tysiące nowych marzeń. Tańczę, gdy tylko zostaję sama, śpiewam, gdy do mych uszu dobiegnie jakakolwiek melodia. Mam ochotę skakać, biegać, śmiać się i nie rosnąć, tak się teraz czuję dziecięco szczera w tym, co we mnie siedzi. Chcę zacząć uprawiać jakiś sport, zastanawiam się tylko, co by to mogło być, żeby moich stóp nie przeciążać. Chcę, żeby dużo się działo. Nawet uczelnia mnie nie przeraża, bo brak laptopa komplikuje mi wywiązywanie się z terminów oddawania prac.

Taka jestem teraz. Dziękuję Wam, że mam się z kim tym podzielić :)

Zmykam. Czeka mnie jeszcze trochę pisania, a już się tego doczekać nie mogę ;)



Ps. A od wczoraj w pokoju 19 róż wypełnia moje myśli, moje oczy. Łososiowe, piękne. Ode mnie dla mnie, bo przecież trzeba doceniać szczęście :)

Skrót, bo mnie nań natchnęło :)

Kolejna zarwana noc. To już chyba tydzień, gdy ciągle coś przeszkadza mi w słodkim oddawaniu się snom i śnieniu. Ale warto :)

Życie nabiera tylu pięknych barw - że aż strach spoglądać z niekrytym zachwytem, żeby to wszystko nie było bajką ulotną, która rozpłynie się nie wiedzieć jak i dokąd :)

Dobrze być w domu, u siebie. Dobrze mieć swoje 4 ściany, choćby w akademiku. Dobrze spędzić ranek w jasnym mieszkanku przy muzyce, od której kręci się w głowie. Gdy pogoda z zewnątrz odzwierciedla to co w środku.
Piłam kawę pyszną, uwielbiam chwalić się pyszną kawą, a ta była fenomenalna.

Aneszka śpi. Kaź biega w kołowrotku. Ja też chcę już polec...
Do przeczytania za kilka godzin :)

środa, 7 kwietnia 2010

A teraz jest tak:





Tyle, że spać się chce niesamowicie!!!

Słodkich ;)



Ps. Jutro rano napiszę co nowego i będzie, co czytać ;)

piątek, 2 kwietnia 2010

Jestem i mnie nie ma, jestem i mnie nie ma;)

Moi Mili!!!


Z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy, życzę Wam tego, czego Wy w duszy życzycie sobie z tej okazji: niektórym wyciszenia, innym radości, komuś spaceru długiego po lesie, komuś innemu wielkiego pałaszowania :) Byle w zdrowiu, słońcu i pogodzie ducha!




Jestem w domu. Z racji śmierci laptopa na blogu pojawiam się rzadko i okazjonalnie, co nie jest dla mnie łatwe i komfortowe, bom już wrosła w wypisywanie siebie tutaj. Jak tylko mogę - zaglądam i piszę...

U mnie jak zwykle dobrze :) Ciągle rośnie we mnie entuzjazm do mnie samej i mojego życia. Mam sporo możliwości i zamierzam z nich korzystać.

Chwilowo krążę między garami a odkurzaczem. Jestem na etapie mazurkowania z marcepanem. Na szczęście baby drożdżowe piekła mama z ciocią, więc nie sknociłam :) W domu pachnie jedzeniem, na zewnątrz powoli króluje zieleń. Wiosna działa, nawet powietrze ma teraz jakiś taki energetyczny składnik :) Wszystko szykuje się pięknie na Święta choć u mnie w domu atmosfera już odpowiednia. Wbrew moim przewidywaniom nie było żadnej awantury jeszcze.

Mam ze sobą Kazia :) To tak na dodatek. Chomik podbił serca wszystkich :)



Tyle. Muszę mykać. Buźki dla Was!!!